|
Nacisk na praktyczną stronę wykształcenia prowadzi
do zaniku samodzielności myślenia i refleksji.
Ceni się to, co powierzchowne i drugorzędne albo to, co użyteczne.
Marcin Karas
Pretekstem do tych rozważań była lektura artykułu Jerzego Ziółkowskiego Homo Americanus, zamieszczonego w numerze 4-5/95 "Frondy". Autor przedstawia sytuację szkolnictwia w Stanach Zjednoczonych na podstawie opublikowanego w roku 1993 raportu Departamentu Edukacji USA, dotyczącego umiejętności czytania i pisania w społeczeństwie amerykańskim, którego wnioski spowodowały szok w Ameryce. Autor sięgnął też do szeregu innych informacji i naszkicował obraz deformacji amerykańskiego systemu oświaty. Chociaż polskie szkolnictwo działa w odmiennych warunkach, to jednak wydaje się, że warto spojrzeć na prezentowane w artykule Ziółkowskiego zagadnienia, aby podjąć dyskusję nad perspektywami naszego szkolnictwa, zwłaszcza wyższego, w najbliższych latach.
FAŁSZYWY OBRAZ
Wedle potocznego mniemania, niedomagania i zaległości naszej oświaty, spowodowane okresem izolacji i poważnego skrępowania w minionych dziesięcioleciach, zostaną stosunkowo szybko zniwelowane i rozwiązane, jeżeli sięgniemy do sprawdzonych rozwiązań zachodnich, a zwłaszcza amerykańskich. Jako przykład stawia się osiągnięcia najsłynniejszych w USA uczelni, które zapewniają wykształcenie na najwyższym poziomie, umożliwiają awans społeczny, zatrudnienie w elicie najbardziej prestiżowych zawodów, sukces zawodowy, a także wejście do świata polityki. Pracownicy tych szkół uzyskują dochody przekraczające nawet standardy klasy średniej, a renoma uczelni wykracza poza granice kraju. Oczywiście, z walorami tymi wiążą się poważne koszty studiów, ale fakt ten jest traktowany jako nieodłączny element wolnej gry rynkowej, charakterystyczny dla liberalnego państwa. Przy tak zarysowanym obrazie nietrudno dojść do przekonania, że cały system szkolnictwa w USA opiera się na pozytywnej selekcji uczniów, starannym doborze programów nauczania i dużych nakładach na pomoce naukowe, wykształcenie i uposażenie pracowników. Można by zatem wyobrażać sobie, że taki model stanowi dla nas nieosiągalny w najbliższej przyszłości ideał, a nasze niedoinwestowane szkoły jeszcze przez długie lata będą tylko jego dalekim i niedoskonałym naśladownictwem.
Niestety, konfrontacja tego wyimaginowanego obrazu z rzeczywistością pokazuje, że jest on tylko w ograniczonym zakresie poprawny, a często mechaniczna praktyka przejmowania wzorów z szeroko rozumianego Zachodu może w wielu przypadkach pogorszyć i tak trudną sytuację naszych uniwersytetów. Dlatego właśnie artykuł Ziółkowskiego wydaje się być cennym głosem w dyskusji nad przyszłością naszej oświaty, gdyż dostarcza niepokojących argumentów i rozwiewa potoczne mniemania.
Wspomniany raport Departamentu Edukacji powstał w wyniku czterokrotnych badań, które miały, jak dotąd, najszerszy zasięg spośród przeprowadzonych w USA. Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych jest 27 milionów analfabetów oraz 45 milionów analfabetów funkcjonalnych, czyli osób posiadających umiejętność czytania i pisania, ale nie potrafiących z tej umiejętności korzystać w sposób umożliwiający im efektywne komunikowanie się ze światem. Zatem 72 miliony ludzi w USA nie ma dostępu do tradycyjnie rozumianych dobrodziejstw kultury. Można więc przypuszczać, że ich droga do wykształcenia musiała w rażący sposób odbiegać od naszych potocznych wyobrażeń, trudno bowiem uznać, że ludzie ci byli kształceni w poprawny sposób, ale dziwnie zapomnieli o wszystkich zdobytych umiejętnościach. Jeżeli przyjąć, że ludność Stanów Zjednoczonych wynosi ok. 260 milionów, to okaże się, że plagą analfabetyzmu jest objęte ponad 27 proc. społeczeństwa! Gdy od liczby ludności odjąć dzieci, to oczywiście odsetek ten wzrasta jeszcze bardziej. Nie o odsetki tu jednak chodzi. Nie zamierzam prowadzić zatrważającej statystyki, ale raczej podjąć rozważania nad przyczynami tego zjawiska, skoro u nas, mimo ewidentnych braków i niedoskonałości systemu oświaty oraz niemałego zapewne odsetka analfabetów, liczby takie są szokujące.
Ale nie koniec na tym. Ziółkowski przytacza także horrendalny przykład, iż jedynie 4 proc. dorosłych Amerykanów jest w stanie przeprowadzić prostą operację na kalkulatorze! W dobie wojny w Zatoce Perskiej (rok 1991) tylko 20 proc. Amerykanów potrafiło wskazać Irak na mapie świata, ale za to o upodobaniach kulinarnych prezydenta Busha poprawnie wypowiadało się 92 proc. Wszystko to przy rosnących nakładach na oświatę, które w USA osiągają kilkadziesiąt miliardów rocznie.
BŁĄD SYSTEMU
Przyczyny kryzysu ukryte więc są w samym systemie edukacji. Obywatel USA kończy zwykle szkołę średnią w wieku 18 lat, ale nie oznacza to wcale zdania egzaminu maturalnego. Egzamin kwalifikujący na studia wyższe zdają tylko niektórzy, a samo ukończenie szkoły średniej nie wymaga żadnego sprawdzianu. W niektórych stanach wprowadzono w szkołach średnich wolny wybór przedmiotów, przy czym wszystkie są jednakowo poważnie traktowane, nie ma kanonu obowiązkowego, wymaganego niezależnie do upodobań ucznia. Jeżeli nikt nie wybierze któregoś przedmiotu, to nie jest on po prostu uruchamiany.
Wszystko to prowadzić musi do drastycznego obniżenia poziomu, ale nawet taki system nie musi być jeszcze zupełnie zły. Wszystko zależy od tego, propozycje jakich przedmiotów stawiane są przed uczniami, co wybierają sami zainteresowani, jaki jest poziom nauczycieli i jak egzekwowana jest wiedza. Niestety, w tej dziedzinie sytuacja jest równie niepoważna jak w samym systemie wyboru doprowadzonym do absurdu, skłaniającym de facto do lenistwa i preferującym negatywne cechy charakteru przeciętnego człowieka. Któż bowiem zmusi się do trudniejszych zajęć, jeżeli może wybrać łatwiejsze?
Podobny mechanizm działa, niestety, w pewnym zakresie już w niektórych naszych uniwersytetach. Zdarza się tak, że przeciętny student wybiera kurs, o którym wie, że łatwo go zaliczyć. Kursy nie wybrane przez minimalną liczbę studentów nie są uruchamiane. Wykładowcy, wiedząc o tym, są pod presją zdobycia zainteresowania szerszego grona uczestników na rok następny. Stawiają więc dobre oceny, ostrzejszy egzaminator ryzykuje bowiem złą opinię wśród studiujących, a co za tym idzie i fakt, że na jego kurs nikt się w przyszłości nie zapisze. W ten sposób postępuje "równanie w dół", a jedynym mechanizmem hamującym ten proces jest - obok odpowiedzialności wykładowców i rozwagi części studentów, którzy jednak starają się zrobić coś porządnie - system kursów podstawowych, obowiązkowych i nie dających się w żaden sposób obejść. Jeżeli bariera ta zostałaby zniesiona, to poziom spadnie gwałtownie, a na jednym i tym samym kierunku studiować będą osoby, które wzajemnie nie będą w stanie się porozumieć na temat tego, czym się zajmują. Tradycyjne kierunki wiedzy rozpadną się wtedy na niezależne specjalności, a wiedza będzie przypadkowa i chaotycznie rozłożona na mapie spraw ważnych i nieistotnych.
Wracając do Ameryki zobaczmy, jakie to przedmioty oferują tamtejsze szkoły średnie. Można uczyć się np. astrologii, rysowania komiksów, szycia plecaków i zdobywać informacje o prostytucji, broni i przepisach kulinarnych. To tylko niektóre z 400 propozycji, ale w praktyce uruchamiana jest tylko niewielka ich część, a preferencje uczniów wydają się mierzyć w te bardziej awangardowe przedmioty. Co zrobi uczeń, jeżeli będzie musiał wybrać np. 20 z 400 przedmiotów? Jaki wpływ na jego wybór będzie miała telewizja, nawyki i zwykłe lenistwo?
Jeżeli dodamy do tego fakt, że w Ameryce nie powtarza się klasy, a tylko kurs, na którym się nie powiodło, to należy stwierdzić, że ukończenie szkoły jest banalnie proste. Jeżeli nie umiesz szyć plecaków, to może poradzisz sobie z astrologią. W całym tym obłędzie część szkół wyższych przyjmuje absolwentów bez egzaminu, ale widocznie kurs astrologii na poziomie uniwersyteckim oferuje znacznie większe perspektywy poznawcze niż w szkole średniej.
Podobne tendencje dotyczą opracowywania podręczników, a mechanizm powiązania zysków wydawców z zadowoleniem czytelników tworzy przedziwną całość. Opacznie rozumiane dążenie do unikania stresu prowadzi z kolei do spadku wymagań ze strony nauczycieli i łatwiejszego zdobywania wysokich ocen. Jednocześnie sami nauczyciele często nie odbiegają poziomem od swych podopiecznych. Każda próba weryfikacji wiedzy i wprowadzania dyscypliny może być przy tym odebrana jako niedopuszczalny przymus i ingerencja w wolność osoby - ucznia.
OWOCE REWOLUCJI
W tak zarysowanych warunkach odbywa się nierzadko kształcenie amerykańskiej młodzieży. Wejdźmy na chwilę do sali lekcyjnej i spytajmy, jakie są najważniejsze problemy, którymi żyje przeciętna klasa. Komisja powołana w tej sprawie przez prezydenta Reagana ustaliła mianowicie, że należą tu: narkomania, kradzieże, rozboje i alkoholizm. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu byłyby to hałas i śmiecie. Po wyjściu ze szkoły uczniowie zasiadają, oczywiście, przed telewizorami, gdzie mogą utwierdzić swe ideały i uczyć się życia w łatwym świecie reklamy, rozrywki i filmów akcji.
Jak w takiej sytuacji doprowadzić młodzież do zdobycia rozsądnej wiedzy i zainteresowania humanistyką? Uniwersytety amerykańskie kładą nacisk na umiejętność znalezienia się w świecie wolnego rynku i przygotowanie studentów do pracy w liczącym się zawodzie. Wejście do społecznej klasy średniej nie musi zaś wymagać wiedzy teoretycznej. Ci, którzy cenią wiedzę dla niej samej i zamierzają dostrzec coś więcej ponad praktyczną stronę rzeczywistości, traktowani są nierzadko jak podejrzani maniacy albo osoby wyrządzające sobie krzywdę na przyszłość i marnujące cenny czas.
Nacisk na praktyczną stronę wykształcenia prowadzi do zaniku samodzielności myślenia i refleksji. Ceni się to, co powierzchowne i drugorzędne, w najlepszym razie to, co użyteczne. Wielkim destruktorem humanistyki jest relatywizm i tolerancja dla każdej opinii. Profesorowie nie mogą weryfikować rozumienia, a jedynie wiedzę studentów, co dodatkowo ogranicza wpływ na kształtowanie się poprawnego myślenia.
Negatywne zjawiska w szkolnictwie wyższym są często owocem społecznej rewolucji roku 1968, a rozpoczęty wtedy proces destrukcji wydaje się postępować bez większej szansy na jego zatrzymanie. Podobny obraz nakreślił A. Bloom w wydanej w zeszłym roku w Polsce książce Umysł zamknięty. Trzeba przy tym odróżnić duże sukcesy szkół technicznych, gdzie wyniki badań są jednoznaczne, gdzie trudno o radykalne eksperymenty z systemem kształcenia, a konkurencja na rynku pracy sama mobilizuje studentów do pewnego wysiłku. Mechanizm ten nie zawsze obejmuje nauki humanistyczne.
Wydaje się, że przedstawiony obraz szkolnictwa w USA może szokować, ale pamiętać trzeba, iż jest to bardziej diagnoza patologii niż prezentacja wszystkich stron zjawiska. Destrukcja nie panuje wszędzie i wyłącznie, ale jednak przyczynia się w poważnym stopniu do stanu opisanego przytoczoną wyżej statystyką.
Przed polskimi szkołami wyższymi stają w dalszej perspektywie te same zagrożenia. Dzisiaj możemy traktować je jak futurologiczne spekulacje, ale co będzie za kilka lat? Studenci są przecież ludźmi ceniącymi swój czas i wygodę. Teraz jest okazja, aby zastanowić się nad tymi przestrogami. Nie chcemy przecież przejmować wynaturzeń edukacji, ale akceptować jedynie to, co najlepsze. Ostatnio wiele się mówi na temat reform systemu szkolnictwa. Oby nie były podobne do opisanych, gdyż wszyscy na tym stracimy.
Mgr Marcin Karas jest absolwentem historii UJ oraz studentem Instytutu Filozofii UJ w Krakowie. |