Poprzedni Następny



Leszek Szaruga

ENCYKLOPEDYCZNOŚĆ

Encyklopedyczność mamy dziwaczną i często nawet draczną. Dlaczego tak się dzieje, trudno zgadnąć, jedno wszak nie ulega wątpliwości: nasze tradycje w tym względzie są dość osobliwe i raczej przywiedzione z zewnątrz niż z rodzimej kultywacji. Dość przypomnieć, że właściwie większość pierwszych tego rodzaju opracowań czy to encyklopedii, czy słowników, czy bibliografii, czy wreszcie i opracowań folklorystycznych czynili nam spolonizowani Niemcy lub Austriacy (to samo zresztą dotyczy ruchu wydawniczego). To zresztą osobny i wart eseju, a nie tylko felietonu, problem: jaka jest geneza polskiej infrastruktury kulturalnej oraz naukowej, kto i dlaczego ją budował, z jakich tradycji wyrasta? Tyle iż niezależnie od ustaleń i wniosków "w tym temacie", warto zwrócić uwagę raczej na to, z czym mamy do czynienia obecnie. Źle nie jest: w porównaniu z okresem peerelowskim znacznie powiększyła się liczba i dostępność wszelkich słowników, opracowań, panoram, kompendiów, encyklopedii czy bibliografii (tu na szczególną uwagę zasługuje arcydzielnie opracowana przez Jerzego Kandziorę i Zytę Szymańską bibliografia "Bez cenzury 1976-1989. Literatura, ruch wydawniczy, teatr" (IBL, Warszawa 1999) - to naprawdę przykład dobrej roboty, profesjonalizmu oraz skrzętności, cech raczej rzadko u nas obecnych, a jeszcze rzadziej dostrzeganych w szale rozdzielania wszelkich nagród, dyplomów i orderów. Ale cóż, bibliografów rzadko się honoruje, choć zawzięcie korzysta się z ich pracy bez wyrażenia choćby zwykłego podziękowania. Zasób tych opracowań wciąż rośnie, co tylko cieszyć powinno.
Ale nie wszystko cieszy. Nie cieszy praca podejmowana na chybcika, byle jak, bez mała po amatorsku. A taką, niestety, jest księga zatytułowana "Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny" (PWN, Warszawa 2000), w którym to przedsięwzięciu i ja także mam swój udział. Występuję tam również jako obiekt. I tu chyba nie różnię się od większości zainteresowanych - tak, cieszy mnie obecność na kartach tego przewodnika; to w końcu rodzaj nobilitacji. Ale zupełnie nie cieszy mnie to, co o mnie napisano. Dowiedziałem się - z hasła opracowanego przez skądinąd sympatycznego krytyka - że od roku 1970 przebywałem na emigracji w Berlinie, ale w 1987 zrobiłem doktorat w Warszawie i to w dodatku jako współpracownik RWE, co byłoby niezwykłą osobliwością. Rzecz w tym, iż na emigracji nie byłem nigdy, choć owszem, w Berlinie (Zachodnim, a potem zjednoczonym) mieszkałem czas jakiś nawet dość intensywnie. Postanowiłem, przeczytawszy te rewelacje, odczytać ów przewodnik na sposób osobisty. Nie zdziwił mnie fakt pominięcia mojej matki, autorki tomu wierszy, trzech literackich biografii (w tym Andersena i T. Manna), rozprawy o przekładzie zatytułowanej "Diabelne tarapaty" (o tłumaczeniu Manna) oraz tłumaczki m.in. "Gry szklanych paciorków" Hessego, "Doktora Faustusa" T. Manna, "Śmierci Wergilego" Brocha i "Homo ludens" Huizingi. Za to mogę sięgnąć do biogramu Józefa Ozgi-Michalskiego. I sięgnąć do biogramu mego ojca, w którym też znalazłem błędy faktograficzne.
Ale, pomyślałem sobie, co tam rodzina, zajmę się przyjaciółmi i naszymi wspólnymi inicjatywami. Jest pismo "Puls", ale nie ma jego redaktora naczelnego i poety, nieżyjącego już Jacka Bierezina (ale, ale... jest: w aneksie w drugim tomie; tyle że, rzecz jasna, nie ma indeksu osób, co niezmiernie utrudnia korzystanie z całości i co jest błędem podstawowym w tego rodzaju publikacji), nie ma Antoniego Pawlaka, bez wątpienia jednego z najbardziej znaczących pisarzy i publicystów średniej już generacji, autora głośnej "Książeczki wojskowej" i poety uznanego przez profesora Balcerzana za najbardziej znaczącą postać "pokolenia ‘76", przy tym zresztą mojego bliskiego przyjaciela, z którym wypiłem morze płynów. Jest co prawda wydawany w Berlinie Zachodnim "Archipelag", lecz nie ma "Słowa", pisma wydawanego przez berliński KIK, nie ma też wydawnictwa Veto, którego nakładem ukazały się m.in. dwujęzyczne tomy Pawlaka i T. Jastruna. Nie ma też Poglądu, którego nakładem w Berlinie ukazywał się ważny dwutygodnik i m.in. opublikowana została głośna powieść Skrzyposzka "Wolna trybuna". Nie ma - współredagowanego przeze mnie w drugim obiegu w Warszawie - pisma "Wybór", a nadto szeregu innych istotnych tytułów, z którymi miałem zaszczyt współpracować. Rozumiem, że są wybitni tłumacze literatury polskiej na język niemiecki, jak choćby Bereska i Dedecius, ale dlaczego nie ma tłumaczki Renate Schmidgall, z którą mam przyjemność współpracować i która przełożyła m.in. Gombrowicza, Huellego i Chwina, tego pojąć nie sposób (może nie warto było w ogóle wpisywać tłumaczy do tego przewodnika - to w końcu ryzykowne). Za co ukarano przemilczeniem Jerzego Kronholda, wybitnego poetę "pokolenia ‘68", tego nawet nie chcę dochodzić. Ale może chodzi o Cieszyn, który musiał się czymś narazić, skoro nie ma w przewodniku innego znakomitego poety z tego miasta, Zbigniewa Macheja. Nie tylko jednak Cieszyn źle jest widziany, także - położone na innym krańcu Polski - Sejny, w których Krzysztof Czyżewski od dawna wydaje świetne pismo "Krasnogruda", przed paru laty uhonorowane nagrodą paryskiej "Kultury", w przewodniku jednak nie wspomniane. Ale cóż, nie załapał się też do przewodnika ambitny, choć krótko wychodzący w latach 80., "Tygodnik Nowojorski" (no, ale są przynajmniej nowojorskie "Tematy", to już coś), publikujący m.in. Białoszewskiego, Głowackiego i E. Kuryluk.
Przypominam: cały czas idę tropem osobistym, sprawdzam tylko "krewnych i przyjaciół Królika". Podane przykłady to jedynie pars pro toto. Nie mam zamiaru przeprowadzać totalnej krytyki tego skądinąd pożytecznego poradnika, który wszakże ma charakter utworu raczej amatorskiego niż profesjonalnego. Być może braki wynikają z faktu, iż część haseł bezkrytycznie przejęto z poprzedniego, skandalicznego wydania peerelowskiego. Co do nowych zaś (w części wówczas objętych "zapisem" cenzorskim) redakcja orientację miała, delikatnie mówiąc, dość chaotyczną. Szkoda, że tak się stało. Ale może będzie to jakaś lekcja na przyszłość. Jedno nie ulega wątpliwości: encyklopedyczność mamy w proszku.


Uwagi.