|
|
|
Leszek Szaruga Maj roku 2000 był dla mnie miesiącem nowych doświadczeń, czasami nawet wzruszeń, na pewno zaś wielkich emocji. Wśród tego zamętu, w którym musiałem uczestniczyć, znalazły się także lektury dwóch tekstów, które jakoś zmierzają przywrócić nauce nienaukę, a w każdym razie nienaukę przed surowością ocen nauki ochronić. Przyznam, iż wobec podobnych postaw i poczynań jestem, mimo roli, jaką w moim życiu odgrywa poezja, nieco, delikatnie mówiąc, zdystansowany. Mój podejrzliwy rozum, choć nie jest jeszcze tak dufny albo i nieufny, by w siebie wierzyć albo i nie wierzyć, to przecież nieraz już mnie przed różnymi niebezpieczeństwami i wpadkami uchronił, pełniąc w tej mierze rolę tak samo cenną, choć innymi środkami odgrywaną, jak intuicja. I tak oto w wywiadzie, którego na łamach majowej „Odry” udzielił Magdalenie Bajer prof. Wiktor Osiatyński, prawnik-konstytucjonalista i zarazem współdyrektor Centrum Konstytucjonalizmu w Europie Środkowowschodniej Uniwersytetu w Chicago, przeczytałem następujące wyznania: „Okazało się, że scjentyzm prowadzi do straszliwego zubożenia życia, usuwając w cień uczucia, całą sferę kształtowania uczuć. Na to, co najważniejsze w życiu, nie można znaleźć odpowiedzi na półkach z literaturą naukową. Czasami można znaleźć na półkach „nowego wieku” albo popularnej psychologii, albo poradników”. Wywiadowczyni reaguje dość stanowczo: „Z rezerwą patrzę na te półki w księgarniach”. Profesor wszakże nie ma wątpliwości: „A ja uważam” – powiada – „za bardzo pożyteczne to, że kultura, nie patrząc na naukę, a nawet wbrew nauce, zaczyna ponownie odkrywać rolę tego, co nie da się zmierzyć, zważyć ani policzyć – w życiu zbiorowym, w relacjach międzyludzkich”. Cóż, myślę sobie, profesor lekkim słowem oddzielił naukę od kultury, co już samo w sobie wydaje się zabiegiem niebezpiecznym, gdyż z tego by wynikało, iż wie on dobrze i do końca, czym jest nauka. Ja nie wiem. I choć – dla odróżnienia od owej niewiedzy – wiem, czym jest nauka zinstytucjonalizowana, nie mam zamiaru tak naprawdę tym się przejmować, choć też zdaję sobie sprawę, iż całkowite rozwalenie owej instytucji nikomu na dobre by nie wyszło. Jedno jest dla mnie oczywiste – prawdziwą naukę łączy lub raczej łączyć z poezją powinna postawa bezinteresowności, jedna i druga winny być, jak powiadał bodajże Kant, bezinteresowną grą władz poznawczych. Stąd jednak do uznania za godne uwagi owych półek „nowego wieku” chyba wciąż jeszcze daleko. Piszę zaś o tym dlatego, że w majowym numerze „Forum Akademickiego” Piotr Skórzyński, autor, którego zawsze chętnie czytam, choć nie zawsze z nim się potrafię zgodzić, napisał esej zatytułowany „Przebudzenie”, a zawierający sformułowania następujące: „W dominującej w naszych czasach kulturze agnostycznej wykroczenie przez uczonego poza pozytywizm jest środowiskowym samobójstwem. Reakcja naukowców na zjawiska niewytłumaczalne jest taka sama, jak przeciętnych członków naszej materialistycznej cywilizacji: najlepiej je zignorować. (...) Przyrodnicy jak ognia boją się zjawisk paranormalnych: zajmowanie się takimi „bzdurami” to pewny sposób na zrujnowanie kariery. Problem w tym, że zdarzają się one co chwila. (...) Jednakże w innych, bardziej otwartych rejonach świata coś zaczyna się w tej mierze zmieniać”. O przebudzeniu wrażliwości poznawczej, usypianej dotąd przez postawę scjentystyczną – a swoją drogą: do czego to doszło, iż takie sformułowanie jest możliwe! – świadczy, wedle autora, powolne uznawanie za godne publikacji wyników doświadczeń potwierdzających, że „grupa pacjentów, za których się modlono, miała o wiele wyższe liczby wyzdrowień niż grupa kontrolna”. Wygląda to, trzeba przyznać, niezwykle budująco. Z drugiej jednak strony nie jestem przekonany o tym, że naukowcy na zjawiska niewytłumaczalne reagują w ten sposób, iż pragną je zignorować. W końcu nawet skrajny scjentyzm za swe zadanie uważa zrozumienie niezrozumiałego, podobnie jak poezja dąży do wyrażenia niewyrażalnego. Rzecz w tym jedynie, że niektóre zjawiska wprost opisać się nie dają, że do ich opisu – a tym samym przynajmniej wstępu do poznania i zrozumienia – użyć trzeba nie wytworzonego jeszcze języka. I tu, w owym poszukiwaniu właściwego języka opisu, spotykają się nauka z nienauką, fizyka z poezją, astronomia z muzyką (oczywiście, można tu dokonywać szalonych zestawień pomysłu mówiącego o strunowej strukturze kosmosu z poetyckimi wyobrażeniami o muzyce sfer niebieskich). Rzecz jednak w tym, by umieć te dwie, podobno oddalające się od siebie, konstelacje poznawczych zachowań – podejście scjentystyczne i postawę kreatywną, zbliżoną do artystycznej – ze sobą połączyć. Dobrą przestrzenią dla takiego połączenia jest w moim przekonaniu uniwersytet, obszar, w którym dawniej było dość miejsca dla teologów i medyków, matematyków i filologów, a w którym dziś jest także miejsce dla malarstwa i poezji. Nie jest przypadkiem, że coraz częściej inicjatywy twórcze pojawiają się właśnie w tym kręgu. Śledząc tylko życie literackie nie sposób nie zauważyć, że takie pisma – naprawdę interesujące – jak wrocławska „Dykcja” czy krakowskie „Studium” powstały w mocnych ośrodkach akademickich, zyskały też wsparcie instytucji. Dobrze by było, gdyby wszędzie tam, gdzie podobne inicjatywy się pojawiają, znalazły się środki pomagające im się rozwijać. Jak choćby w Szczecinie, gdzie w maju – bo o maju dziś piszę – pojawiło się ambitne pismo literackie „Womitorium”: prowokacyjne, ale i inteligentne. Nie tylko od jego twórców zależy, czy będzie istnieć dalej. |
|
|