Poprzedni Następny

Prawdziwe studiowanie, sięganie do źródeł, wybór z wielości podręczników każdego przedmiotu i samodzielna praca studenta
pozostają w naszym systemie studiów pobożnym życzeniem.

Jerzy Fedorowski

NiedościgŁy wzorzec

Z niejasnych dla mnie powodów pisanie podręczników było w wielu środowiskach uważane za twórczość wtórną, działalność naukową drugiej rangi. Zawsze mnie to dziwiło, ponieważ w moim przekonaniu podręcznik wysokiej klasy, obejmujący zarówno kompendium wiedzy zawartej w fachowej literaturze przedmiotu, jak i własne przemyślenia, jest doskonałym świadectwem zawodowej rangi jego autora. Podręcznik taki wywiera ogromny wpływ na studentów i ich nauczycieli nie tylko w środowisku macierzystej uczelni autora, ale w całym środowisku. Wymusza utrzymanie odpowiedniego poziomu nauczania przedmiotu, a niejednokrotnie skłania studentów i młodszych pracowników nauki do głębszego zainteresowania się specjalnością, której dotyczy, czy też poszczególnymi zagadnieniami objętymi jej zakresem. Rezultatem szerokiego zainteresowania jest także potrzeba lub wręcz konieczność wznowień, których wysokiej klasy autor podręcznika nie dokonuje mechanicznie, lecz zawsze wprowadza uzupełnienia zgodne z najnowszymi osiągnięciami światowymi. Geologia dynamiczna nieżyjącego już od lat profesora Mariana Książkiewicza jest dla mnie niedościgłym wzorem takiego podręcznika, napisanego przez polskiego autora. Z jego pierwszego wydania korzystałem jako student, ostatnie polecałem jako profesor, a każde witałem z radością i szacunkiem należnym autorowi i jego dziełu. Zawsze odczuwałem również pewien rodzaj zazdrości wobec osób zdolnych napisać podręcznik tej klasy. Zapewne dlatego, iż od lat przymierzam się do zrealizowania własnego podsumowania i od lat pozostaje ono w sferze kompletowania dezaktualizujących się materiałów. Być może uda mi się wreszcie napisać nadający się do użytku podręcznik akademicki z zakresu paleozoologii bezkręgowców. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, iż osiągnięcie rangi podręcznika prof. M. Książkiewicza pozostanie dla mnie zapewne w sferze marzeń.


śmieć podręcznikowy

Nieco przydługi wątek osobisty zamieściłem celowo. Chciałem w jednoznaczny sposób określić mój stosunek do podręczników wysokiej klasy oraz do ich autorów, aby tym dobitniej oświadczyć, iż jestem zdecydowanym przeciwnikiem publikowania śmiecia podręcznikowego. Śmieć taki, choć negatywnie oceniany poza instytucją zatrudniającą autora, a nawet w niej samej, również oddziałuje na studentów, mimo iż nie jest zalecany, a nawet mimo faktu przestrzegania przed nim. Nie można wręcz przecenić intelektualnie destruktywnego oddziaływania nędznej twórczości podręcznikowej. Wyparcie nonsensu ze świadomości i zastąpienie go rzetelną wiedzą jest bowiem znacznie trudniejsze niż pierwotne przyswojenie sobie tej wiedzy. Pamiętamy nonsensy w rodzaju najbardziej optymalny, uniwersytet imieniem Iksińskiego czy w miesiącu maju, które rozprzestrzeniły się w naszym języku jak płomień i tlą się w nim do dzisiaj. W mojej dziedzinie przykładem takiego nonsensownego wyrażenia jest terran, słowo wzięte z angielskiego terrain (teren, obszar) i bezsensownie zniekształcone w celu wywołania wrażenia naukowości. Walka z tym potworkiem wydaje się już obecnie beznadziejna.
Nie do zlekceważenia jest również wpływ autora śmiecia podręcznikowego, wymuszającego na swoich słuchaczach przyswajanie błędów i nonsensów. Nie spotkałem jeszcze studenta oświadczającego swojemu nauczycielowi (obojętnej rangi), iż plecie nonsensy. Zresztą przytłaczająca większość studentów nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, iż przyswaja nonsens, ponieważ prawdziwe studiowanie, sięganie do źródeł, wybór z wielości podręczników każdego przedmiotu i samodzielna praca studenta pozostają w naszym systemie studiów pobożnym życzeniem.
Z tego, co napisałem, a szczególnie z faktu istnienia na rynku wydawniczym podręczników bardzo marnych wynikałoby, iż cierpimy w naszej dziedzinie na nadmiar podręczników akademickich, że wydawanie ich jest łatwe, jeśli już zostały napisane, a kwestią pozostaje jedynie eliminowanie tandety. Otóż i tak i nie. Podręczników mamy o wiele za mało, a wydanie podręcznika wymaga wielu zabiegów, szczególnie w kwestiach finansowych. W wyniku tego, większość podręczników obecnie dostępnych jest przestarzała lub ich nakłady zostały wyczerpane, pozostają więc dostępne jedynie w bibliotekach. Pojawia się oczywiście pytanie, w jaki sposób marny podręcznik mógł znaleźć się na rynku, jeśli wydanie czegokolwiek jest trudne? Jest przynajmniej kilka powodów takiego stanu rzeczy: niedostateczna podaż (na bezrybiu i rak ryba), umiejętność autora zainteresowania i zainspirowania wydawcy oraz znalezienia sponsora, uzyskanie pozytywnych recenzji itp.


autor, recenzent, wydawca

Chciałbym zatrzymać się na tej ostatniej kwestii. Bodaj nikt już nie spodziewa się publikowania dużych objętościowo pozycji bez recenzji. Recenzje bywają jednak bardzo rozmaite. Różna też jest reakcja autora na sugestie przedkładane mu przez recenzenta. Wiemy doskonale, iż oprócz recenzji rzeczywiście pogłębionych merytorycznie, wykonanych przez osoby w pełni kompetentne i dysponujące odpowiednią dozą nie tylko znajomości rzeczy, ale i odwagi w wykazywaniu niedociągnięć i błędów, są recenzje kolesiowate lub lizusowskie, wykonywane w szczególności wówczas, gdy recenzent jest autorowi znany, a w dodatku autor jest na tyle wpływowy, iż może pozbawionemu skrupułów moralnych recenzentowi zaszkodzić lub pomóc w karierze. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, iż kalam własne gniazdo. Nie zamierzam również podawać przykładów, wiemy jednak niemal wszyscy, iż takowe istnieją.
Dotyczy to zresztą szerszego problemu publikowania, nie tylko podręczników. Skąd brałyby się bowiem cegły zalegające magazyny wydawnictw, niechciane darmo lub za symboliczną opłatą nawet przez ich autorów? Oczywiście, zdarza się również, że cegła ukazała się na rynku nie wskutek świadomie fałszywej, ale po prostu niezbyt kompetentnej recenzji oraz zdolności autora do przekonania wydawcy.
Zupełnie innym zagadnieniem jest kwestia wykorzystania przez autora sugestii recenzenta. Zdarza się, iż autor serdecznie dziękuje recenzentowi za cenne uwagi i wskazówki ignorując równocześnie wszystkie istotne sugestie zmian i uzupełnień, a nawet stawiane przez recenzenta zarzuty. W jakże niezręcznej sytuacji fakt taki stawia owego recenzenta, wymienionego z nazwiska! Staje się on współodpowiedzialny za błędy autora, bowiem naturalną reakcją czytelnika jest osąd, iż recenzent w najlepszym razie je przeoczył. W najgorszym, kwestionowane są kompetencje recenzenta i jego rzetelność, a nawet morale. A przecież ignorowanie przez autora krytycznych uwag recenzenta nie jest bynajmniej odosobnione. Wynika ono niejednokrotnie z niedostatecznie pieczołowitego ustosunkowywania się wydawców do recenzji i nieegzekwowania od autora jednoznacznych dowodów na to, iż on, nie recenzent, ma słuszność. Debata między recenzentem a autorem w obecności wydawcy byłaby w skrajnych przypadkach bynajmniej nie od rzeczy. Przecież niemal wszystkie publikowane w Polsce podręczniki są finansowane w taki czy inny sposób z pieniędzy społecznych. Mamy zatem prawo oczekiwać od wszystkich wydawców rzetelnego podejścia merytorycznego do swojej produkcji i dawania nam za nasze pieniądze dobrego produktu.


nie stać nas na błędy

W tym miejscu nasuwa się następne pytanie: czy jesteśmy w stanie wyegzekwować od wydawców pełną kompetencję i dbałość o jakość? Przecież jest ich obecnie mnóstwo, autorzy przychodzą do nich z pozornie własnymi pieniędzmi i żądają uwzględniania wyłącznie swoich racji i wymagań. Oczywiście, owe własne pieniądze w przytłaczającej większości nie pochodzą z własnych dochodów autorów, lecz z dotacji Komitetu Badań Naukowych, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Polskiej Akademii Nauk, towarzystw naukowych itd. Nie ma zatem wątpliwości, iż zdecydowana ich większość to pieniądze społeczne. Ich spożytkowanie powinno zatem podlegać choćby wyrywkowej kontroli. Powinni to czynić darczyńcy, uważnie przyglądając się jakości dzieł wydawanych przez poszczególnych wydawców i umieszczając niesolidnych na czarnej liście. Zespół opiniodawczo-doradczy KBN ds. polityki wydawniczej, zespoły opiniodawcze przy MEN i PAN mogłyby zapewne już obecnie dokonać podziału na wydawców solidnych i producentów bubli. Oczywiście, ewentualny czytelnik moich uwag może w tym miejscu zacząć się zżymać na sugerowanie wprowadzenia cenzury, ingerencję w prawa autora, negowanie praw rynku samoistnie eliminującego buble itp. Wszystkie te uwagi będą zapewne słuszne za ileś tam lat. Są jednak niestosowalne na obecnym etapie naszego rozwoju historycznego. Praktyka pokazuje, iż niepodobna przeskoczyć historii udając, iż nie dostrzega się konkretnych zagrożeń lub, co gorsza, rzeczywiście ich nie dostrzegając. Zrujnowanie jedną centralną decyzją państwowych gospodarstw rolnych i doprowadzenie tym samym do masowego bezrobocia w wielu regionach kraju jest dla mnie i pozostanie wstrząsającym przykładem bezmyślnego zastosowania liberalnych teorii w praktyce. Oczywiście, nikt nie poniósł za to i nie poniesie odpowiedzialności innej niż osąd Historii. Uczmy się jednak na tym przykładzie wystrzegania nie istniejących mechanizmów i stosowania chciejstwa zamiast realnego osądu. Polityków stać na błędy, ponieważ w naszej ułomnej demokracji nie ponoszą za nie odpowiedzialności. Uczonych, a w szczególności twórców podręczników - nie. Odpowiadamy przecież za konkurencyjność następnych pokoleń Polaków na światowym rynku intelektu. W imię tej odpowiedzialności nie strajkujemy i staramy się kształcić jak najlepiej wbrew ślepocie kolejnych ekip rządzących, które w edukacji narodowej i nauce widzą wyłącznie chwytliwy slogan wyborczy.


skrypt zamiast

Pisząc o jakości podręczników nie sposób pominąć kwestii skryptów, ponieważ są one jeszcze bardziej podatne na bylejakość. Od autora skryptu, zwykle młodego uczonego na dorobku, nie oczekujemy wielkiego wkładu własnych osiągnięć naukowych. Mamy jednak prawo oczekiwać rzetelnego i krytycznego przybliżenia studentowi współczesnych osiągnięć światowych na poziomie wymaganym podczas ćwiczeń. Dobry skrypt lub przewodnik do ćwiczeń spełnia w mojej dziedzinie bardzo ważną rolę,jestem więc gorącym zwolennikiem wydawania tego rodzaju pomocy dydaktycznych. Jego ukazaniu się drukiem musi wszakże towarzyszyć wielka staranność ze strony recenzenta i wydawcy, którym jest zwykle macierzysta uczelnia autora. Skrypt nie powinien natomiast zastępować podręcznika akademickiego i sugerowanie go studentom zamiast bardziej wyrafinowanej lektury jest uchybieniem dydaktycznym.
Znaczenie podręcznika w systemie kształcenia studentów jest problemem uniwersalnym, podobnie jak oczywistość tego stwierdzenia. Produkcja podręczników na świecie jest zatem bardzo duża. Poza mniejszym lub większym prestiżem, przynoszą one bowiem swoim autorom dodatkowe dochody. Większość podręczników w krajach wiodących w mojej dziedzinie to produkty średniej klasy, których znajomość nie przybliży studentowi problemów przedmiotu na tyle, iż warto zadawać sobie trud i ponosić koszta ich tłumaczenia. Wśród tej masy powstają jednak podręczniki wybitne merytorycznie i nowatorskie metodologicznie. Bywają tworzone przez jednego autora. Przeważnie piszą je jednak zespoły autorów o bardzo wysokiej renomie w poszczególnych działach przedmiotu, wskutek czego dzieło osiąga równy, a równocześnie najwyższy poziom. Takie wybitne podręczniki są jednak bardzo drogie. Nabycie dzieła za 100-150 USD przekracza nie tylko możliwości finansowe polskiego studenta, lecz przeważnie również polskiego profesora. Nabywane są zatem w najlepszym razie pojedyncze egzemplarze do bibliotek uczelnianych, wydziałowych lub instytutowych. Egzemplarz taki niejednokrotnie anektuje zamawiający dzieło uczony i z trudem się z nim od czasu do czasu rozstaje na rzecz kolegów, bardzo rzadko studentów. Dodatkowym utrudnieniem w polecaniu podręcznika obcojęzycznego jest ciągle jeszcze niedostateczna znajomość języków obcych wśród naszych studentów. Nawet najwybitniejsze podręczniki nie są zatem często uwzględniane w spisach obowiązkowych lektur i nie oddziałują bezpośrednio na studentów, choć powinny być jak najszybciej przez nich przyswajane. Fakt, iż zaczerpnięte z takich podręczników i przetworzone przez wykładowcę informacje trafiają do studentów podczas wykładu nie rozwiązuje kwestii.


przekład i twórczość rodzima

Obowiązkiem Ministerstwa Edukacji Narodowej jest znalezienie i zapisanie w swoim budżecie znaczących kwot na tłumaczenia i masowe wydania licznych, dobrych podręczników. Nabycie praw, tłumaczenie i wydanie takiego podręcznika przez MEN musi być uwarunkowane jedynie przeprowadzeniem jednoznacznego dowodu jakości oryginału. Dowód taki musi opierać się przede wszystkim na kilku niezależnych recenzjach, wykonanych przez fachowców uprawiających tę samą specjalność, co autor podręcznika. Opinia jednej osoby z grona doradców ministerialnych nie może być w tej kwestii miarodajna. Nawet, jeśli jest to specjalista.
Oczywiście, wydawanie licznych tłumaczeń podręczników nie powinno w żadnym razie zwalniać MEN ze szczególnej dbałości o rodzimą twórczość podręcznikową, na którą również powinno ono asygnować corocznie znaczące sumy. Nie orientuję się dokładnie w kwestii promocji przez MEN i ułatwiania publikacji podręczników. Nie musi to być jednak działalność rzeczywiście efektywna i oparta na dużych kwotach pieniężnych. Nie jest przecież dla nikogo tajemnicą, iż dobra promocja, znaczące ułatwienia i zapewnienie autorom godziwych honorariów za dobry produkt doprowadzi do wzmożenia twórczości w tej dziedzinie. Fakt, iż takiej hossy nie obserwujemy najlepiej świadczy o niedostatecznym zainteresowaniu MEN tą ważną kwestią. Mało kto bowiem zdecyduje się na żmudny trud napisania podręcznika wysokiej klasy, jeśli dokonanie to zostanie ocenione przez środowisko jako wtórne, jego autor przejdzie drogę przez mękę zanim dzieło ukaże się na półkach księgarskich, a jedyną satysfakcją będzie możliwość polecania studentom własnego podręcznika, bez satysfakcji z gratyfikacji, która powinna towarzyszyć komfortowi psychicznemu. Żeby nie było nieporozumień, przypomnę ewentualnemu czytelnikowi, iż moje uwagi odnoszą się do sytuacji w geologii, dziedzinie nie kształcącej takich mas studentów jak prawo czy różne dziedziny ekonomii, bankowości itp. Trudno więc w tej dziedzinie mówić o znaczących dochodach z tantiem od masowo sprzedawanych podręczników.

Prof. dr hab. Jerzy Fedorowski, geolog, paleozoolog, rektor UAM w latach 1990-96, pracuje w Instytucie Geologii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu.



Uwagi.