|
|
|
W radości z pracy badawczej przeszkadza mi okoliczność, Marcin Kula
Pytają Państwo o kryzysy w pracy twórczej i sposoby radzenia sobie z nimi, podczas gdy ja, jak dotychczas, nie znam takiego zjawiska. Nie dlatego, iżbym był z żelaza, bo z pewnością nie jestem. Jeśli jednak przez wiele lat żyje się z ciężką sytuacją chorobową w domu, to na kryzysy nie można sobie pozwolić. Albo człowiek się zawodowo poddaje, albo uczy się pracować par force i w każdej sytuacji. Warto pamiętać, że choroba nie bierze pod uwagę, iż życie rzadko człowieka pieści. Zainteresowany odczuwa więc wszystkie trudności napotykane czy to w miejscu pracy, czy codzienne, a jednocześnie musi sobie radzić z wielkim, dodatkowym kłopotem. W rezultacie jest w stanie przyzwyczaić się do pisania pracy habilitacyjnej na maszynie ustawionej na pralce, w której piorą się pieluchy dziecka, skoro innego wyjścia w maleńkim mieszkaniu nie ma. Nawiasem: przy takim pisaniu daje się wytrzymać nawet wirowanie, natomiast trzeba się wstrzymać, gdy pralka zaczyna parować, bowiem wtedy taśma i kalka brudzą. Jeśli już, to w takiej sytuacji zachodzą zjawiska odwrotne do kryzysu „mocy twórczej”. Zaczyna się uciekać w pracę od problemów rodzących się w życiu. Wiedząc, że nie można sobie popuścić, blokuje się też sygnały alarmowe, które czasem powinny informować, iż coś może nie jest dostatecznie dobre, by uznać rzecz za skończoną. Sprzedane meczePrzeszkadza mi, że moje pokolenie nie było dobrze wykształcone, a model praktykowany w rozległych obszarach historiografii nie ukształtował się w Polsce najlepiej. Niby nasz krąg nauk humanistycznych był pierwszy w całym obozie socjalistycznym, ale w wielu sprawach zostaliśmy potężnie w tyle za światem. Czy nie przesadzam? Może. Pozostaje jednak faktem, że podczas zawodowych pobytów za granicą nieraz to tak odczuwam. Swoista taryfa ulgowa, jaką cieszyliśmy się w dobie komunizmu („Patrz, małpy, a mówią jak ludzie!”), już nie działa. By zaradzić sytuacji, chciałbym popchnąć teraz moich uczniów na drogi lepsze niż dotychczas praktykowane: ku szerokim lekturom, ku patrzeniu na człowieka i społeczeństwo niezależnie od granic dyscyplin badawczych, ku rozważaniom porównawczym, ku widzeniu świata i ku temu, co się rodzi jako nowe w nauce. Chciałbym, ażeby odeszli od modelu, który charakteryzuje się dominantą faktografii, ku problemom i głębokiemu myśleniu. Nie da się jednocześnie ukryć, iż boję się, czy pchając uczniów ku szerokim horyzontom, nie szkodzę im. Część środowiska ma horyzonty na tyle wąskie, że nieraz nie potrafi się zdobyć na głosowanie „za” w wypadku, gdy kandydatem jest młody człowiek odbiegający od sprawdzonej rutyny. W radości z własnej pracy – w tym wypadku dydaktycznej – przeszkadza mi trudność lokowania w nauce młodych ludzi, którzy pragną z nami pozostać. Kanały rekrutacji w humanistyce od dawna stały się słabo drożne. Konkursy są w wielu wypadkach kpiną. Z jednej strony, obowiązek obejmowania stanowisk w nauce poprzez konkurs wprowadzono zbyt szeroko, uniemożliwiając uczelniom najnormalniejsze awansowanie własnych pracowników po spełnieniu przewidzianych prawem przesłanek. Z drugiej, większość konkursów zdaje się być „meczami sprzedanymi”. Nawet ogłoszenia o nich często formułuje się tak, że wśród warunków brak już chyba tylko wzrostu i koloru tęczówek upatrzonego kandydata. Na podobieństwo wiruW radości z własnej twórczości przeszkadza mi negatywny bilans komunizmu. W końcu, niezależnie od całego dystansu własnego i kolegów wobec tego ustroju, znakomita większość z nas funkcjonowała w jego ramach. Negatywna ocena całości zmyła blask także z rezultatów naszych wysiłków, mimo najczęściej dobrych intencji środowiska. Niedawno miałem ciekawe doświadczenie. Dla celów dydaktycznych musiałem mianowicie wrócić do pewnej swojej pracy napisanej w latach 70. Wrażenia były mieszane. Nie mam zastrzeżeń do podanych przez siebie informacji o faktach oraz do ich wykładni, pomijając pewną naturalną zmianę sposobu widzenia, zachodzącą u każdego w ciągu ćwierć wieku. Uderzyło mnie natomiast, jak innym od dzisiejszego językiem pisałem tę pracę. Dziś tamten język zgrzyta. Trudno zrozumieć, dlaczego o białym nie mówi się po prostu „białe” i odwrotnie. Z kolei to, co wtedy było „odważne”, dziś wydaje się zwykłymi, nikogo nie poruszającymi zdaniami. W radości z własnej działalności naukowej przeszkadza mi znaczna liczba ludzi, których w nauce nie cenię, ale którzy funkcjonują co najmniej tak samo dobrze, jak koledzy przeze mnie cenieni. Nie jest to jedynie wina komunizmu. Samych ideałów nie ma nigdzie, ani w nauce, ani gdziekolwiek. Nigdzie na świecie nie ma środowiska akademickiego, które byłoby zbiorem ludzi jedynie bardzo ciekawych zawodowo. Do wykreowania pewnej liczby miernot komunizm jednakowoż swoją rękę niewątpliwie przyłożył. Dziś nie ma na to rady. Brak ostrych kryteriów zdatności człowieka do uprawiania nauki. Jest duża szansa, że ten, kogo ja uważam za idiotę, mnie z kolei uważa za durnia. Przynależność do PZPR z pewnością nie może być kryterium oceny człowieka (żeby była jasność: samemu do niej nie należałem). Bywali przecież komuniści, którzy odsuwali się od ruchu lub byli przez tenże niszczeni. Z komunizmem wiązali się różni ludzie, mądrzy i głupi, dobrzy i źli. Nawet w wypadku partyjnych działaczy nauki, ocena często nie jest prosta. Oni do końca życia będą twierdzić, że co najmniej wybierali mniejsze zło, ochraniali naukę i czynili jeszcze wiele wiekopomnych rzeczy. Wszyscy w Polsce występują dziś przecież jako kombatanci sprawy wolności oraz demokracji, co nasuwa wręcz pytanie, jakim cudownym sposobem komunizm się trzymał. Rzecz jednak w tym, że choć wielu z owych działaczy swego czasu serdecznie nie lubiłem, a dziś nieraz podśmiewuję się z ich deklaracji, nie mogę zaprzeczyć, że przynajmniej niektórzy z nich rzeczywiście mogli per saldo działać ku ogólnej korzyści. Nie mogę też zaprzeczyć, że milsza mi jest ich metamorfoza niż ich ewentualne trzymanie się przy starym. Ocena współpracy człowieka z systemem komunistycznym jest bardzo trudna. Wbrew powszechnie funkcjonującemu, dychotomicznemu podziałowi na „nas” i na „nich”, komunizm był strukturą prawie wszechogarniającą, zbudowaną na podobieństwo wiru – gęstszego w środku, zaś rzadszego ku zewnętrznym warstwom. Każdy, kto wskaże osobę bliższą od siebie w stosunku do centrum jako na podtrzymywacza systemu, ma duże szanse napotkać kolegę usytuowanego trochę dalej niż on sam, który napiętnuje właśnie jego. Różnica zaś, która z jakościowej staje się ilościową, nie stwarza kryterium klasyfikacji. Skądinąd, samo stwierdzenie bliskości człowieka do komunizmu nie przesądzałoby oczywiście o przydatności naukowej. Zdarzali się wybitni naukowcy także wśród komunistów. Rozwiązanie tej na dziś nierozwiązalnej kwestii może przynieść jedynie biologia. Nieliczne autorytetyW zawodowym samopoczuciu przeszkadza mi zaistnienie liczącej się grupy ludzi, którzy całość lub większość czasu poświęcają polityce lub, powiedzmy, biznesowi, ale wciąż funkcjonują w życiu naukowym choćby dla utrzymania ładnego tytułu na wizytówce lub (i) po to, by mieć w razie czego miękkie lądowanie. Wiem, oczywiście, że taka jest tendencja na całym świecie. W różnych uniwersytetach polityk, który wypada z obiegu, zostaje profesorem politologii. Z takiego połączenia mogą się zresztą rodzić rozliczne korzyści dla nauki. Zatarcie granic ról społecznych niesie jednak swoje niebezpieczeństwa. W każdym razie proponuję nadawać wybitnym politykom odznaczenia państwowe, a nie doktoraty honoris causa. Nie każda napisana przez polityka książka, nawet dobra, musi być też od razu podstawą uzyskania wyższego stopnia naukowego, ten potwierdza bowiem drogę życiową, a nie tylko jakość konkretnego tekstu. W radości z zawodowego działania przeszkadza mi zmniejszenie się liczby ludzi obdarzonych znaczącym autorytetem wśród historyków. Do takiego grona zaliczyłbym kolegów poważnych naukowo, cieszących się szacunkiem ludzkim oraz chcących i mających siłę oddziaływania na środowisko. Zaliczyłbym takich spośród nas, którzy w pewnych sytuacjach potrafiliby powiedzieć „idziemy w złym kierunku”, a środowisko dosłyszałoby to. Także takich, których sama obecność nakazywałaby innym przestrzeganie dobrych standardów. Może mój żal, że nie spotyka się wielu ludzi z autorytetem, jest porównywalny z pojawiającym się nieraz w historii szukaniem przez społeczeństwo „ojca”, który wziąłby sprawy w swoje ręce i na którego można by się zdać. Wyraźnie brakuje mi jednak kilku dawniej powszechnie przez nas poważanych ludzi, których czas nieubłaganie zabrał. Ja nie płaczęW radości z procesu twórczego przeszkadza mi, że zająłem się kiedyś Ameryką Łacińską. Prawda, iż dzięki temu uniknąłem różnych sytuacji pisarskich, w których znacznie bardziej musiałbym się gimnastykować między prawdą a fałszem. Prawda, iż dzięki zajęciu się Ameryką Łacińską może lepiej dziś wiem, że świat nie ogranicza się ani do Polski, ani nawet do Europy. Może mam głębszą świadomość, iż nie cała historia Stanów Zjednoczonych była nieustająco chwalebna. Może lepiej zdaję sobie sprawę, że i bez komunizmu szczęście nie było powszechne. Może w końcu poznałem trochę ciekawych spraw. Jednocześnie martwię się, iż mimo największych wysiłków, nie udało mi się wejść na poziom, jakiego sam bym sobie życzył we własnym uprawianiu latynoamerykanistyki. Znajduję oczywiście dla siebie usprawiedliwienie, że w ówczesnych warunkach prawdopodobnie nie było to po prostu możliwe. Rozgrzeszanie się samemu nigdy nie jest jednakowoż pełne. Przeszkadza mi niewielki oddźwięk naszych prac. Na całym świecie dostrzegana jest przede wszystkim produkcja paru największych nazwisk. Zwłaszcza, gdy się pracuje nad tematyką akurat mniej popularną czy bardziej wyspecjalizowaną, trudno liczyć na reakcję krytyki. Znaczna część krytyków zauważa nade wszystko prace przyjaciół. Jeszcze raz powiem w tym miejscu: zrozumiejmy się, ja nie płaczę. Samemu też mam pewną liczbę życzliwych kolegów, którzy dostrzegają moje prace. To wynik mojej decyzji, że nie pracuję w jakiejś supermodnej tematyce. Mówię jedynie o sprawie. Rozsądna granicaMoją radość z twórczości ogranicza rozdwojenie pomiędzy tym, co chcę pisać, a tym, na co jest popyt i co przynosi korzyści materialne lub psychologiczne. Często słyszę propozycje napisania książek na pożądany przez wydawców temat. Pokusa jest ogromna i nie tylko finansowa. Po prostu znacznie łatwiej coś pisać, gdy się ma zapewnioną publikację. Jednocześnie jest to pokusa niebezpieczna. Nie godzę się pójść w kierunku, co do którego mam zasadnicze wątpliwości: ku pracy intelektualnej wyłącznie na bezpośredni zbyt, ku łapaniu grantów dla grantów, ku realizowaniu projektów dla projektów, ku jeżdżeniu na konferencje z kolejnymi papers bądź organizowaniu jednego sympozjum za drugim, nieraz dla samego ich odbycia. Z tego zastrzeżenia wyłączam oczywiście wypadek, gdy chęć prowadzenia badań w danym kierunku zbiega się akurat z zapotrzebowaniem wydawców czy jakiejkolwiek instytucji gotowej coś nabyć. Z takich okazji staram się, rzecz jasna, korzystać i wszystkim to radzę. W odczuwaniu radości z mojej twórczości przeszkadza mi nikłość wynagrodzenia mojej pracy etatowej czy pisarskiej. Znowu, proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja nie płaczę. Codzienne wydatki pokrywam bez bólu i parę innych wydatków także. Mam jednak głębokie przekonanie, że jeśli żywię poczucie relatywnego bezpieczeństwa finansowego, to nie wynika ono z mojej podstawowej pracy. Mimo względnego luzu, nie mogę się też oprzeć przekonaniu, że w moim wieku i z moim stażem zawodowym powinienem mieć większy życiowy dorobek materialny oraz na co dzień więcej zarabiać. Czuję się po prostu upokorzony wysokością (niskością!) mojej pensji. Dylemat, przed jakim stoję, jest zatem następujący: czy nastawić się na robienie pieniędzy, czy pracować jak uważam za słuszne? Czy znaleźć (co najpewniej mógłbym) jeszcze parę wykładów płatnych, dać się wciągnąć do jakichś płatnych rad, dać się złapać w kolejnej łapance na dyrektora czegokolwiek, czy pisać? Nie mogę sobie nie postawić pytania, czy moje pisanie jest aż tyle warte intelektualnie, by przeciwważyć różne potencjalne przyjemności życiowe oraz dobra, jakie prawdopodobnie mógłbym uzyskać (już nie mówiąc o pozostawieniu ich spadkobiercom). Ten sam dylemat dotyczy uczynienia się człowiekiem mediów, obejmowania nie wiedzieć ilu funkcji, odpowiadania pozytywnie na wszystkie otrzymywane zaproszenia. To już nie jest jedynie sprawa dochodów, choć ich także. Bez pozytywnej reakcji na wiele zaproszeń jest dzisiaj trudno żyć zawodowo. Jeśli się nie jest odpowiednio ruchliwym i znanym, trudno załatwić różne sprawy dla siebie, czy dla młodszych kolegów. Dziś, by dobrze funkcjonować w nauce, trzeba stać się gwiazdą telewizyjną i ruchliwym menedżerem jednocześnie. Znacznie bardziej jest się obecnym i znaczącym w środowisku przez „pokazywanie się”, przez związki towarzyskie i zajmowanie stanowisk, niż poprzez publikacje. Tymczasem uchwycenie rozsądnej granicy pomiędzy siedzeniem nad książką oraz aktywnością zewnętrzną jest bardzo trudne. Funkcjonowanie publiczne działa jak ssawka. Niewielu kolegom, którzy zgłosili się jako kandydaci do wessania bądź po prostu pozwolili się wessać, pozostała chęć prowadzenia poważniejszych badań oraz czas na nie. Praca i pokusyPrzeszkadza mi w twórczości nieumiejętność rozstrzygnięcia dylematu pomiędzy wąską specjalizacją, konieczną do zgłębienia spraw, a chęcią poruszania się w szerokim zakresie zagadnień, bez stawania się „fachidiotą”. Jest to w ogóle problem współczesnej nauki. W historiografii występuje on boleśnie ze względu na konieczność przerabiania masy źródeł historycznych, przy kładzeniu przez środowisko większego nacisku na źródła i fakty niż na myśli i lektury. Przeszkadza mi w twórczości trudność pogodzenia potrzeby załatwiania spraw bieżących oraz zasadniczej aktywności badawczej i pisarskiej. Te pierwsze cisną się drzwiami i oknami, nigdy się nie kończą, najczęściej są terminowe, a więc trudno je odłożyć „na kiedyś”. Niby można je odpychać, ale w praktyce wielu nie da się zepchnąć ze względów środowiskowych czy finansowych. Tymczasem rzecz relatywnie drobna, pilna i terminowa zawsze wchodzi przed kolejne etapy realizowania planów długofalowych. Na te ostatnie pozostaje mało czasu. Bardzo trudno realizować je skrawkami dnia. Siadanie na parę godzin do pracy zamierzonej na parę lat wydaje się surrealizmem. Kładzie się więc na biurku następną, o ileż łatwiejszą, sprawę bieżącą, kolejną opinię o kimś czy o czymś, recenzję, mały artykuł, nie mówiąc już o pokusie zajęcia się załatwieniem jakichś spraw pozazawodowych, od których nikt nie jest przecież wolny. W działalności twórczej przeszkadza mi trudność pogodzenia zaangażowania zawodowego i życia codziennego. Nieraz sobie myślę, czy warto poświęcać czas i energię na jeszcze jeden artykuł, skoro mógłbym zaangażować się w polepszenie mieszkania czy, po prostu, mile spędzać wolne dni. Chodzi mi po głowie pytanie, czy warto pogłębiać zainteresowania zawodowe i pisać, skoro w tym samym czasie mógłbym się może nauczyć grać na giełdzie lub załatwiać inne biznesy – i równie dobrze być profesorem. W końcu koledzy nie siedzący w nauce bądź siedzący w niej płyciutko polepszyli sobie standard i słodycz życia znacznie bardziej ode mnie. Gdy niedawno, w parę dni przed pisaniem tych słów, podczas mojego wyjazdu, złodzieje dosłownie splądrowali mi mieszkanie, przeszła mi przez głowę refleksja: trzeba było nie myśleć do ostatniej chwili o dokończeniu akurat pisanego tekstu, o uniwersytecie i tysiącu spraw zawodowych, lecz zająć się, jak człowiek, wprawieniem stalowych drzwi do mieszkania, podłączyć je do wysokiego napięcia i wynająć dwa rottweilery. Druga naturaMoże to owa kradzież spowodowała, że jestem dziś w szczególnie i zapewne przesadnie minorowym nastroju. Wszystko wskazuje na to, że od mojego zawodu już nie odejdę. Na widok mieszkania, które po splądrowaniu wyglądało jak po trzęsieniu ziemi, zareagowałem typowo dla zboczonego humanisty: usiadłem, by spisać swoje refleksje na temat przestępczości w dziejach. Przyzwyczajony do robienia notatek, na starość będę pewno przepisywać gazety. Chyba po prostu niewiele już potrafię robić poza działalnością zawodową. Może miałem do niej predyspozycje, może 35 lat pracy stworzyło moją drugą naturę? Znacznie trudniej mi wszakże zachęcać z czystym sumieniem młodszych kolegów, by pozostali w nauce. Mało im dziś możemy zaoferować w zakresie pieniędzy, czy choćby „tylko” w zakresie prestiżu naukowca, który jeszcze niedawno był znacznie większy. Tym bardziej szanuję więc tych młodych ludzi, którzy chętnie i dobrze studiują oraz tych, którzy w nauce pozostają. Dla nich przede wszystkim warto pracować. Nie powinienem się przyznawać przed młodszymi kolegami do swoich żałości i rozdarć godnych dorastającego młodzieńca. Nie ja jednak zgłosiłem się do tej spowiedzi, to redakcja postawiła pytanie. Niech zresztą młodsi koledzy wiedzą, na co się decydują. Niech wiedzą także, że na jakieś kompromisy trzeba w życiu iść, bo życie zakonnika (sic!) nie jest ideałem dla wszystkich, zaś poddanie się okradaniu przez zaniedbanie maksymalnych możliwych zabezpieczeń mieszkania jest głupotą, co samokrytycznie stwierdzam.
Prof. dr hab. Marcin Kula, historyk, pracuje w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. |
|
|