Poprzedni Następny

Piotr Müldner-Nieckowski

NIEUCHWYTNI

Pewna lekarka jest z uporem zapraszana do udzielania wywiadów w różnych czasopismach na temat tak zwanych bieżących problemów medycznych. Nie mam nic przeciwko temu, niech sobie wygłasza co chce, dopóki nie szkodzi. Niestety, czytam jej androny z przerażeniem. Ale nie chcę się zajmować tą konkretną osobą, nie o nią tylko mi chodzi. Jest przypadkiem typowym i domyślam się, że to nie papier paraliżuje jej zdolności i odbiera umiejętność mówienia prawdy.
Ostatnio powiedziała, i to właśnie mnie tak zbulwersowało, że starsi panowie, którzy "grzebią się w ogródkach", robią coś niezwykle niewłaściwego, narażają się bowiem na rychły zawał, słowem śmierć. Odradzałaby jeżdżenie na rowerze, zbyt częste pożycie płciowe i inne nadmierne wysiłki, które "obciążają układ krążenia" (czyli serce). Jej rozumowanie, proste, że nie powiem prostackie, zawsze jest poparte dywagacjami na temat inhibitorów konwertazy i innych zupełnie niezrozumiałych dla publiczności rzeczy, które "na dzień dzisiejszy powinny docierać do czytelników". Pani doktor nigdy nie będzie starszym panem i nie doświadczy na sobie zgubnych skutków wysiłku fizycznego (ja będę musiał), ale redaktorzy, którzy bezkrytycznie publikują te bzdury, powinni się jednak chwilę zastanowić, czy i oni nie przekraczają swoich kompetencji. Nie każdy lekarz musi być mądry i warto dla swojej gazety poszukać mądrzejszego.
Zauważyłem, że w najbardziej poczytnych dziennikach, typu "Gazeta Wyborcza" czy "Życie", właśnie dziennikarze dorabiają wierszówkami na tematy medyczne, od których jeży się włos na głowie. A to ktoś drukuje reportaż ze Szwecji, gdzie odkryto niezwykłą metodę (która nawet w Polsce jest stosowana od lat). Ktoś inny zawiadamia o najnowszym zsyntetyzowaniu (dawno produkowanego) preparatu obniżającego ciśnienie tętnicze krwi. Jeszcze inny z błędami przepisuje tekst z popularnego pisemka angielskiego i oświadcza, że sacharyna wywołuje raka pęcherza (choć piętnaście lat temu już wyjaśniono, że wykrycie takiego działania sacharyny, u psów zresztą, było sfingowane przez pewnego profesora z Houston). Można zrozumieć prawa sezonu ogórkowego, ale chyba nie powinien on trwać przez cały rok.
Problem odpowiedzialności za słowa, podnoszony od zarania piśmiennictwa, wciąż wydaje się niezauważany przez tych, którzy ze słowa żyją. W masie publikacji, w natłoku informacji niektórzy usiłują się przemknąć, byleby dostać tych parę złotych, bo przecież gazety są jednodniowe i po tygodniu już nikt nie będzie pamiętać, że pojawił się w nich jakiś idiotyzm. Takie podejście ma skutki odległe, jeśli podobne incydenty się powtarzają. Znana z badań prasoznawczych teza o "sączeniu kropla po kropli", jak to brutalnie nazwał E. Aronson, a którą znają wszyscy socjotechnicy, wyjaśnia na czym polega przekazywanie wiadomości źle podanych, kłamliwych lub wyssanych z palca. Wprowadza mętlik, który utrudnia rozeznanie w tematyce i uderza w potrzeby orientacyjne odbiorcy, co, zgodnie z bliskimi mi poglądami K. Obuchowskiego, odbiera poczucie równowagi wewnętrznej i jednocześnie uniemożliwia racjonalne działanie w sytuacjach zagrożenia.
W drugiej połowie lat 80. w USA z hukiem odebrano nagrodę Pulitzera dziennikarce, która wymyśliła reportaż o narkotyzującym się małym chłopcu i pomagającej mu w tym matce. Przez jakiś czas dziennikarze się pilnowali, istniały nawet stowarzyszenia ochrony publiczności przed nierzetelnością informacyjną, ale dzisiaj wydaje się, że ten nacisk znacznie zmalał, już to pod wpływem możnych właścicieli prasy, już polityków czy, niestety, internetowej dowolności. W Internecie łatwo znaleźć strony firmowane przez lekarzy, które zachwalają jakąś prywatną "klinikę" i terapię daleko odbiegającą od dopuszczonej przez rozum. Czego tam nie ma! Są preparaty przywracające włosy łysym panom, szczepionki przeciw impotencji, bezbolesne prostowanie zastarzałych złamań kości, trwałe usuwanie pocenia się stóp natryskami ze szkła wodnego, usuwanie kamieni z pęcherzyka żółciowego za pomocą rozpuszczalników mineralnych, likwidowanie schizofrenii nowo odkrytymi promieniami delta, a także... przestrogi dla starszych panów, aby nie jeździli na rowerze i "nie grzebali się w ogródku".
Światowa Organizacja Zdrowia obiecywała kiedyś, że stworzy system gromadzenia istotnych informacji medycznych, ale nie poradzono sobie z tym. Spore osiągnięcia ma system stworzony przez grupę naczelnych redaktorów najważniejszych czasopism biomedycznych świata (Vancouver Group, 1978), zwany kodeksem dobrych obyczajów, ale dotyczy on tylko autorów prac naukowych, a świat nauki jest na tyle hermetyczny (w dobrym znaczeniu tego słowa), że rzadko zdarzają się autorzy-naciągacze. Lekarzy pseudopopularyzatorów i dziennikarzy to jednak nie dotyczy. Są bezkarni i nieuchwytni.

E-mail: pmuldner@mp.pl


Uwagi.