|
Uniwersytety, kształcące profesjonalistów i naukowców, wypuszczają
ich poza swoje mury jako kulturowych barbarzyńców.
Kształcenie profesjonalne pozbawione przekazu kulturowego tworzy
ludzi o niepełnych osobowościach, bez klarownego systemu wartości.
Grzegorz Nowak
Prawie rok temu prof. Zofia Ratajczak opublikowała w „Forum Akademickim” (6/97) artykuł Teraz misja. Jest on swoistym apelem o przygotowanie dokumentu Misja uniwersytetu, poświęconego wizji i programowi działań warunkowanych kryteriami praktycznymi i kategoriami moralnymi. Według autorki, współczesne uniwersytety nie zerwały z tradycją, choć szacunek dla niej jest już tylko okazjonalny i wątły. Kształcą masowo, ale próbują wyłaniać elity w drodze studiów indywidualnych i interdyscyplinarnych. Ulegają połowicznym reformom, a ich niedawny marazm został zastąpiony przez dynamiczny chaos.
Teza o potrzebie opracowania Misji uniwersytetu jest przekonująca. Na pewno warto przygotować manifest-deklarację o celach i zadaniach uniwersytetu i o wartościach, jakim powinny być one podporządkowane. Na pewno też dokument ten nie powinien być narzucony środowisku akademickiemu; być może właściwą drogą byłoby stopniowe formułowanie jego tez w ogólnośrodowiskowej dyskusji, prowadzonej przez zainteresowanych, i podsumowanej na łamach prasy – może właśnie na łamach „Forum Akademickiego”. Do trzech powodów, przemawiających za przygotowaniem Misji, jakie wymienia prof. Ratajczak – potrzeba drogowskazu, rozpoznanie zagrożeń i szans oraz szansa na integrację uniwersytetów europejskich – warto chyba dodać czwarty: potrzebę przypomnienia wartości, kiedyś dla uniwersytetów fundamentalnych, a obecnie zapomnianych; przypomnienia połączonego ze wskazaniem ich swoistej ponadczasowości. Wartości te są konieczne dla przetrwania tradycji – rzeczywistej, nie ograniczonej do ceremonii odbieranych często jako puste.
ZAPOMNIANY ESEJ
Kiedy chce się opracować coś nowego, należy i warto sięgnąć do tego, co już zostało zrobione. Znakomity hiszpański myśliciel Jos? Ortega y Gasset napisał pod koniec lat 20. esej, w którym podał minimalny zbiór zadań, jakie powinien wypełniać uniwersytet, oraz jedno przesłanie – misję uniwersytetu. Zadania są oczywiste – polegają na kształceniu profesjonalistów, prowadzeniu badań naukowych połączonych z kształceniem nowych naukowców i przechowywaniu kultury. Ich suma nie stanowi jeszcze misji uniwersytetu, jest natomiast przydatna dla jej określenia. Dla Ortegi najistotniejszym czynnikiem, stanowiącym o uniwersytecie, są studenci – uniwersytet powinien dawać im to, co są oni w stanie opanować. Ortega podkreśla przy tym, że społeczeństwo potrzebuje, poza profesjonalistami, zarządców, którzy byliby jednocześnie fachowcami i ludźmi kultury. Kształcenie zarządców powinno więc dawać i profesjonalizm, i formację kulturową. Zauważmy przy okazji: jak daleko odeszliśmy od poglądu Ortegi o zarządcach, skoro od pewnego czasu tzw. manager jest człowiekiem jeszcze bardziej wyspecjalizowanym niż przeciętny absolwent uniwersytetu, nie mając przy tym jego poziomu wykształcenia, jako że szkoły zarządzania mają na ogół status niższy niż uniwersytet.
KULTUROWI BARBARZYŃCY
Głównym zadaniem uniwersytetu jest, według Ortegi, przechowywanie kultury. Kultura jest dlań zespołem idei, według których społeczeństwo organizuje swoje życie. Uniwersytety, kształcące profesjonalistów i naukowców – tych pierwszych więcej – wypuszczają ich jako kulturowych barbarzyńców. Trzeba tu podkreślić, że dla Ortegi również ci, którzy pozostają w uniwersytetach jako naukowcy, są w większości barbarzyńcami. Naukowiec wyspecjalizowany jest najczęściej ignorantem we wszystkim poza swoją specjalizacją. Dla Ortegi barbarzyńcą, w pewnym uproszczeniu, był ten, kto nie umiał dokonywać syntez i nie kierował się świadomie swoim, samodzielnie ukształtowanym lub przejętym od autorytetu, systemem wartości. Przyczyną, dla której uniwersytety zaczęły wypuszczać specjalistów-
barbarzyńców, było już wtedy, w latach 20. naszego wieku, zaniechanie uczestnictwa w szeroko rozumianej wysokiej kulturze i zajęcie się, niejako zastępczo, studiami nad kulturą – już tylko jednym z wielu kierunków badań. Skutkiem zaniku kultury w uniwersytetach było z kolei to, że uczeni (poza niewieloma wyjątkami) przestali sobie zdawać sprawę z tego, co utracili i zaczęli uważać swoją szczegółową wiedzę za wystarczające kryterium własnej „kulturalności”, wyższości i znakomitości. Powielanie takiej postawy w kolejnych generacjach naukowców doprowadziło do stanu obecnego, niewątpliwie – jeżeli przyjmiemy dla jego oceny kryteria Ortegi – jeszcze gorszego niż 70 lat temu.
STUDIA KULTUROWE ZAMIAST KULTURY
W tym miejscu chciałbym przypomnieć dwie książki, jakie krótko opisałem w zeszłym roku na tych samych łamach (Uniwersytet w ruinie, „Forum Akademickie” 6/97). Jedną z nich był Umysł zamknięty Alana Blooma, drugą The University in ruins Billa Readingsa. Otóż, mimo 60 lat, jakie upłynęły między wydaniem książek Ortegi i Blooma, tezy obu autorów uzupełniają się: Bloom twierdzi, że kształcenie profesjonalne bez przekazu kulturowego daje ludzi o niepełnych osobowościach, bez klarownego systemu wartości. Uzupełniają się również tezy Ortegi i Readingsa: ten drugi potwierdza, 70 lat po Ortedze, zanik w uniwersytetach kultury nazywanej wyższą i rozpowszechnienie się w jej miejsce studiów „kulturowych”, których przedmiotem są kultury narodowe i multikulturowość. To, co Ortega dostrzegł in statu nascendi, Readings opisuje już jako proces rozwinięty i utrwalony, o skutkach jednoznacznie negatywnych, jako jeden z czynników, które doprowadziły uniwersytet do ruiny.
WYDZIAŁY KULTURY
Misją uniwersytetu i jego przesłaniem jest, według Ortegi, przekaz kulturowy. Uniwersytet powinien kulturę nie tylko przechowywać, jako jeden z jej depozytariuszy, nie tylko powinien ją porządkować i wydobywać z niej ukryte wartości, ale – nade wszystko – powinien ją przekazywać. Ponieważ zadania polegające na kształceniu i prowadzeniu badań są realizowane w uniwersytetach, a przekazywanie szeroko pojętej kultury nie, można mówić o niewypełnianiu misji. Jako sposób mający zaradzić temu „zepsuciu kulturowemu” Ortega proponuje utworzenie w uniwersytetach wydziałów kultury, w sposób analogiczny do istniejących wydziałów odpowiadających kierunkom kształcenia i badań. Wydziały takie przekazywałyby studentom wiedzę najogólniejszą i interdyscyplinarną, z naciskiem na syntezę i kształtowanie świadomości historycznej w szerokim sensie, świadomości dotyczącej dziejów człowieka, dziejów myśli i dziejów nauki. Przyszli specjaliści z jednej dziedziny zdobywaliby w nich wiedzę najogólniejszą z innych dziedzin, uczyliby się historyczności procesu poznania i dyscypliny intelektualnej, dowiadywaliby się tego, jak wiedza jest kształtowana i przekazywana przez naukowców społeczeństwu.
Chociaż w chwili obecnej utworzenie takich wydziałów wydaje się z różnych powodów całkowicie nierealne (i chyba można sądzić, że takim też było w latach 30.), może warto zatrzymać się na chwilę przy tej koncepcji, pomyślanej jako swoiste remedium na specjalizację i profesjonalizację absolwentów uniwersytetów. Oczywiście, jest sprawą dyskusyjną, czy Wydział Kultury stałby się w uniwersytecie miejscem uzupełniania wiedzy o najważniejszych problemach poznania, miejscem, gdzie nie byłaby przekazywana wiedza szczegółowa, lecz kształtowany byłby intelekt i nadawana pewna formacja, czy też stałby się miejscem omijanym przez studentów i niechętnie widzianym przez profesorów. Czynnikiem kluczowym jest tu jasne określenie roli takiego Wydziału Kultury w uniwersytecie, o czym Ortega nie pisze, prawdopodobnie uważając rzecz za oczywistą.
Wydaje się, że wydział taki nie powinien być miejscem prowadzenia badań nad kulturą, a nauka powinna być tam uprawiana tylko w zakresie interesującym poszczególnych pracowników. Ci z kolei, powinni być rekrutowani ze wszystkich innych wydziałów, stosownie do ich ogólnej wiedzy, intelektu i umiejętności dydaktycznych. Studenci powinni studiować na innych wydziałach, zaś na Wydziale Kultury – uzupełniać swoją wiedzę o znajomość najogólniejszych problemów, zaczerpniętych z różnych dyscyplin badawczych. W ciągu 2 lub 3 semestrów studenci powinni zaliczyć określoną liczbę przedmiotów, samodzielnie wybieranych spośród wielu im proponowanych.
Popuśćmy wodze fantazji: student biologii, w ciągu roku uzupełniania swojego wykształcenia na Wydziale Kultury, mógłby studiować podstawy logiki i etyki, historię filozofii, metodologię nauk przyrodniczych, problemy współczesnej fizyki, podstawy językoznawstwa – przy czym każdy z tych przedmiotów musiałby być wykładany interdyscyplinarnie, z podkreślaniem społecznej recepcji i społecznych skutków dokonań nauki w danej dziedzinie. Z kolei student fizyki nie zajmowałby się na Wydziale Kultury problemami fizyki, lecz poznałby problemy współczesnego ewolucjonizmu i społeczne skutki ideologizowania (i nadużywania) teorii ewolucji. Oczywiście warunkiem podstawowym skutecznego nauczania tak różnorodnych przedmiotów byłby bardzo wysoki poziom uogólniania – ale to właśnie odpowiadałoby kulturowemu, a nie specjalistycznemu ujęciu poszczególnych dziedzin nauki.
Niezależnie jednak od stopnia realności propozycji Ortegi trzeba przyznać: nie widać innego rozwiązania problemu zachowania przekazu kulturowego w uniwersytetach niż zaproponowane przez niego tworzenie wydziałów kultury, a i ono byłoby już bardzo trudne. Niewielu naukowców mogłoby podjąć pracę w katedrach Wydziału Kultury.
TRZECIE TYSIĄCLECIE
Jakby w odpowiedzi na postulat prof. Ratajczak, dotyczący potrzeby nakreślenia dokumentu poświęconego misji uniwersytetu, przed kilkoma miesiącami JM Rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ks. prof. Stanisław Wielgus, wygłosił wykład inaugurujący 80. rok akademicki KUL. W wykładzie tym, wydanym następnie w postaci Dodatku Specjalnego do „Przeglądu Akademickiego KUL” (O nowym paradygmacie uniwersytetu), była mowa o misji uniwersytetu – nowego uniwersytetu, jaki wkroczy w nadchodzące tysiąclecie. Misja ta jest ujęta jako zbiór zadań obejmujący kształcenie młodzieży, badania naukowe, promowanie wartości i realizację podejmowanych usług. Wartości wskazane są jako czynnik kierujący wiedzą. W nieco metaforycznym ujęciu misją uniwersytetu, zwłaszcza katolickiego, jest też w chwili obecnej widzenie świata we wszystkich jego przejawach, cieszenie się nim, docenianie go, a szczególnie uzyskiwanie i przekazywanie takiej wiedzy oraz takich umiejętności i wartości, które przygotują młode pokolenia do skutecznego zaangażowania się w tworzenie lepszego cywilizacyjnie i moralnie świata. Misja ta realizowana jest w określonym kontekście, wynikającym ze stanu otaczającego nas świata, z którym należy się liczyć, i z zachowaniem określonych zasad. Zasady są w istocie wartościami, których poszanowanie i przyjęcie za swoje powinno cechować tworzących uniwersytet naukowców i studentów. Potrzebne jest więc dążenie do doskonałości, uznanie istnienia jednego źródła prawdy, zachowanie wolności w badaniach naukowych i odpowiedzialność etyczna uczonego, by wymienić te najważniejsze i stojące na pierwszym miejscu. I uwaga końcowa, korespondująca z tezami Ortegi: Zadaniem współczesnych uniwersytetów jest zatem kształcenie takich absolwentów, którzy z jednej strony będą dobrymi specjalistami w swojej dziedzinie wiedzy, a z drugiej strony będą dysponować wykształceniem na tyle uniwersalnym, że będą w stanie integralnie rozumieć i postrzegać całą rzeczywistość. Problem kształcenia ludzi jednocześnie fachowych i kulturalnych, w pełnym znaczeniu tego słowa, wraca więc po raz kolejny.
MĄDROŚĆ CZY JAŁOWA ERUDYCJA?
Kultura życia umysłowego w Polsce, a chyba też i w innych krajach wyzwolonych z ustroju socjalistycznego, przedstawia obraz smutny. Przez lata nie istniała swoboda wymiany informacji, a kontakty międzyludzkie i podróże ograniczano. Dostęp do książek, w tym podręczników, i kultury innych krajów był znikomy. Historii i ekonomii nauczano z fałszywych podręczników, a podręczniki filozofii zawierały, obok stwierdzeń wartościowych, zwykłe brednie. Rozległą wiedzę nazywano pogardliwie „jałową erudycją”, a mądrość nie miała znaczenia. Przy żadnej ocenie studenta, pracownika czy kandydata na pracownika nie oceniano jego rozumu. Skutki tego dla kultury umysłowej są katastrofalne. Rzecz nie w tym, że ludzie z wyższym wykształceniem nie chodzą do opery i nie czytają wartościowych dzieł literackich. Pesymizmem napawa to, że student uniwersytetu nie potrafi napisać kilkustronicowego eseju w sposób spójny i poprawny stylistycznie, a absolwent uniwersytetu nie potrafi powiedzieć kilku sensownych zdań poprawną polszczyzną na temat, w którym jest „profesjonalistą”. Ba, nawet wśród wykładowców zdarzają się mówiący językiem kalekim i ubogim, bez jakiejkolwiek dbałości o poprawność sformułowań. Oczywiście, są różnice: studenci prawa i wydziałów humanistycznych lepiej mówią i piszą niż studenci wydziałów przyrodniczych, a wśród wykładowców zdarzają się świetni mówcy. Jednak formułowanie sądów w mowie i w piśmie to tylko część problemu. Umiejętność myślenia analitycznego, krytyczne podejście do zasłyszanych opinii, zdolność do wartościowania i odrzucania rzeczy błahych, to te elementy kultury umysłowej, których brak u większości studentów i absolwentów uniwersytetów uderza nawet optymistów. Są też bowiem optymiści: sądzą oni, że znajomość np. komputerów jest lepsza (nie ważniejsza, a właśnie lepsza) od znajomości np. filozofii, a jeżeli nawet nie, to i tak nic się na bieg wydarzeń, zostawiających filozofię w tyle, nie poradzi. Nie chcą uznać, że ważne są i komputery, i filozofia, i że ta druga jest trwalsza, bo związana z wartościami, a nie tylko z użytecznością. Obecne uniwersytety wypuszczają absolwentów biegle używających komputerów i nie umiejących się poprawnie wysławiać. Diagnoza Ortegi o kształceniu barbarzyńców do dziś zachowała aktualność.
BARBARZYŃSKI PROFESJONALIZM
Studia kształcące profesjonalistów odpowiadają na pewnego rodzaju zamówienie społeczne. Ma tu miejsce swoisty dualizm: student chce mieć dyplom uprawniający do wykonywania dobrze płatnego i satysfakcjonującego zawodu i jednocześnie cieszyć się pewnym prestiżem, jaki dają – jeszcze! – ukończone studia uniwersyteckie. Wykształcenie ogólne, nie zapewniające możliwości wykonywania popłatnego zawodu, nie cieszy się zainteresowaniem. W konsekwencji uniwersytety zaczynają profilować swoje programy studiów tak, by zadowolić studentów i dać im więcej szczegółowej wiedzy i praktycznych umiejętności. Za tym, oczywiście, następują przesunięcia funduszy, kadry wykładowców. Specjaliści zyskują na znaczeniu, pozostali tracą. Proces ten jest powolny, nie obywa się bez konfliktów i tarć, zachodzi jednak systematycznie. Oczywiście, uniwersytety zawsze kształciły również fachowców – w Stanach Zjednoczonych nawet specjalistów od gotowania, akwizycji czy instalacji elektrycznych w domach jednorodzinnych – ale ich pierwszym zadaniem było dostarczanie wiedzy ogólnej, syntetycznej, na najwyższym możliwym poziomie. Teraz się to zmieniło: kształceni są głównie wąsko wyspecjalizowani fachowcy, barbarzyńcy według Ortegi, myślący schematami, używający w swoim zawodzie fachowego żargonu, a do wszystkich innych celów – ubogiego języka potocznego. Ich przygotowanie stało się dominującym i najważniejszym zadaniem współczesnych uniwersytetów.
Problem kształcenia zawodowego w uniwersytetach jest stary i od dawna dyskutowany. Pomijając wszystkie inne argumenty obrońców profesjonalizmu, trzeba przyznać jedno: rozwój wiedzy jest tak szybki, że studia jednocześnie ogólne i specjalistyczne musiałyby trwać dwa razy dłużej niż obecnie, a pod ich koniec wiedza nabyta na początku byłaby nieaktualna. Wobec tego wybierany jest kierunek nauczania profesjonalnego i odrzucany – z braku czasu – nauczania ogólnego. Jednak to, że w ciągu kilku lat studiów brak czasu na studia ogólne, oznacza tylko tyle, że trzeba zapewnić chętnym możliwość kształcenia ustawicznego – w zakresie ogólnym w uniwersytetach, a specjalistycznym – w szkołach zawodowych. Widać tu pewną pychę kadry uniwersyteckiej: potrafimy wykształcić profesjonalistę lepiej niż wyższe szkoły zawodowe, więc podejmiemy się tego. Potrafimy lepiej niż wyższe szkoły pedagogiczne wykształcić nauczycieli, więc podejmiemy się i tego. Wprawdzie braknie nam potem czasu na wykształcenie na najwyższym poziomie i przekazanie głębokiej, syntetycznej wiedzy, ale to nic. Studenci w większości chcą być profesjonalistami, więc uniwersytety się dostosowują.
TRWANIE PRZY WARTOŚCIACH
Co jakiś czas, w tekstach poświęconych uniwersytetom i w środowiskowych dyskusjach pojawia się teza, że uniwersytety powinny dawać studentom, a przez nich społeczeństwu, nie to, czego oni chcą, lecz to, czego potrzebują. Po przyjęciu takiego założenia pojawia się natychmiast problem, kto ma decydować o tym, czego studenci i społeczeństwo potrzebują. Wydaje się, że ani chęć studentów, ani wola urzędników nie powinny odgrywać roli rozstrzygającej. Kształcenie studentów to proces kulturowy, który wtedy jest pełny, kiedy oparty na wartościach leżących u podstaw tejże kultury. Wartości takie jak prawda, odpowiedzialność, rzetelność, konsekwencja, są niezależne od przepływających przez uniwersytety studentów i zmieniających się na stanowiskach urzędników. I to one powinny wyznaczać to, co uniwersytet przekazuje wszystkim chętnym, zaś trwanie przy tych wartościach, niepodatne na chwilowe mody i zmieniające się warunki, powinno być misją uniwersytetu.
Dr Grzegorz Nowak, biolog, pracuje w Zakładzie Biochemii UMCS w Lublinie.
|