|
Leszek Szaruga
O BEZINTERESOWNOŚCI
Gdy niedawno udało mi się zdać kolejny i - mam nadzieję - ostatni w życiu egzamin, mój młodszy, lecz bez wątpienia bardziej uczony kolega podszedł do mnie i powiedział, nawiązując do wcześniejszych gier i zabaw towarzyskich, iż teraz już nie będę mógł się przedstawiać jako prosty, szary pracownik naukowy, lecz, w związku z uzyskaniem nowej pozycji, będę musiał przyjąć do wiadomości fakt uczestniczenia we wspólnocie uniwersyteckiej zmierzającej do badania prawdy. Tak, odparłem, zgoda, lecz warto dołożyć do tego, że owo zmierzanie do badania prawdy winno być bezinteresowne.
Cóż, dzisiaj już samo pojęcie prawdy często brane jest w nawias, poddawane relatywizującym zabiegom, przedefiniowywane i pozbawiane znamion ostateczności. Dotyczy to wszystkich dziedzin nauki, fizyki nie wyłączając, gdyż w niektórych obszarach poszukiwań dochodzi się czasem do wniosku, iż tak pojęcie przedmiotu, jak samo istnienie danych elementarnych są podawane w wątpliwość - przy założeniu, oczywiście, że fizyka kwantowa ma rację. A może wszak jej nie mieć, czego dowiedzieć się można z któregoś z kolejnych wydań słynnego stalinowskiego "Krótkiego słownika filozoficznego", definiującego fizykę kwantową jako burżuazyjną pseudonaukę mającą służyć fałszom idealistycznej filozofii i prowadzącą do zniewolenia klasy robotniczej. Pomysł jak pomysł - napisać można wszystko, wszak cała nasza wiedza to właśnie takie napisane opowieści. Jak bowiem powiadają zwolennicy postmodernizmu, świat jest tekstem.
Nie ma więc powodu - powie ktoś - dla którego należałoby walczyć o prawdę, skoro tak do końca nie wiadomo, czym ona jest. Z drugiej jednak strony, niektórym może właśnie na dochodzeniu do jej natury zależeć, nawet jeśli byliby z góry skazani na niepowodzenie. Bo owo niepowodzenie, wskutek dążenia do poznania istoty niepoznawalnego, właśnie w powodzenie się zmienia, czyniąc z niepoznawalnego choćby tylko poznawane. To też już coś. W wypadku dochodzenia do natury prawdy, warto sobie uświadomić - co czynią czasami poeci - że ma ona strukturę dialogową, że nie mieszka w słowach, lecz między słowami. Przekonać się o tym łatwo wówczas, gdy się tłumaczy z jednego języka na drugi. Taki na przykład czas w naszej przestrzeni językowej jest zarazem tym samym i czym innym niż czas w przestrzeni języka niemieckiego: tam ma on rodzaj żeński, a już ten drobiazg zasadniczo wpływa na odmienne jego funkcjonowanie kulturowe. I gdy ja mówię o czasie, mówię jednak co innego niż ktoś spośród moich niemieckich koleżanek i kolegów. Czas zaś polsko-niemiecki, męsko-żeński jest, jak mawiali to klasycy marksizmu, zgniłym kompromisem, jakimś niepochwytnym "pomiędzy".
Tyle tylko, że właśnie to "pomiędzy" staje się obszarem spotkania dwóch odmiennych poglądów, dwóch różnych prawd dotyczących tego samego - nie wiadomo zresztą, czy istniejącego - przedmiotu: jego istnienie jest też przecież określane przez język. Polak jakby nie do końca rozumie, jakie mianowicie emocje oznaczone zostały niemieckim słowem Hassliebe, mogą też pomylić niemiecki Weltschmerz ze zwykłym bólem głowy. W świecie Eskimosów istnieje, właśnie poprzez język, przez nazwanie zatem, o wiele więcej rodzajów śniegu niż u Francuzów czy użytkowników języka suahili. Lecz nawet, zgadzając się z tezą postmodernistów, definiujących świat przez tekst, winniśmy pamiętać o zasadniczej różnicy między światem oralnym i piśmiennym - kontrowersje w tej materii sięgają czasów platońskich (i proszę, znów kategoria zrozumiała jedynie dla nielicznych, bo tak naprawdę iluż spośród sześciu miliardów mieszkańców naszego globu może ją zrozumieć?).
Ale właśnie owo "pomiędzy" jest fundamentem bezinteresowności jako postawy najbardziej z punktu widzenia naszego poznania wartościowej. Ona jest źródłem tolerancji i otwartości, ona gwarantuje obronę przed płasko pojmowaną użytecznością, zwłaszcza użytecznością bezpośrednią. A także przed ideologizacją poznania. Jest też bezinteresowność warunkiem dialogu, z którego wyłania się wspólnota, także wspólnota uniwersytecka. I jeżeli w ogóle można się zgodzić z twierdzeniem, iż świat jest tekstem, to należy to twierdzenie uzupełnić charakterystyką gatunkową tego tekstu: świat jest dialogiem, świat wyłania się z dialogu. Wyłania się zeń nieskończenie, tak długo, jak długo ów dialog jest możliwy. W tym kierunku zresztą szły intuicje poetów, jak choćby Andrzeja Trzebińskiego, który - w jednym ze swych programowych szkiców, zatytułowanym "Pokolenie krytyczne i dramatyczne" - wskazywał na walor bezpośredniości dramatu i na jego wymiar interpersonalny. Poznanie, podobnie jak samo życie, jest dramatem, we wszelkich możliwych znaczeniach tego słowa.
Można tu dostrzec podobieństwo nauki do sztuki określanej przez Kanta mianem swobodnej gry władz poznawczych. Swoboda jest tu innym określeniem bezinteresowności. Owa gra władz poznawczych tworzy system napięć - zarówno wewnętrznych, jak zewnętrznych - w którym "ja" badawcze zyskuje podmiotowość właśnie w dialogu z innymi, w konfrontacji z odmiennymi koncepcjami czy rozwiązaniami, realizuje się we wspólnocie nie tracąc zarazem nic z własnej suwerenności.
Oczywiście, nie jest to podejście w pełni realistyczne, szczególnie w naukach przyrodniczych czy w poszukiwaniach nowych rozwiązań technicznych, które dziś uzależnione są od bardzo nawet wysokich nakładów, zaś "nakładodawcy" chcą mieć przecież z wyłożonych pieniędzy określone korzyści, choć tak naprawdę nie do końca wiadomo, co zyskują przez odkrycie kolejnych planet wokół odległych o dziesiątki tysięcy lat świetlnych gwiazd. Rzecz w tym, że również my wszyscy nie wiemy, co zyskujemy i jakie pożytki uzyskamy w przyszłości z odkryć dzisiaj czynionych. Rzecz pozornie nieprzydatna dzisiaj może nagle okazać się niezwykle praktyczna już jutro. To kolejny argument na rzecz bezinteresowności. Jest tych argumentów o wiele więcej. Wystarczy wszakże jeden: radość kreacji świata.
|