Humanista
Poprzedni

 

Leszek Szaruga

Homo sum, humani nihil alienum a me esse puto. Jak to dziś czytać? Jako przykład formuły gramatycznej (AcI)? Jako wyraz stosunku do człowieka? Jako określenie stanowiska wobec ludzkiej wiedzy i niewiedzy? Jako zapis „martwego języka”? Jako wreszcie najbardziej pojemną zasadę postmodernizmu (dlaczego by nie)?
Jest to, o ile jeszcze pamiętam szkolne nauki, formuła renesansowa, mająca stanowić swoistą pochwałę człowieczeństwa, jego mocy poznawczych i kreacyjnych, otwartości na sprawy zarówno wszystkim jawne, jak te, które obłożone zostały religijnym czy obyczajowym tabu. Człowiek renesansowy – humanista właśnie – tyleż pożytku czerpał ze sztuk, co z nauk: zdolny był pisać wiersze i tworzyć projekty maszyn bojowych, malować oraz konstruować prototypy łodzi podwodnych. Nie tylko człowiek renesansowy tak czynił, czynili tak ludzie przed nim (w końcu Pitagoras tyleż był matematykiem, co filozofem), jak po nim (Goethe nie tylko wiersze pisał, lecz badał minerały i strukturę ludzkiego szkieletu). Ludzie ci czynili tak właśnie, by móc się odnaleźć w całości świata, a raczej wciąż pomnażanej wiedzy o nim. Mogli tak postępować zapewne i dlatego, że obraz owej wiedzy jakoś jednak był do ogarnięcia, nie został jeszcze rozsadzony i rozdrobniony przez skokowy rozwój badań szczegółowych, poprzez więc wyodrębnienie dyscyplin nie tylko bardzo już wyspecjalizowanych, lecz nadto tworzących własne języki, nieprzekładalne na języki dyscyplin pokrewnych (a wszak wszystkie one w końcu za pokrewne uznać należy).

Współczesny więc humanista to jakby ukarany budowniczy jakiejś nowej wieży Babel, która miała stanowić potwierdzenie wielkości ludzkiego rozumu, miała być może stać się symbolem osiągnięć wyzwolonego przez zapoczątkowany w renesansie, a kontynuowany w oświeceniu i pozytywizmie postęp ludzkiego rozumu. W efekcie budowniczowie katedr nie do końca potrafią dziś zrozumieć budowniczych mostów, nie mówiąc już o przepaści, jaka dzieli narzecza kompozytorów muzyki aleatorycznej od slangu, jakim się posługują biochemicy. W efekcie wydawać się może, iż przepaści dzielące poszczególne specjalności coraz bardziej się pogłębiają, w szczególności zaś pogłębia się rozłam między dyscyplinami zwanymi tradycyjnie humanistycznymi, a tymi, które noszą miano przyrodniczych i ścisłych.

Przyznam, że sam odczuwam to bardzo dotkliwie, szczególnie, gdy próbuję pobudzić wyobraźnię młodych ludzi tak, by wzbudzić w nich chęć poszukiwania owych zerwanych pokrewieństw między „humanistycznym” (czytaj: „kulturowym”) a „przyrodniczym” (czytaj: „naukowym”). W dzieciństwie i młodości czytałem mnóstwo książek popularnonaukowych, przede wszystkim z nieocenionej wówczas Biblioteki „Problemów”, ale także z „Omegi” i innych (wcale tak mało tego nie było). Studiując filozofię pragnąłem oddać się specjalizacji dość ścisłej: dyscyplinie noszącej nazwę logiki pytań. W świat literaturoznawczy wrzucony zostałem przez zbieg okoliczności tyleż politycznych, co towarzyskich, choć przyznać się muszę, że wiersze pisałem już wcześniej, ale na podobną przypadłość cierpiał wszak i fizyk Grzegorz Białkowski, nie mówiąc o innych prominentach nauk zwanych ścisłymi. Jedno wszakże do dziś nie ulega dla mnie wątpliwości: literaturoznawcy nie wolno tracić z pola widzenia tego, co się dzieje w dziedzinach pozornie tak odległych od jego specjalności, jak astronomia, fizyka czy biochemia. Powinien znać zarówno najnowsze koncepcje dotyczące powstania wszechświata (czy powstawania wszechświatów), jak mechanizmy działania bakteriofagów. Winien być zdolny bez zająknienia wypowiadać nazwę kwasu dezoksyrybonukleinowego, ale też jednocześnie wiedzieć coś o jego spiralnej budowie. I nie powinien, na miłość Boską, mówić, że coś zdarzyło się przed wieloma milionami lat świetlnych.

Nie ulega wątpliwości, że coraz częściej pojęcia, często metaforyczne, jakimi posługują się przedstawiciele nauk przyrodniczych, prowadzą do nieporozumień, są odczytywane przez niespecjalistów opacznie, brane zbyt dosłownie. Zresztą także w humanistyce, w szczególności gdy chodzi o wciąż na nowo definiowane pojęcia filozoficzne, dochodzi do nieporozumień. Żyjemy w pojęciowym i terminologicznym chaosie, który powiększają w dodatku niedouczeni dziennikarze upowszechniający wiedzę. Języki dziedzin specjalistycznych rozpływają się w języku naturalnym, w którym dodefiniowane lub przedefiniowane pojęcia tracą swą znaczeniową precyzję. Dlatego właśnie zachowuje swą moc dawna łacińska formuła mówiąca, że littera docet, littera nocet. Rzeczywiście: litery, słowa, zdania formułowane w językach nauk zarazem uczą i szkodzą – uczą tych, którzy owe języki rozumieją, szkodzą zaś tym, którzy zrozumieć ich nie są w stanie, a odczytują zapisy tak, jakby pochodziły z popularnej powieści.

Piszę o tym wszystkim na marginesie słusznego artykułu Grzegorza Filipa „Razem, a jakby osobno” na łamach „Plusa-Minusa”, w którym autor powiada, że „kulturę zdominowała zawężająca optyka humanistyczna”, eliminująca z jej obszaru zagadnienia nauki i techniki. Rzecz chyba nie w owych zawężeniach, lecz w języku. I jeśli już, to nie „humanistyczna optyka” dochodzi tu do głosu, lecz... właśnie, jaka? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć wprost. Wszakże, gdy odwołuję się do tradycji humanistyki i tradycji uniwersytetu, wówczas w obszarze wspólnoty widzę zarówno teologię, jak medycynę, tak filologię, jak fizykę czy astronomię, a zatem nie oddzielam od siebie tych różnych, a w ostateczności przecież tożsamych dziedzin ludzkiego poznania. Nie da się oddzielić „nauki i techniki” od „kultury” – jeśli ktoś tak czyni, postępuje nie tylko karygodnie, lecz zarazem głupio. To perspektywa ignorantów, czyli większości – zawsze zresztą tak było, to zjawisko stare jak świat.
Oczywiście, dziś dużo trudniej o perspektywę scalającą wszystkie dziedziny poznania niż działo się to w epoce Leonarda da Vinci czy Izaaka Newtona, a nawet Immanuela Kanta. Skokowy przyrost ludzkiej wiedzy, przy jednoczesnym rozroście wąskich specjalizacji, nie sprzyja rozwojowi humanistycznego dyskursu. Lecz starać się trzeba.

Uwagi.