Poprzedni Następny

 

Pewien publicysta napisał w poczytnym dzienniku, że dopiero od trzech etatów liczy się "poważny" profesor.

Zbigniew Żmigrodzki

Profesorskie troski

Gdyby kierować się sądami niektórych opiniodawczych "autorytetów" z kręgów publicystycznych, główną troską profesorów szkół wyższych powinno być uzyskanie co najmniej trzech etatów w różnych uczelniach - jednej państwowej i dwóch prywatnych. Dopiero to ma zapewniać satysfakcję osobistą i prawdziwy profesorski status oraz dostateczne środki utrzymania w czasach, gdy członek rady miejskiej pobiera miesięczną dietę równą dwóm albo nawet trzem pensjom profesorskim. Trójetatowość oznacza też prestiż w środowisku: pewien publicysta napisał w poczytnym dzienniku, że dopiero od trzech etatów liczy się "poważny" profesor...

udręki administracyjne

Nie wszyscy wszak - z różnych względów - są entuzjastami takiego trybu nauczania akademickiego: niezbyt bowiem korzystne wrażenie robi uczony śpieszący po wykładzie do wyjścia, aby pędzić na kolejne zajęcia do innego budynku czy nawet miasta, omijający przy tym zręcznie studentów usiłujących go zatrzymać w celu uzyskania konsultacji. Nie to jednak jest największym utrapieniem nauczyciela szkoły wyższej w dzisiejszych czasach. Zmiana miejsca pobytu ma też swoje uroki: można się w drodze "dotlenić", oglądać wciąż nowe twarze. Ciągły pośpiech i ambaras szkodzi natomiast zdrowiu profesorskiemu. Gdyby ktokolwiek się o nie martwił (sam profesor nie ma na to czasu), statystyka "zejść" w wyniku zawałów i wylewów udowodniłaby to z pewnością. To niewątpliwe ryzyko może w pewnym stopniu wyrównać komfort psychiczny i dowartościowanie w niepaństwowej uczelni, gdzie profesora traktuje się z większą kurtuazją. Podnosi to dobre samopoczucie i poziom tzw. asertywności.
Najtrudniej chyba dzisiaj znieść profesorowi mnożące się udręki administracyjne: zalew pism z poleceniami, ciągłą sprawozdawczość, biurokratyczne dyspozycje, konieczność wypisywania obszernych wniosków w byle jakiej sprawie, o patologicznej wręcz procedurze dokumentacji próśb o granty i związanej z grantami sprawozdawczości już nie mówiąc.
Prawie wszystko trzeba w dodatku robić samemu, ponieważ asystentury zlikwidowano, a pomocniczy pracownicy nauki, otrzymujący "głodowe pensje", gonią za jakimkolwiek zarobkiem. Egzekwowane ściśle "schładzanie budżetu" powoduje, że podwyżki wynagrodzeń nauczycieli akademickich mogą być przedmiotem żartów. Ponadto uczelnie, otrzymujące od państwa tylko częściowy przydział środków finansowych, wprowadzają co pewien czas postanowienia ograniczające realne dochody pracowników nauki. Bywa natomiast, że nieźle ma się uczelniana administracja: płace na kierowniczych stanowiskach przewyższają czasem uposażenia profesorskie. Nie mówiąc już o tym, że pomieszczenia pracowników administracji, ich urządzenie i umeblowanie przedstawiają się nieraz imponująco, podczas gdy profesorowie i adiunkci siedzą na wysłużonych i "wyliniałych" krzesłach oraz pracują przy wyszczerbionych biurkach. Do tego wszystkiego naukę polską opanowały, na wzór Zachodu, pomysły "ewaluacyjne". Ocenia się wszystko: uczelnie, wydziały, instytuty, kierunki oraz pracowników poprzez "rankingi", akredytacje i liczenie publikacji w bibliografiach. Metody owych przedsięwzięć przypominają nierzadko zabawy dziecinne, a i co inteligentniejsze dzieci mogłyby odmówić brania w tych zabawach udziału, widząc, kto i w jaki sposób swoje zabawki ustawia. Sprzeciwić się temu nie wolno i nie można, ponieważ oznacza to "postęp" i "nowoczesność". Zamiast wykorzystywać czas na pracę naukową i dydaktyczną, trzeba tracić go na czynności bezpożyteczne, pod dyktando naukowo-administracyjnych rachmistrzów-doktrynerów.

radosna twórczość

Utyskiwanie na niski procent Polaków zdobywających wykształcenie akademickie doprowadziło do ogromnego w ostatnich latach wzrostu liczby kandydatów na studia, a zatem i studentów, przy minimalnym rozwoju ilościowym kadry naukowej. Na wielu kierunkach wykładowcy i prowadzący ćwiczenia uginają się dosłownie pod ciężarem zajęć, a przecież trzeba wziąć również pod uwagę czas niezbędny na sprawdziany, konsultacje, kontakty ze studentami. Rozwinięto formy studiów, powołuje się ośrodki zamiejscowe, nie biorąc często zupełnie pod uwagę realnych możliwości. "Radosna twórczość" odbywa się kosztem poziomu wiedzy zarówno u tych, którzy ją przekazują, jak i u jej odbiorców.
Trudna sytuacja finansowa szkół wyższych powoduje znaczne ograniczanie programu nauki języków obcych - pod tym względem niektóre szkoły prywatne górują imponująco nad renomowanymi uniwersytetami. Zanika działalność studenckich kół naukowych: nauczyciele akademiccy nie mają czasu na ich aktywowanie, a studenci, w sporej części zmuszeni do poszukiwania zarobku, nie przejawiają należytego zainteresowania pogłębianiem wiadomości.
Najtrudniejsze jednak do zniesienia dla pracownika naukowo-dydaktycznego szkoły wyższej, który poważnie traktuje swoje obowiązki, jest pogodzenie się z poziomem wiedzy i ogólnej kultury absolwentów szkół średnich, obniżającym się z każdym rokiem, zwłaszcza jeśli chodzi o humanistykę, a szczególnie literaturę polską. Postępująca depresja daje się we znaki szczególnie na seminariach magisterskich, a także w trakcie egzaminów. Trudno wywołać dyskusję i spowodować wymianę poglądów, skoro u uczestników brak niezbędnych odniesień i skojarzeń, które stanowią podstawowy warunek wszelkiej refleksji. Ma miejsce np. kompletna nieznajomość literatury emigracyjnej, ignorancja w zakresie faktów historycznych oraz ich powierzchowna interpretacja. Wyjątki są stosunkowo rzadkie i wynikają z reguły albo ze szczególnego zaangażowania jednostek, albo też z ich kontaktów z wartościowymi nauczycielami liceów - to wszak trafia się tylko incydentalnie.
Sądząc po informacjach, jakie opinia publiczna otrzymuje w sprawie przeprowadzanej reformy szkolnej, nie jest ona naprawdę mądrym, przemyślanym działaniem w odniesieniu do zakresu nauczania. Będzie niewątpliwie oznaczać dalsze, i to w większym stopniu niż kiedykolwiek dotąd, zubożenie przekazywanej uczniom wiedzy, którą twórcy projektu zmian określili w pejoratywny sposób jako "encyklopedyczną". Przyswajanie "umiejętności życiowych" nie może być głównym celem szkoły. Lekceważenie zasobu wiadomości, jakie powinny być zawarte w przedmiotach nauczania, przyniesie fatalne skutki, także społeczne. Czy będzie w ogóle możliwe nawiązanie w szkole wyższej dydaktycznego dialogu ze studentem, który wyszedł z liceum hołdującego daleko posuniętemu minimalizmowi?

spokojnie pracować

Niestety, nietrudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje tego stanu rzeczy: ograniczenie wymagań szkolnych, już zresztą od dłuższego czasu postępujące, w połączeniu z obniżeniem autorytetu nauczyciela, a co za tym idzie, również uruchomienie odpowiednich nacisków na nauczycieli akademickich - jeżeli nie bezpośrednio, to poprzez mechanizmy statystyczno-oceniające. W szkołach średnich bardzo szkodliwym zjawiskiem jest od dawna preferowanie uczniów przygotowywanych do konkursów przedmiotowych, co powoduje najczęściej zaniedbanie ogólnego poziomu nauki - nauczycieli ocenia się przede wszystkim w zależności od liczby "laureatów" w konkursach, co jest absolutnym nieporozumieniem.
Jeszcze jednej, a może najbardziej istotnej przyczyny "profesorskich trosk", należy upatrywać w daleko idącym zniesieniu właściwej proporcji pomiędzy czynnymi nauczycielami a administratorami szkolnictwa i nauki, które ma miejsce zarówno w stosunku do szkół podstawowych i średnich, jak i wobec uczelni akademickich. Nauczyciele poddawani są wciąż presji niewydarzonych pomysłów, "wydumanych" przy mnożących się wciąż dyspozytorskich biurkach. Sami nie mają najczęściej nic do powiedzenia, mogą sobie najwyżej ponarzekać na szykowane im i narzucane udręki. Resort, kuratoria, ośrodki metodyczne, teoretycy metodyki, dydaktyki, statystyki nauki - całe to towarzystwo "rośnie w siłę i żyje dostatniej", przy szerzącej się mizerii w szeregach wykonawców coraz uciążliwszego, bo ustawicznie utrudnianego procederu nauczania.
Nauczyciele szkół wyższych mają nad sobą aż dwie główne instancje o rozbudowanych strukturach: mniej, jak się wydaje, ważny resort oraz potężny Komitet Badań Naukowych, nie mówiąc już o Radzie Głównej i Centralnej Komisji. Do tego dochodzą administracje uczelniane i wydziałowe - te ostatnie zresztą z nader ograniczonymi kompetencjami. Kiedy zapytano pewnego profesora, będącego znanym uczonym, czego sobie najbardziej życzy, odpowiedział: - Żeby pozwolono mi spokojnie pracować. Nie jestem wszak pewien, czy w dzisiejszych warunkach jest to życzenie możliwe do spełnienia.

Prof. dr hab. Zbigniew Żmigrodzki, bibliotekoznawca, jest kierownikiem Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Uwagi.