Bariera oddzielająca od uprawiania nauki w kompetentny sposób staje się nieprzekraczalna, jeśli z przyczyn niezależnych od zainteresowanego jest on po prostu odcięty od właściwych miejsc w globalnej sieci.
Dorota Heck
Ośla ławka
Do Global Information Infrastructure Andrzeja Targowskiego z Uniwersytetu Stanowego Zachodniego Michigan sięgnęłam poszukując tytułu Electronic Classrom tegoż autora. Znałam jego nazwisko tylko jako felietonisty "Rzeczpospolitej", który szczególnie zainteresował mnie zdaniem, że amerykańskie uniwersytety właśnie zaczynają odchodzić od kształtowania organizacji swoich struktur na wzór korporacji businessowych, a także przekonują się do wartości tradycyjnych dyscyplin akademickich zamiast nauczać na kierunkach efemerycznych, rozdrobnionych i noszących cechy szkoleń zawodowych.
Okazało się, że rozdział o uniwersytetach jest jedynie fragmentem szerszej pracy, poświęconej wielorakim aspektom życia poddanego procesom modernizacyjnym. Od części poświęconej narodowej i globalnej infrastrukturze informatycznej, obejmującej m.in. handel, lecznictwo, bankowość, biblioteki, przechodzimy do części drugiej tej książki, o takich przedsięwzięciach w sieci komputerowej, jak zarządzanie czy oświata. Część trzecia ma najwęższy zakres, dotyczy funkcjonowania miasta, np. rozwoju demokracji lokalnej, przeprowadzania rozmaitego typu głosowań poprzez sieć komputerową.
zbędne uniwersytety
Wprawdzie książka skupia się na strategicznych celach unowocześnienia sposobów porozumiewania się ludzi, traktuje o istocie zmian, a raczej nie o szczegółach technicznych, mówi jednak o dziedzinach, które (jak np. telekomunikacja) zmieniają się niezwykle szybko. Co więcej, mamy do czynienia ze wznowieniem wydania z 1996 r. Aktualnie więc wydaje się przede wszystkim to, co skłania do namysłu nad rudymentami przemian cywilizacyjnych. Jakie zasadnicze wartości ugruntowujemy, a jakie możemy utracić w najbliższym czasie, jeszcze za życia obecnych pokoleń? Jeden z licznych w omawianym opracowaniu rysunków przedstawia schemat, według którego wraz z końcem zimnej wojny skończył się wiek rozumu, otwarty wynalazkiem druku, a rozpoczął się okres ponowożytny. Zastanawiam się, co ów koniec oznaczał dla haseł ery rozumu, np. "wolności, równości i braterstwa"? Autor wspominał o takich futurologach, jak Alvin Toffler (Szok przyszłości, Trzecia fala) czy John Naisbit (Megatrendy), nic więc dziwnego, że niepokoje co do etycznego wymiaru przyszłego społeczeństwa towarzyszą również czytelnikowi Targowskiego. Nie są one zresztą zupełnie nowe. przypominam sobie przecież "Przekrój" z połowy lat 70. z Szokiem przyszłości w odcinkach, a w domowej, zgoła nie wirtualnej, bibliotece trafiłam na zbiorowy tom Model wykształconego Polaka, opracowywany wówczas przez Komitet Badań i Prognoz "Polska 2000" PAN. Literaturą w szkole zajmowali się tam Zdzisław Libera i Janusz Sławiński, z nostalgią spoglądam na Założenia projektu programu "Wrocławska szkoła przyszłości", na rozdział Ideał człowieka kulturalnego Andrzeja Tyszki. Wiele w tym opracowaniu znanych nazwisk i wiele marzeń o Polsce, która sprostałaby wyzwaniom nowoczesności, należała do cywilizowanego, bezpiecznego, zachodniego świata. Propozycje na temat informatyki w szkole zaprezentował tam A. Targowski.
W latach 1971-1974 autor kierował Krajowym Systemem Informatycznym, wprowadził pojęcie "infostrada", a po sześciu latach kłopotów z ówczesnymi władzami, które uniemożliwiły mu kontynuację podjętych prac, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Nie można odmówić mu słuszności, gdy pisze, że jeśli uniwersytety i colleges będą zajmować się jedynie podtrzymywaniem swojej minionej świetności, zostaną uznane za zbędne (s. 311). Przyznaję jednak, że z poważnymi obawami czytam o bibliotekach, które stracą swoje finansowe i polityczne poparcie ze strony obywateli klasy średniej (s. 199). Wyobrażam sobie ubogich, których wyrzuca się za - wirtualne - drzwi dostępu do informacji.
nieprzekraczalna bariera
Kiedy z kolei pisze się o jutrze oświaty, nauki oraz zatrudnienia, stosując kryterium sposobu rozumowania, eliminując z obszaru społecznie aprobowanych praktyk gromadzenia wiedzy dokumentowanie pojedynczych, w zasadzie niepowtarzalnych zjawisk, czuję się jak niepoprawna humanistka posadzona w oślej ławce. Czy koniecznie, czy nieuchronnie w obrębie instytucji akademickich ma pozostać śledzenie ogólnych tendencji, poszukiwanie ogólnych praw - na wzór nauk przyrodniczych? Jeśli preferowane jest myślenie abstrakcyjne i systemowe, to jaka przyszłość czeka idiograficzne opisy i analizy poszczególnych fenomenów kulturowych, w tym artystycznych?
Podkreśla się w książce Andrzeja Targowskiego, że usługi informatyczne, świadczone przez biblioteki czy też uczelnie, powinny być dostępne dla wszystkich. Wiadomo jednak, że dostęp do pewnych baz danych bywa płatny lub uzależniony od korzystania z komputera działającego w określonej domenie. W ten sposób selekcja użytkowników nie zależy wyłącznie ani bezpośrednio od ich woli, pracowitości, dociekliwości. Selekcja użytkowników bibliografii naukowych, elektronicznych archiwów (np. poszczególnych tytułów prasowych) czy też czytelników czasopism zdaje się raczej usztywniać podziały społeczne, utrwalać hierarchie niż sprzyjać demokratycznej elastyczności. Bariera oddzielająca od uprawiania nauki w kompetentny, sensowny sposób staje się nieprzekraczalna, jeśli z przyczyn w nikłym stopniu zależnych lub niezależnych od zainteresowanego jest on po prostu odcięty od właściwych miejsc w globalnej sieci. Czy to na pewno raczej eliminacja pseudonauki, czy ograniczenie - bodaj iluzorycznej - przestrzeni wymiany myśli na zasadzie równości, ocenianej merytorycznie, nie zaś według personalno-instytucjonalnych kryteriów?
Ponadto, pozostaje pytanie, jak dalece materialne lub fizyczne, zdrowotne czynniki mogą eliminować człowieka z "elektronicznej klasy"? Czy nieuchronna jest milcząca aprobata dla sytuacji, w której niemożność pracy z komputerem (np. wskutek chorób układu nerwowego) wyklucza dostęp do baz danych, uniemożliwia uczenie się na odległość lub udział w życiu politycznym, gdyby wybory odbywały się poprzez sieć?
nowy totalitaryzm
Jakie wartości kulturowe, jakie zasadnicze składniki zachodniego, euroatlantyckiego etosu zatracałoby się w miarę informatyzacji: wolność osobistą, ideał równości? Prawdę poświęcałoby się na rzecz techniki, indywidualność - na rzecz efektywności? Wprawdzie hermeneutyki podejrzeń czy też rozmaite systemy redukcjonistyczne skłaniałyby do traktowania "wolności" lub "indywidualności" wyłącznie jako swego rodzaju fikcji, ale nie ma powodu, by się wewnętrznie podporządkować czyjemuś systemowi poglądów, choćby miał on charakter swoistego sceptycyzmu.
Global Information Infrastructure odbieram jako wyraz starań, by modernizacja nie przybrała kształtu nowego totalitaryzmu, jak z antyutopijnych powieści. Najwięcej nadziei łączę z opinią autora, że aby zostać uczestnikiem, a nie ofiarą globalnej wioski, trzeba się nauczyć, jak selekcjonować fakty, zdobywać informacje, oceniać koncepcje rozwiązywania problemów i podejmowania decyzji w zgodzie z tradycją i presją nowości (s. 277-278, podkreślenie - przyznaję - moje).
Dr Dorota Heck jest pracownikiem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.
Uwagi.