Poprzedni Następny

 

Recenzenci naukowi nie powinni być anonimowi. Przejrzysty system ocen sprawi, że recenzje będą wnikliwsze i uczciwsze.

WĄTPLIWY PRZYWILEJ

W brytyjskim czasopiśmie "The Guardian" z 18 lipca br. ukazał się artykuł Lesa Backa The Devil You Know na temat wątpliwego przywileju anonimowych recenzji naukowych. Wątpliwego, gdyż niektórzy czują się z nim nieswojo. Wolą ujawnić własne nazwisko, gdy ferują opinie na temat czyjejś pracy.
Rośnie znaczenie jakości publikacji w ocenie poszczególnych uczonych i w ewaluacji wydziałów czy instytutów. Ważne jest także, jak często starania poszczególnych badaczy o przyznanie funduszy na badania zostały uwieńczone sukcesem. Tymczasem losy projektów naukowych, wniosków o przyznanie pieniędzy, losy książek i publikacji w czasopismach, zależą wciąż jeszcze od osób, których nazwisk nie znamy - powiada Back. Wydawcy oraz ci, którzy przyznają granty, zlecają ekspertyzy osobom dla nas anonimowym. Owoce naszej pracy intelektualnej są opiniowane przez sędziów, którzy nie muszą odpowiadać za swoje wyroki. Czy wobec debat nad wolnością informacji można bronić takiego stanu rzeczy? - pyta autor. Brak odpowiedzialności naukowców za krytyczne opinie jest symptomem szerszego zjawiska. W naszej kulturze intelektualnej brakuje etyki związanej z obiektywną krytyką.
W ciągu wielu lat funkcjonowania anonimowego systemu recenzji wykształciła się odrębna gałąź wiedzy - identyfikacja śledcza tożsamości recenzenta. Autorzy recenzowanych prac rozpoznają recenzentów na podstawie słownictwa, ulubionych myśli, kształtu czcionki. Jest to jednak zabawa, która nie zawsze wiedzie do jednoznacznych wyników. Nie zawsze też bywa wesoło. Anonimowość potrafi być przykrywką małostkowej zazdrości, rywalizacji i sekciarstwa intelektualnego. Wobec tak ostrego współzawodnictwa o fundusze na badania, jakie występuje w dzisiejszym świecie naukowym, wystarczy jedna negatywna recenzja, by wniosek wylądował w koszu.
W najlepszych publikacjach można znaleźć tanie i złośliwe komentarze. Umiejętność ostrego krytykowania jest wprawdzie wysoko cenionym atrybutem naukowca, nie może być jednak tak, że w centrum uwagi pozostaje popis inteligencji i błyskotliwości, a na drugi plan schodzi rzeczowa dyskusja. Wydaje się - pisze Back - że umysły akademickie winny się przede wszystkim zajmować złożonością świata, który rozciąga się za bramą uniwersyteckiego kampusu, nie zaś sobą nawzajem.
Obrońcy anonimowości twierdzą, że sprzyja ona szczerości. Jeśli opiniodawcy byliby znani, ich opinie stałyby się zbyt stonowane i nieostre. Kiedy koledzy się dowiedzą, że to ja napisałem tę recenzję, nigdy nie zaproszą mnie na konferencję czy do udziału w redagowanej przez siebie książce. Są to bardzo słabe argumenty - mówi Les Back. Jeśli krytycy nie mają odwagi ponosić odpowiedzialności za swoje opinie, niech ich nie wygłaszają.
Gdy sam wydaję opinię o cudzej pracy - powiada autor artykułu z "Guardiana" - idę za przykładem pewnego znanego profesora socjologii, który kiedyś w krytycznym komentarzu do mojego artykułu zrezygnował z przywileju anonimowości, ze względu na - jak napisał - bankructwo tego systemu. Zachęcam innych, by też tak postępowali. Słyszałem głosy, że może to utrudnić poszukiwanie recenzentów, szczególnie w czasopismach naukowych. Uważam jednak, że powinniśmy mieć kręgosłup moralny. Przejrzysty system recenzji może je uczynić ostrożniejszymi i bardziej przemyślanymi.

(fig)

Uwagi.