|
Leszek Szaruga
Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich, która odbyła się w Białymstoku i Białowieży, zaowocowała zapowiedzią wydawania uniwersytetom krajowym certyfikatów określających jakość ich pracy, a zatem, można zaryzykować twierdzenie – zaczęła się konkurencja między uczelniami. Komentując owe zapowiedzi, dziennikarz „Gazety Wyborczej” Wojciech Staszewski, z pewnością siebie właśnie dziennikarza godną, pisze: „A uniwersytet uniwersytetowi nierówny. To prawda banalna, ale uczelniom z powiatowych niebawem miast trudno wydawać magisteria równoważne np. Alma Mater. Pora przyznać, że na uniwersyteckiej mapie Polski są lepsi i gorsi. I pora wyciągnąć z tego konsekwencje – finansować przede wszystkim lepszych. Nie trzeba do tego specjalnych zabiegów – wystarczy, by te noty poznali maturzyści. Wtedy wybiorą lepsze uczelnie, a za nimi pójdą budżetowe pieniądze.” Pomińmy już sprawę owych budżetowych pieniędzy, które jakoś nie kwapią się w ogóle do podążania w kierunku polskich uczelni, gdyż zarządzający budżetem politycy nie są w stanie ani myśleć w dalszej perspektywie czasowej niż kolejne wybory, ani tym bardziej pojąć, że łożenie na rozwój szkolnictwa, wyższego także, to inwestycja bardzo opłacalna, tyle że nie zwracająca się natychmiast – na efekty czasem trzeba poczekać ćwierć wieku, ale warto.
Na temat tego, że warto, mała dygresja. Już najzupełniej suwerenny minister edukacji, Stelmachowski, poczynił swego czasu światłą niezwykle, a politycznie dobrze umocowaną uwagę na temat uniwersytetów w Katowicach i Szczecinie, powiadając, że uczelnie te, jako zakładane przez komunę, znieść należy z naszego narodowego spłachetka planety. O Szczecinie się wypowiadał nie będę, uniwersytet to młody jeszcze, ma wszakże już osiągnięcia wymierne – sam jestem tu zaangażowany, a jak wiadomo, każda pliszka... Ale o Śląsku coś powiem, zwłaszcza iż przybyła uczelnia w Opolu. Otóż ten region, przez cały żywot specyficznej formacji parapaństwowej, zwanej PRL, stanowił kulturalną pustynię. I oto – dla pana Stelmachowskiego to zapewne przypadek – właśnie na Śląsku pojawiła się po 1989 roku cała masa fantastycznych inicjatyw kulturalnych, zaś aktywność młodych polonistów tego obszaru, wymierna i jakością ich pracy, i ilością czasopism, w sposób wyjątkowo dobitny ukazuje owe pozytywne efekty łożenia na rozwój edukacji wyższej, owych inwestycji, poczynionych być może w jakichś straszliwie niecnych, komuszych zamiarach, lecz dziś owocujących stworzeniem ważnego centrum życia kulturalnego kraju.
Wróćmy do komentarza Staszewskiego. Powiada on mianowicie, że byle jakiś tam uniwersytet w powiatowej mieścinie nie dorówna Alma Mater. A ja powiem więcej i wprost przeciwnie: może sam się doczekać tego godnego miana. Alma Mater – jak donosi Kopaliński – to „podniosła średniowieczna nazwa wyższej uczelni”, przy czym wcale, jako żywo (a o „Matkę Żywicielkę” tu chodzi, tak bowiem wykłada się ów łaciński termin), nie jest powiedziane, w jakiej to miejscowości owa uczelnia ma mieć swe siedlisko. I tak też bywa, że „powiatowe” uniwersytety swym poziomem i sławą przyćmić potrafią te, które działają w miastach wojewódzkich czy wręcz w stolicach. Małe, prowincjonalne uniwersytety miewają swoje specjalizacje, ściągające uczonych i studentów z całego świata. Nie jest więc nigdzie przesądzone, że Uniwersytet Jagielloński, przy całym historycznym dorobku i znakomitej kadrze, zawsze i we wszelkiej dziedzinie lepszy być musi od UŚ. Być może, gdyby komuchom wpadło do głowy założenie UŚ odpowiednio wcześniej, okazałoby się, że absolwenci UJ, znani i cenieni pisarze, Julian Kornhauser i Adam Zagajewski, ze Śląska by nie wyemigrowali.
Załóżmy zatem, że oto najmłodszy nasz uniwersytet, w Białymstoku stanie się niebawem uczelnią słynącą w Polsce, a także w Unii Europejskiej – do której wszak pewnie się w roku 2003 dostaniemy – prężnym ośrodkiem kultury i języka litewskiego, a także, by rzecz trochę skomplikować, matematyki i logiki (jak np. przedwojenny Lwów). Popędzą tam maturzyści? Na wyprzódki. I co znajdą? Znajdą brak infrastruktury – akademików, bibliotek, sal wykładowych i czego tylko chcieć. To, oczywiście, sytuacja absolutnie fikcyjna i mało prawdopodobna. Pokazuje jednak, iż wcale nie jest to takie proste – stawiać na określenie poziomu uczelni jako wykładnik „przydziału budżetowego”. Nie znaczy to, rzecz jasna, iż tego poziomu mierzyć nie należy – przeciwnie: to jeden ze sposobów, by zmusić uczelnie do ściągania do siebie wysoko kwalifikowanych kadr. Ale też nie jest to sposób jedyny. Uczonych ściągną pieniądze, ale także atmosfera pracy naukowej, szansa realizacji własnych programów naukowych i dydaktycznych, możliwość przełamania zachowań rutynowych itp.
Ani Heidelberg, ani Getynga nie są miastami „wojewódzkimi” – są to niewielkie miasteczka, których społeczność w czasie roku akademickiego tworzą studenci znanych, uświęconych tradycją uniwersytetów. Nie można zapominać o tym, że Polska w gruncie rzeczy dopiero tworzy na nowo czy rekonstruuje swoje tradycje akademickie. Przenoszący się z Wilna uniwersytet zatrzymał się w Toruniu. A gdyby tak dotarł, jak wielu mieszkańców Wileńszczyzny, do Szczecina? Wówczas to właśnie miasto miałoby na mapie uniwersyteckiej Polski pozycję równą co najmniej Wrocławowi, którego uczelniane, „poniemieckie” mury zapełniły się duchem uczelni Lwowa. Ostrożnie zatem z tymi „powiatowymi” magisteriami.
Piszę o tym wszystkim, by przestrzec przed zbyt łatwymi osądami i kryteriami. „Powiatowość” staje się takim samym liczmanem jak „studia zaoczne” – synonimem czegoś gorszego. Tak być nie musi. Nowe, młode uczelnie, nie mogące, siłą rzeczy, legitymować się porównywalnym z UJ czy UW dorobkiem, zaczynają z wolna „produkować” absolwentów, którzy zarówno w przestrzeni życia akademickiego, jak w życiu kulturalnym regionu, a wreszcie i kraju, zaczynają odgrywać coraz donioślejszą rolę. Oczywiście, bardzo dobrze, że wystawiane będą uczelniom certyfikaty dotyczące ich poziomu. Sprawdzać je jednak będzie zupełnie co innego – znaczenie legitymowania się pobieraniem nauk w swej Alma Mater podczas ubiegania się o pracę.
|