Społeczny ruch naukowy to forma aktywności obywatelskiej i jako inicjatywa obywatelska jest cenny. Jeżeli dotyczy ona nauki, to wydaje się być szczególnie chwalebna.
Rozmowa z prof. Michałem Nawrockim, prezesem Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk
Sens działania uległ zmianie
Czym jest Towarzystwo Popierania i Krzewienia Nauk?
- Najłatwiej będzie mi odpowiedzieć odwołując się do historii. TPKN powstało 20 lat temu, w listopadzie 1980 r., jako forum wymiany myśli, grupa nacisku, której celem było dokonanie zmian w nauce, w sposobie jej uprawiania oraz jej otoczeniu. Założyciele mieli świadomość, że musi ulec zmianie prawodawstwo dotyczące nauki. W stanie wojennym TPKN zostało rozwiązane decyzją ministra spraw wewnętrznych. Jednak działało nieoficjalnie, jego członkowie niejawnie wspierali aktywność naukową i środowisko. W 1989 r. stowarzyszenie reaktywowano.
- Zatem powstanie TPKN miało związek z nurtem odnowy, jaki ogarnął wówczas kraj?
- Zdecydowanie, wiązało się z odzyskiwaniem podmiotowości przez uczonych, którzy uważali, że w nauce dzieje się źle, a oni mają obowiązek to zmienić.
- Nieprzypadkowo zatem jest to stowarzyszenie uczonych, głównie profesorów?
- Członkami TPKN są nie tylko uczeni, jednak oni zdecydowanie przeważają. Stowarzyszenie jest, oczywiście, otwarte, ale ma w pewnym sensie korporacyjny charakter. Członkowie zapraszają i rekomendują kandydatów.
- Podstawową formą działalności TPKN są comiesięczne spotkania dyskusyjne?
 |
| Dr hab. Michał Nawrocki, prof. UW (ur. 1943) pracuje w Instytucie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego (przewodniczący Rady Naukowej IFD UW). Zajmuje się fizyką doświadczalną ciała stałego, zwłaszcza badaniem półprzewodników metodami optycznymi. Opublikował ponad 50 oryginalnych prac naukowych, większość w renomowanych czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym. W latach 1993-99 był prorektorem UW ds. rozwoju i badań naukowych. W latach 1983-89 członek Społecznego Komitetu Nauki, od 1997 członek Komitetu Naukoznawstwa, a od 2000 także Komitetu Etyki w Nauce PAN. Od 1993 r. należy do Zarządu, a od 1995 r. pełni funkcję prezesa Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk. |
- W tej chwili tak, ale to nie wszystko. Inną regularną formą działania są konkursy na najlepsze prace doktorskie, przeprowadzane wraz z innymi instytucjami. Wydajemy też "Zeszyty TPKN". Jednak za naszą podstawową działalność, szczególnie w przeszłości, uznałbym prace programowe na rzecz zmiany systemu organizacji nauki, a także swego rodzaju aktywną obserwację wszystkiego, co dotyczy szeroko rozumianej działalności naukowej i kształcenia, diagnozowanie zagrożeń, poszukiwanie i proponowanie rozwiązań.
- Na czym ta działalność polega?
- W TPKN działały różne komisje, np. Komisja Polityki Naukowej. M.in. właśnie w naszym kręgu zrodził się pomysł utworzenia Komitetu Badań Naukowych. Staramy się też wydawać opinie i ekspertyzy na temat bieżących zmian w prawodawstwie dotyczącym nauki i szkolnictwa wyższego. Zajmowaliśmy także publicznie stanowisko w sprawach ogólnych, odnoszących się do nas jako obywateli.
- Pierwszy człon nazwy Towarzystwa - popieranie nauki - właściwie już Pan wyjaśnił. Co robi TPKN, aby zrealizować drugi człon nazwy - "krzewienie" nauk?
- Nie wiem, na ile ta nazwa jest zasługą prof. Białkowskiego, pierwszego prezesa TPKN, który był nie tylko uczonym, ale i poetą. Podejmowaliśmy próby prowadzenia otwartej działalności popularyzatorskiej. Muszę jednak przyznać, że nam to nie wyszło i nadal nie mamy pomysłu, w jaki sposób moglibyśmy naukę popularyzować. Mógłbym, oczywiście, nieco pokrętnie tłumaczyć, że robią to nasi członkowie...
- Czy popularyzacja nauki powinna być włączona do dorobku naukowego lub wpisana w obowiązki profesorów?
- Generalnie jestem przeciwnikiem sposobów formalnych. Trudno zmusić do popularyzowania kogoś, kto nie umie lub nie chce tego robić. Natomiast działalność tych, którzy to robią, mogłaby być w jakiś sposób pozytywnie kwitowana, także formalnie. Nagroda im. Hugona Steinhausa w dziedzinie upowszechniania nauki, której idea zrodziła się w TPKN, a która jest obecnie przyznawana wspólnie z Polską Fundacją Upowszechniania Nauki, jest pośrednią formą wpływania na popularyzację. Być może powinniśmy pełnić rolę stymulatora popularyzacji, a nie bezpośredniego organizatora odczytów czy pokazów.
- TPKN przyznaje też inne nagrody. Jedna odwołuje się do założyciela Towarzystwa.
- Nagrody zyskały pewną renomę, co widać choćby po tym, że ludzie chcą o nie występować. Nagroda im. prof. Grzegorza Białkowskiego dotyczy nauk ścisłych, a przyznawana jest we współpracy z Fundacją na rzecz Nauki Polskiej. Nagroda im. prof. Klemensa Szaniawskiego przyznawana jest w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych we współpracy z Fundacją im. Stefana Batorego. Nagroda im. Aurelii Baczko, fundowana przez prof. Bronisława Baczkę - my jesteśmy tylko chętnym wykonawcą jego woli i organizatorem konkursu - przyznawana jest w dziedzinie nauk medycznych.
- Czy Towarzystwo bierze udział w festiwalu nauki i pikniku naukowym?
- Jako instytucja, nie. Natomiast wiele osób, które organizują te imprezy, należy do TPKN. Charakter Towarzystwa jest taki, że daje ono okazję do spotkania, do rozmowy o tym, co warto zrobić. Potem pomysły, które pojawiają się w dyskusjach, realizowane są przez poszczególne osoby już poza strukturą TPKN. Tu spotykają się ludzie z rozmaitych instytucji, reprezentujący różne dyscypliny naukowe. Fakt, że spotykają się w jednym miejscu, daje efekt synergiczny. To także ważna funkcja naszych spotkań dyskusyjnych.
- Towarzystwo liczy ponad 200 członków. Jednak na spotkaniach bywa znacznie mniej osób.
- Zdecydowanie mniej, zwłaszcza ostatnio. Na różne spotkania przychodzą jednak różni ludzie, choć jest też grupa stałych uczestników.
- Czy to wyraz kryzysu działalności TPKN?
- Gdy Towarzystwo powstawało, wyraźnie widać było, że są rzeczy, które trzeba zmienić, które zagrażają nauce. To stanowiło element konsolidujący i motywujący. W tej chwili wiele rzeczy zmieniło się na lepsze, powstały instytucje, o które nam chodziło, zajmujące się sprawami dyskutowanymi na spotkaniach TPKN. Zrobiło się normalnie, a na pewno normalniej.
- Czy chce Pan powiedzieć, że część misji Towarzystwa znikła?
- Tak, sens działania Towarzystwa uległ zmianie. Aczkolwiek słusznie wielu kolegów uważa, że zmiany nie doprowadziły do zaniku głównego celu działania TPKN, jakim było wprowadzenie zmian w nauce polskiej. Tyle że teraz są autonomiczne uczelnie, które mają senaty z szerokimi uprawnieniami, mamy wybierany przez wszystkich KBN. W wolnych wyborach wybieramy Sejm. Tak więc rola Towarzystwa mogłaby polegać na dbałości o zasady, do których jesteśmy przywiązani, na pilnowaniu pewnych wartości, etosu.
- Towarzystwo reprezentuje środowisko warszawskie, można mu więc zarzucić, że nie jest do końca reprezentatywne dla całego kraju.
- Tak, choć mamy członków spoza Warszawy. Tyle że ich udział w bieżącej działalności TPKN jest ograniczony. Są to w dużej części starsi wiekiem profesorowie, których często, o zgrozo, nie stać na podróże do stolicy. Czasami nie pozwala im na to zdrowie.
- Dlaczego w TPKN jest tak mało młodych ludzi? Czy Państwo ich nie zapraszają?
- To wyraz kryzysu działalności stowarzyszenia. Na pewno robimy w tej sprawie zbyt mało, chociaż mamy świadomość, że w Towarzystwie powinny się pojawić młode osoby. Jednak one się nie garną. Motywacja "rewolucyjna" zanikła. Młodzi stoją przy swoich układach pomiarowych, piszą prace naukowe, szukają środków utrzymania, a w bieżącą działalność Towarzystwa, nawet jeżeli zgadzają się z naszymi apelami i stanowiskami, nie włączają się.
- Jako stowarzyszenie są Państwo klasyfikowani w kategorii społecznego ruchu naukowego.
- To bardzo umowna kategoria. My jesteśmy "naukowi" tylko w sensie środowiska, z którego wywodzą się nasi członkowie, a także ze względu na pole naszych zainteresowań. Jako TPKN nie prowadzimy działalności naukowej. Społeczny ruch naukowy to forma aktywności obywatelskiej i jako inicjatywa obywatelska jest cenny. Jeżeli dotyczy ona nauki, to wydaje się być szczególnie chwalebna. Czasami zresztą przynosi wymierne, zwłaszcza dla środowisk lokalnych, efekty naukowe.
- Jeżeli ten ruch ma charakter społeczny, to powinien działać za społeczne, a nie państwowe pieniądze.
- Jeśli idzie o TPKN, z pieniędzy publicznych finansujemy tylko druk "Zeszytów TPKN", a redaktor naszego periodyku pracuje społecznie. Pozostała działalność finansowana jest ze środków pozabudżetowych, dzięki naszej współpracy z fundacjami. Dobrze byłoby, aby społeczny ruch naukowy mógł opierać swoją działalność na finansach pozabudżetowych. To gwarantuje pewną niezależność, o którą bardzo dbamy.
- "Zeszyty TPKN" ograniczają się do relacjonowania spotkań Towarzystwa.
- Włączamy do "Zeszytów" także nasze ekspertyzy czy oświadczenia. Członkowie Towarzystwa lubią ten periodyk w takiej formie.
- Rozumiem, że wyrazem doradczej roli TPKN są stanowiska w sprawie ustaw o KBN, szkolnictwie wyższym czy zapisu konstytucyjnego o bezpłatności studiów?
- Uważamy, że nie można zapisywać w konstytucji bezpłatności studiów. To nikogo do niczego nie zobowiązuje. Powinno się natomiast zapisać to, że państwo gwarantuje dostępność studiów wyższych. Wszystkie rozwiązania, które w tej chwili można proponować, są skrępowane niefortunnym zapisem konstytucyjnym. Ogranicza on w sposób absurdalny szkolnictwo wyższe i paradoksalnie jego dostępność. Literalna realizacja tego zapisu byłaby dramatem z punktu widzenia uczelni publicznych.
- Niestety, Państwa postulaty dotyczące ustawy o KBN nie zostały uwzględnione w zatwierdzonej właśnie nowelizacji.
- Postulowaliśmy rozdzielenie funkcji administracyjno-rozdzielczych od funkcji kształtowania polityki naukowej. Uważamy, że wybieralny KBN powinien się zajmować kształtowaniem polityki naukowej państwa poprzez propozycje pierwotnego podziału środków pomiędzy dziedziny nauki oraz dzielenie pieniędzy na różne strumienie finansowania (działalność statutowa, granty itp.). Natomiast sprawne ministerstwo nauki, czyli dobrzy, kompetentni urzędnicy państwowi, wspierani przez specjalistyczne sekcje, powinni dokonywać szczegółowego podziału środków na badania naukowe. Nie jest bowiem dobrą sytuacja, gdy profesorowie de facto sami sobie przydzielają granty.
- Państwo postulowali poszerzenie dyskusji nad ustawą o szkolnictwie wyższym, a ona chyba już zbyt długo jest dyskutowana?
- Nam chodzi zwłaszcza o poszerzenie kręgu konsultującego ustawę, zwłaszcza o pracodawców. Chodzi też o kontrolę podatników nad wydatkami uczelni, np. w postaci, nazwijmy to umownie, "rad nadzorczych". Natomiast najważniejsza jest obecnie kontrola jakości kształcenia, a zatem system akredytacji. Tymczasem w ustawie, która ma akredytację wprowadzić, nawet jej nie zdefiniowano. Nie wprowadzono jej trybu i procedur. Ten problem wymaga lepszego określenia w ustawie.
- Ustawa nie obejmuje też zagadnień stopni i tytułu naukowego, o których Państwo dyskutowali.
- Tych kwestii dotyczy odrębna ustawa. Być może nasze stanowisko wynika z pewnej konserwatywności środowiska naukowego. Uważam, że to dobrze, iż jest ono trochę konserwatywne, bo to się wiąże z zachowaniem i pielęgnowaniem określonego etosu naukowego, wartości związanych z uprawianiem badań naukowych. Środowisko musi reagować na bodźce z zewnątrz w sposób rozsądny. Ta reakcja nie może mieć charakteru ruchów Browna: jak pstryczek z prawej, to my w jedną stronę, jak z lewej - to my w drugą. Generalnie członkowie TPKN uważają, że habilitację i tytuł naukowy należy zachować, gdyż są to gwarancje - lepsze lub gorsze - zachowania poziomu działalności dydaktycznej i naukowej. To wybitni naukowcy i dydaktycy powinni, w oparciu o dobrze określone kryteria i procedury, decydować o włączaniu nowych adeptów do korporacji uczonych. Można, oczywiście, powiedzieć, że to jest stanowisko "mandarynów". Ale czy środowisko naukowe powinno rządzić się pełną demokracją? To mogłoby pozostawać w sprzeczności z ważną w działalności naukowej zasadą elitarności i fundamentalną relacją mistrz - uczeń. Są obszary, gdzie demokracja w samorządnym środowisku naukowym funkcjonuje znakomicie. Są inne, gdzie musi podlegać racjonalnym ograniczeniom wynikającym z charakteru i zadań środowiska uczonych.
Rozmawiał Piotr Kieraciński
Uwagi.