|
Czy polskie szkolnictwo wyższe jest Aleksander Kołodziejczyk W opinii znacznej części polskiego społeczeństwa, a także dużego odłamu parlamentarzystów, panuje przekonanie, że głównymi beneficjantami dyplomów szkół wyższych są ich posiadacze, i same szkoły wyższe, gdyż to studenci zapewniają im egzystencję. Takie poglądy przyczyniają się do wytworzenia presji w kierunku przekształcania publicznych szkół wyższych w instytucje samofinansujące się i przerzucenia większości kosztów na studiujących. Polskie prawodawstwo nie pozwala jednak na ten, wydawałoby się prosty, zabieg obciążenia studentów głównymi kosztami kształcenia, ponieważ Konstytucja zapewnia bezpłatną naukę, zezwalając jedynie na odpłatne świadczenie części zajęć dydaktycznych. Za jakie świadczenia i za jaką część zajęć dydaktycznych będzie można pobierać opłaty, tego jeszcze nikt nie wie. Nie można jednak mieć złudzeń, iż po wprowadzeniu powszechnej współodpłatności za studia zwiększą się dochody z tego źródła. W krajach znacznie bogatszych od Polski czesne rzadko rekompensuje więcej niż 10 proc. kosztów studiów. Warto również pamiętać o tym, że obecnie w Polsce ponad 70 proc. studentów pokrywa częściowo lub całkowicie koszty studiów, tak więc po wprowadzeniu powszechnej, ale równomiernie rozłożonej odpłatności, można się spodziewać raczej zmniejszonych, a nie zwiększonych tego rodzaju wpływów.PAŃSTWO KORZYSTADoświadczenia krajów wysoko rozwiniętych wskazują, że największym beneficjantem wysokiej skolaryzacji jest samo państwo. Trudno sobie wyobrazić współczesne państwo, które może się obejść bez ludzi z wyższym wykształceniem. Politechnika Gdańska, pomimo prawie trzykrotnego zwiększenia liczby studentów w latach 90., w dalszym ciągu otrzymuje więcej zapotrzebowań na absolwentów niż jest w stanie corocznie ich wypromować. W krajach gnębionych wysokim bezrobociem tylko niewielki ułamek pośród bezrobotnych legitymuje się dyplomem szkoły wyższej. Te kraje, które wcześniej zrozumiały, że edukacja jest najefektywniejszym czynnikiem stymulującym ich rozwój, stanowią dzisiaj elitę. Tylko nieliczne kraje cywilizowanego świata nie widzą potrzeby rozwoju własnego szkolnictwa wyższego. Do tej grupy państw w Europie należą Grecja, Turcja i, niestety, Polska. NAJBIEDNIEJSZY RESORTW odpowiedzi z Ministerstwa Finansów na mój artykuł Najbiedniejszy resort ("F.A." 3/1998) nie ma słowa komentarza na ten temat. A nie tylko ja chciałbym dowiedzieć się, dlaczego w wydatkach na obronę, liczonych jako udział w PKB, Polska zajmuje środkową pozycję pośród państw europejskich, a w wydatkach na naukę miejsce końcowe? Pani Minister nie skomentowała również kryzysu, szczególnie kadrowego, wywołanego systematyczną redukcją finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Od dawna liczba nowo mianowanych profesorów nie równoważy ubytków naturalnych, a nie ma możliwości zastąpienia kimkolwiek tej najwyżej kwalifikowanej kadry. Nawet kontrowersyjny pomysł poprzedniej ekipy rządzącej, żeby w wyższych szkołach zawodowych funkcję profesorów powierzyć doktorom, nie ma szans powodzenia, ponieważ do wypromowania doktorów także potrzebni są profesorowie. Fabrykę samochodów można wybudować i uruchomić w ciągu 2 lat. Do odtworzenia kadry w szkolnictwie wyższym, do uzupełniania luki pokoleniowej, oprócz środków finansowych, trzeba dużo, bardzo dużo czasu i wysoko wykwalifikowanej kadry. Im później szkolnictwo wyższe otrzyma potrzebne środki, tym trudniej będzie odrobić straty. Już od wielu lat stało się oczywiste, że walka o prymat nad światem jest rozstrzygana nie na polach bitewnych, lecz w zaciszu laboratoriów naukowych, w uczelniach, poprzez szeroką edukację, tworzenie nowych technologii i doskonalenie zarządzania. W tych wysiłkach nasz kraj przestanie się liczyć. Zewnętrzni obserwatorzy stwierdzają wprost, że przeznaczanie jedynie 0,8 proc. PKB na szkolnictwo wyższe i 0,47 proc. PKB na naukę jest sabotażem i zbrodnią przeciw narodowi (prof. Georges Charpak, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki). PREFERENCJA FINANSOWAPrzechodząc do odpowiedzi Pani Minister dr Haliny Wasilewskiej-Trenkner z 10 lutego br. (patrz materiał zamieszczony obok) muszę stwierdzić, że bardzo wybiórczo ustosunkowała się Ona do tematów poruszonych w moim wystąpieniu. Pani Minister w pkt 1. swojego pisma mówi, między innymi, o dwóch latach finansowanej preferencji dla szkolnictwa wyższego w Polsce, którymi miały być lata 1996 i 1997. Tak naprawdę szkolnictwo wyższe jedynie w 1996 było preferowane, ponieważ przyrost nakładów przewyższył wówczas wskaźnik wzrostu PKB - udział nakładów wzrósł z 0,74 proc. PKB w 1995 do 0,83 proc. PKB w 1996 r. (przyrost o 10,7 proc.). W 1997 roku, jak podaje Pani Minister, nastąpił wzrost udziału nakładów na szkolnictwo wyższe w PKB z 0,83 proc. do 0,86 proc., a więc, jak łatwo wyliczyć, o 3,6 proc. O dyskryminacji finansowej szkolnictwa wyższego w III RP świadczy spadek realnej wartości nakładów: w 1997 r. nakłady te w cenach z 1990 r. stanowiły jedynie 55 proc. wartości nakładów z 1990 r., przy czym przed laty istniało znaczne, dodatkowe wsparcie z przemysłu, a liczba studentów dziennych w tym okresie stanowiła jedynie 60 proc. stanu obecnego. W 1998 r. nastąpił kolejny spadek nakładów, liczony jako udział w PKB, z 0,86 proc. do 0,83 proc. W tym kontekście stwierdzenie Pani Minister: W projekcie budżetu szkolnictwa wyższego na 1998 r. zachowano preferencje z lat ubiegłych - brzmi jak kpina. Czy ktokolwiek w MF chociaż raz porównał nakłady na 1 studenta w Polsce z podobnymi nakładami u naszych sąsiadów? PRZED NAMI 30 LATW punkcie 2. swojej odpowiedzi Pani Minister stwierdza, że podobnie jak w roku ubiegłym, w 1998 r. nie zostanie zrealizowana rezolucja Sejmu RP z 13 października 1995 r., dotycząca sukcesywnego zwiększania nakładów do poziomu 2 proc. PKB na edukację wyższą i 1 proc. na naukę. Ten poziom, odpowiadający wydatkom krajów, którym zależy na rozwoju i utrzymaniu wiodącej pozycji w świecie, miał być osiągnięty w 1997 r.! Nikt znający realia stanu finansowego Polski nie spodziewał się, i nadal nie liczy na to, że nagle, z roku na rok, nakłady na szkolnictwo wyższe wzrosną o 250 proc., tak żeby w ciągu roku osiągnąć postulowane przez Sejm wskaźniki. Czy jednak Pani Minister zadała sobie trud policzenia, ile lat zajęłoby osiągnięcie tych współczynników przy tak preferencyjnym wzroście nakładów, jaki nastąpił w 1996 r. (10,7 proc.) i gdyby ten wskaźnik był w latach następnych utrzymywany na tym samym poziomie? Otóż zajęłoby to ponad trzydzieści lat. W 1997 r. szybkość wzrostu nakładów uległa jednak znacznemu zahamowaniu, a w roku bieżącym wręcz zmniejszeniu. Czas osiągnięcia wysokości zalecanych przez Sejm III RP nakładów oddalił się ponownie w nieskończoność. KIEROWAĆ BĘDĄ INNIW 3. pkt. odpowiedzi Pani Minister odnosi się do postulatu powiązania wielkości nakładów na szkolnictwo wyższe z liczbą studiujących osób. Słusznie stwierdza, że koszty studiów nie zawsze rosną w tych samych proporcjach co liczba studentów. W praktyce bywa i tak, że przy nieznacznym wzroście liczby studentów, do 10 proc., koszty studiów mogą wręcz pozostać nie zmienione, pod warunkiem zachowania dotychczasowej liczby grup, a tym samym sumy wykonywanych godzin dydaktycznych. W taki sposób, między innymi, staramy się obniżać koszty studiów. Natomiast przy większym wzroście liczby studentów, np. o 50 proc., koszty studiów wzrosną prawie w tym samym stosunku, ponieważ o tyle samo wzrośnie liczba godzin dydaktycznych, a koszty osobowe z nimi związane stanowią w polskich uczelniach około 80 proc. wszystkich kosztów. Pozostała część kosztów też wzrośnie, chociaż nie w aż tak dużym stopniu. Przy jeszcze większym wzroście liczby studentów, wzrost kosztów zwykle przewyższa wskaźnik wzrostu liczby studentów, ponieważ trzeba ponieść dodatkowe koszty inwestycyjne na powiększenie bazy materialnej uczelni, w tym na nowe sale wykładowe, pracownie, laboratoria, aparaturę, pomieszczenia dla kadry. Taki przypadek właśnie zaistniał w ostatnich latach w Polsce - liczba studentów wzrosła ponad dwukrotnie i bez nakładów inwestycyjnych nie da się utrzymać ani tej zwiększonej liczby studentów, ani dotychczasowego poziomu nauczania. Najbliższa i dalsza przyszłość naszego narodu i państwa wymaga nie tylko zwrotu tych środków, które w latach 80. i 90. zostały zabrane szkolnictwu wyższemu, ale również zwiększenia nakładów do 2 proc. na szkolnictwo wyższe i 1 proc. na naukę, stosownie do zwiększonych zadań, zgodnie ze współczesnymi wymaganiami. W przeciwnym razie, w zjednoczonej Europie Polacy będą stanowić tanią, niewykształconą siłę roboczą, co spowoduje frustrację społeczeństwa i wysokie bezrobocie, a kierownicze stanowiska zajmą ludzie wykształceni poza granicami naszego kraju. STOCZNIE NIE DADZĄZgadzam się z treścią punktu 4. Szkoły wyższe powinny mieć możliwość pozyskiwania środków na działalność statutową z innych źródeł niż budżet państwa. Tylko że w praktyce takie możliwości nie istnieją, musi je stworzyć ustawodawca. Do 1990 r. wiele uczelni polskich, w tym Politechnika Gdańska, pozyskiwały do kilkudziesięciu procent swojego dochodu ze źródeł pozabudżetowych. Obecnie zadłużone stocznie, kopalnie, huty i inne duże zakłady przemysłowe nie są w stanie uczestniczyć w finansowaniu szkolnictwa wyższego, chociaż powinni, jako główni odbiorcy absolwentów tych szkół wyższych. Nie ma także zachęty podatkowej dla tych przedsiębiorstw, które są w dobrej sytuacji finansowej. Ponadto zapis w nowej Konstytucji, dopuszczający pobieranie opłat tylko za niektóre świadczenia dydaktyczne, zdaniem konstytucjonalistów, stawia pod znakiem zapytania możliwość studiów odpłatnych nie tylko w szkołach publicznych, ale nawet w szkołach prywatnych, ponieważ niektóre płatne świadczenia nie oznaczają odpłatnych studiów. ZADŁUŻYĆ SIĘ ŁATWOPani Minister z zadowoleniem stwierdziła w swoim piśmie, że nawet w najcięższym okresie dla finansów publicznych z przyczyn finansowych nie została zniesiona żadna szkoła wyższa. Czy naprawdę aż do tego doszło, że w MF rozpatrywano możliwość znoszenia szkół wyższych ze względów finansowych? To, że dotychczas żadna szkoła nie upadła z przyczyn finansowych jest zasługą samego środowiska akademickiego, które podjęło ogromny trud przetrwania, i wysokiego poczucia odpowiedzialności władz akademickich, które nie dopuściły do takich zadłużeń, jakie wystąpiły w szpitalach, szkołach, kopalniach, hutach i wielu innych zakładach przemysłowych. Potrzeby szkół wyższych też były duże i łatwo można było je zadłużyć. Kto wówczas ująłby się za zadłużonymi szkołami wyższymi? Nie ulega wątpliwości, że sytuacja finansowa, kadrowa i przyszłość polskich, publicznych szkół wyższych jest fatalna. Brakuje środków na godziwe wynagrodzenia, na aparaturę, na potrzebne inwestycje, na niezbędne remonty, na zaopatrzenie i wyposażenie bibliotek, na zatrudnienie nowych pracowników - stosownie do zwiększonych zadań. Kraj, który marnuje środki na ratowanie nie rokujących poprawy, nierentownych zakładów przemysłowych kosztem rozwoju intelektualnego obywateli jest skazany na degenerację. Władza, która nie przeprowadza pilnie potrzebnych reform, ponieważ ugina się pod żądaniami bankrutów, jest słaba i bierze na siebie pełną odpowiedzialność za wszystkie szkody z tego wynikające. Prof. dr hab. inż. Aleksander Kołodziejczyk, chemik, jest rektorem Politechniki Gdańskiej. |
|
|