Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 6/1998

Abecadło przyzwoistości?
Poprzedni Następny

Bywają charaktery nieskazitelne, lecz - jak wszystko, co wyniosłe
- są one i trudne, i rzadkie.

Spinoza

Jerzy Zaleski

Rys. Piotr Kanarek Czy to możliwe, aby wśród ludzi wykształconych następowało wyciszenie sygnałów sumienia w takich stopniu, że potrzebna jest im pomoc w odróżnieniu najprostszych postaci dobra i zła? Czy rzeczownik "moralność" ma liczbę mnogą? Czy sprawy zaszły tak daleko, że nakazem chwili staje się reedukacja elit umysłowych w sferze elementarnych zasad etyki? Czy utrata wrażliwości na występek w środowiskach intelektualnych, jak ostrzega prof. Kornel Gibiński, przybiera rozmiary katastrofy?

Do postawienia sobie tych i wielu innych pytań skłoniła mnie wypowiedź cytowanego wyżej przewodniczącego Komisji Etyki w Nauce przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk ("Forum Akademickie" nr 3/98), i - w ślad za tym - powtórna lektura pewnego dokumentu. Niewielka ta broszurka, ponoć adresowana i rozesłana w ilości 50 tys. egzemplarzy do wszystkich ludzi nauki w Polsce, została przeze mnie wytropiona w ub. roku po niemałych staraniach. Wbrew temu, co z melancholią twierdził udzielający wywiadu profesor, jakoby jej treść nikogo nie obchodziła, przestudiowałem tekst tej publikacji bardzo uważnie i przedyskutowałem kilkakroć w gronie najbliższych przyjaciół, których trzeźwość sądów jest mi znana i wysoko ceniona. Gorące to były spory. Niech garść myśli podanych niżej będzie próbą rekapitulacji wniosków wynikających z tych dysput, a jednocześnie odzewem na apel, wyrażony w przedmowie do wspomnianego opracowania, aby wobec poruszanego problemu nie chować głowy w piasek. Odniesienie się do tego uważam za tym bardziej wskazane, że to, z czym się obecnie ponownie spotykamy, ma swoją historię i to niezbyt budującą.

CHOROBA ENDEMICZNA

Nie znam skali zjawiska. Deprawacja środowisk naukowych musi być jednak znaczna i ma - jak się zdaje - tendencję rosnącą, skoro prace nad zbiorem reguł postępowania ludzi nauki wciąż są obiektem kolejnych przybliżeń. Sprawa, jak wiem, zaczęła się blisko ćwierć wieku temu (1974), kiedy pojawiła się po raz pierwszy jednostkowa inicjatywa zebrania i opublikowania zestawu norm etycznych dla środowisk naukowych. Prawdopodobnie impulsem do podjętej akcji (zakończonej zresztą niepowodzeniem) była nadmierna kondensacja przykrych zapachów, jakie przenikały zza murów świątyń nauki.

Przyjęło się wówczas przymykać oczy na przykłady rozmijania się utytułowanych osobistości ze wskazaniami dekalogu, a niekiedy nawet wchodzenia w kolizję z kodeksem karnym. System administrujący instrumentalnie nauką nie był na to zbyt wyczulony. Cenzura czuwała, a dowody relatywizmu moralnego, dość częste nieprawości i zwykłe świństwa, do których się posuwano, choć budzące w wielu odrazę, były tuszowane i pozostawały bezkarne. Opowiadano sobie o nich przy kawie na koleżeńskich spotkaniach pracowników i studentów zazwyczaj z nutką rozbawienia, jako o przejawach słabostek przynoszących niezbyt wielką szkodę społeczną. Wyrażano nawet opinię, że w pewnych okolicznościach ułatwiają życie. Nie było to wprawdzie całkiem tak, ale niech tam.

Stało się ostatnio tajemnicą poliszynela, że nie brakowało wówczas spraw o budzącym niepokój ciężarze gatunkowym. Nie wszyscy chcieli i mogli się z nimi pogodzić, gdyż raniły etos zawodu, a co gorsza - jak się okazało - wcale nie zanikały wraz ze zmierzchem PRL-u. Z biegiem czasu poczęto je na dobitkę traktować jako chorobę endemiczną, której związek ze środowiskiem instytutów i wyższych uczelni jest tak samo trwały, jak grzyb na ścianach zatęchłego, bo nigdy nie przewietrzanego pomieszczenia. Gdy pogłoski o zataczającej coraz szersze kręgi korupcji (nie tylko moralnej) okazały się bezsporną prawdą, zdecydowano się ponownie podjąć prace nad kodeksem postępowania pracownika nauki.

Drugi etap przedsięwzięcia rozpoczął się niezbyt fortunnie. Opublikowane w 1994 (już pod egidą Komitetu Etyki w Nauce przy Prezydium PAN) 20-stronicowe opracowanie było przykładem falstartu i byle jak skleconej roboty. Nasuwało sporo uwag krytycznych zarówno pod względem treści, jak i formy. Dałem temu wyraz w recenzji opublikowanej w gdańskiej "Gazecie Uniwersyteckiej" (nr 7/94). Z oceną tą nie podjęto rzeczowej polemiki. Winę za wytknięte usterki, w tym niechlujstwa językowe, stylistyczne a nawet gramatyczne, zrzucono na korektę i drukarzy. Merytorycznie był to niestrawny cicer cum caule, a wskutek usiłowań manipulowania mnogością pojęć nie bardzo było samym autorom wiadomo, o jaki zbiór czy kodeks chodzi - etyczny, honorowy, czy... karny. Jak podano, niektórzy przeciwko określeniu "kodeks" od początku zdecydowanie protestowali, co nie przeszkodziło ustawicznie nim szermować.

TZW. MIESZANE UCZUCIA

Do ogłoszonego obecnie drugiego wariantu Dobrych obyczajów już lepiej się przygotowano. Pominięto w podtytule określenie "wytyczne", a w tekście "dyrektywy", co nadało treści inny, mniej nakazowy charakter. Drugie wydanie, zmienione i poprawione, jest już w większości wolne od kompromitujących potknięć i błędów - innymi słowy: zasługuje, aby się do niego poważnie ustosunkować, co nie znaczy, że każdy adresat zechce zawartym w niej tezom przyklasnąć. Intencje wyłuszczone w przedmowie wskazują bardziej przekonywająco na motywy, jakimi się zespół opracowujący kierował, choć nie ustrzegł niekonsekwencji. Jest to o tyle do wybaczenia, że poruszany tu obszar pojęć nie ma zdefiniowanych parametrów. Ale warto było próbować je uściślić.

Sprawą otwartą pozostaje problem zasadniczy, dotyczący wiodącego motywu i celu, do którego zmierzają autorzy. Został on inaczej określony niż w wersji pierwotnej, co jednak nie uratowało sytuacji. W przedmowie czytamy, że człowiek nauki mając niski poziom świadomości i nie widząc oparcia dla własnych odczuć (...) łatwo ulega lansowanym aktualnie hasłom czy indoktrynacji i dokonuje nietrafnych wyborów, których później żałuje, i dalej, że o dobrych obyczajach w nauce i o etyce trzeba wciąż pisać i mówić, aby przypominać to, o czym się tak łatwo zapomina albo się nie rozumie. Ten dziwny i nieszczęśliwie sformułowany passus, zapewne wbrew zamierzeniom autorów, stawia pod znakiem zapytania sens i wartość ich trudu i sprawi, jak sądzę, że wielu uczonych przyjmie kolejny katechizm z tzw. mieszanymi uczuciami. Wiąże się z tym refleksja, wnikająca z faktu, że - ogólnie rzecz biorąc - wskazania zawarte w omawianym zbiorze zasad są w pełni godne uznania, gdyż są w swych założeniach arcysłuszne. Ich słabość i kontrowersyjność zarazem polega - prawem paradoksu - na tym, że wśród tych pouczeń znajdują się też aż nazbyt oczywiste, i to tak dalece, że niektóre z nich są dla nas - ludzi nauki - po prostu obraźliwe.

ROZBÓJ INTELEKTUALNY

Rozbieżność intencji i czynów jest cechą charakterystyczną postępowania człowieka, gdyż stanowi odwieczny dylemat rozdarcia między rozumem a sercem. Łamanie norm etycznych przez ludzi wykształconych nie różni się od motywacji występujących w innych grupach społecznych. Czasem chodzi najzwyczajniej o konkretną, dającą się wyliczyć korzyść, niekiedy jest owocem duchowego zniewolenia, kiedy indziej pobudki są trudne do zdefiniowania i wydają się irracjonalne. Hochsztaplerzy rodzą się pod każdą szerokością geograficzną. Wiadomo też, że oszustom sprzyja zakłamana atmosfera dwulicowości i politycznego nacisku, o czym świadczą odpychające egzemplarze w rodzaju Trofima Łysenki i Olgi Lepieszyńskiej.

Ku kryteriom określającym bliźniego "przyzwoitym człowiekiem" przybliżano się intuicyjnie od zarania wspólnoty ludzkiej. Dekalog spisany tysiące lat temu jest niekwestionowanym drogowskazem dla każdego, kto chce być godnym miana członka tej wspólnoty i żyć w zgodzie z własnym sumieniem, a przecież przekraczamy go na każdym kroku. Aforyzm Owidiusza: Video meliora proboque, deteriora sequor, dobrze oddaje immanentne cechy natury ludzkiej. Żadne kodeksy tego nie zmienią, co nie znaczy, że są niepotrzebne. Ich rolą jest przeciwdziałanie spustoszeniu za parawanem formalnej niewiedzy, gdyż nie wszystkie postępki mogą być objęte przepisami prawa. Może właśnie dlatego, bez względu na cenzus naukowy i społeczny, tak wielu je ignoruje. Należy się obawiać, że znaczny ich odsetek ogniskuje całą swoją energię, inteligencję i spryt na tym, aby nie zostać zdemaskowanym, uniknąć kompromitacji i kary. Nieuchronność odpowiedzialności za czyn - to punkt wyjścia do osiągnięcia celu podjętych wysiłków naprawy. W jednym z uniwersytetów amerykańskich widziałem afisz obrazujący alegorię sportowca, stosującego chwyt poniżej pasa i ostrzeżenie, że intellectual rascality też prowadzi do dyskwalifikacji. Czyli: pamiętaj, że kant nie ujdzie ci na sucho!

RÓWNIEJSI?

Jak wytłumaczyć, że część wypunktowanych w broszurze PAN zasad sprawia wrażenie lekcji elementarza, jakby ich adresaci, w swej naturalnej naiwności, potrzebowali wykładni ułomności filozofii Kalego? Nasuwa się przypuszczenie, że nie została dostrzeżona najoczywistsza prawda, że ludzie cywilizowani, przekraczając pewne normy współżycia społecznego, czynią tak nie dlatego, iżby nie widzieli, że popełniają błąd, lecz postępują z premedytacją i w pełni świadomie dla osiągnięcia, choćby niemoralnego, celu. Wszyscy wiemy, do jakiej kategorii należy zakwalifikować uczynek dobry, a do jakiej zły, uczono nas tego już w domu rodzinnym. Większość z nas szacunek dla dziesięciorga przykazań wyssała z mlekiem matki. Jeśli więc niektórzy - dotyczy to zwłaszcza ludzi nauki - postępują wbrew tym nakazom, źródło korozji ich moralnego kręgosłupa nie leży w niewiedzy, lecz gdzie indziej.

Punkt pierwszy opublikowanych reguł głosi, że pracownika nauki obowiązują zasady etyki ogólnoludzkiej, a w szczególności zasady dobrych obyczajów w nauce, czyli że pracownik nauki podlega tym samym rygorom moralnym, co każdy inny człowiek, ale... Czyżby więc rzeczownik "moralność" miał jednak liczbę mnogą? Czy chodzi o to, aby przyznać, że pracownik nauki powinien być najzwyczajniej uczciwym i prawym człowiekiem, wszelako - z drugiej strony - aby jednak przemycić (usprawiedliwić ?) odrębność traktowania sfery nauki i osobowości pracownika nauki? Czy są profesje, w których wymienione pryncypialne wymogi mogą być podważane lub inaczej wolno je objaśniać?

Zgadzam się, że wymagania, a więc i konsekwencje, wobec środowisk naukowych powinny być surowsze, co wynika z oczekiwań od reprezentantów wyższej kultury osobistej. Lecz czy wysoka etyka uczonych - ściślej: ugruntowanie wartości moralnych wśród ludzi nauki - da się osiągnąć przez pouczanie o potrzebie przestrzegania dobrych obyczajów? Etyka zawodowa uczonych, choć brzmi to patetycznie, winna rodzić się z poczucia posłannictwa i z rangi docenianej (także finansowo) pozycji społecznej. Każdy człowiek, również zwyczajny zjadacz chleba, ma sumienie (lub coś na kształt jego resztek - jak pokpiwał sobie Stefan Kisielewski), a imperatywem, który je w określonych sytuacjach budzi, jest poczucie wstydu. Każdy człowiek ma swój honor, a czujnikiem, który reaguje gdy trzeba, jest duma, poczucie słusznej drogi i przekonanie o własnej wartości. Wiedza i idąca z nią w parze - choć nie zawsze - bardziej wyrazista świadomość godności osoby ludzkiej winny sprawiać, że człowiek nauki rzadziej z cynizmem złamie prawo lub splami się podłością. Co nie znaczy, że każdy musi być wzorem bogobojnych cnót.

SELEKCJA POZYTYWNA

Wysoki status ludzi nauki niech będzie budowany przez nich samych, z uwzględnieniem szerszej opinii studentów, w drodze eliminacji ze środowiska jednostek niegodnych - jak bywało niegdyś w korpusie oficerskim. Małe są szanse, aby zadanie to spełniły perswazje, zwłaszcza wobec tych, którzy za minionych czasów niejedno widzieli. Klucz tkwi w wychowywaniu młodych pokoleń w duchu prawości, począwszy od szkoły podstawowej. Czy z tego wypływa smutny wniosek, że na efekt ozdrowieńczy będziemy musieli czekać całe dziesięciolecia lub może w ogóle się go nie doczekamy? Mam nadzieję, że nie, ale obawiam się, że proces ten nie zakończy się zbyt szybko, tym bardziej że wpływ telewizji na kształtowanie obecnie dorastającej generacji nie skłania do optymizmu.

Uruchomieniu mechanizmów pozytywnej selekcji można i trzeba oczywiście pomóc już dziś, nie tyle wydawaniem seryjnych edycji przewodnika "naukowca-dżentelmena" (w głębszym znaczeniu niż tylko umiejętność zachowania się w towarzystwie), ile tworzeniem warunków dla rozwoju prawdziwych talentów i autentycznych pasji naukowych, zwiększeniem wymagań w fazie naboru i zapewnieniem godziwych warunków materialnych. Terapię trzeba zacząć od właściwej strony. Nie może być tak, że ludzi parających się nauką (często przez bardzo małe "n") będzie się "przyuczać" do wielkich zadań w dziedzinie moralności, lecz odwrotnie - rzetelna wiedza i sprawdzony poziom etyczny człowieka powinien być glejtem, warunkiem dostępu do elitarnego środowiska nauki. Wiedzę można nabyć, lecz szlachetny stosunek do ludzi i otaczających nas zjawisk tkwi korzeniami w zakodowanych genetycznie skłonnościach, pielęgnowanych przez nawyki wyniesione z rodzinnego domu i z ław szkolnych.

MATERII POMIĘSZANIE

Zbiór zasad wydany przez Polską Akademię Nauk, przy wszystkich swoich zaletach, ma też - oprócz wymienionych - również inne mankamenty. Należy do nich np. pomieszanie wskazań z grupy najwyższych wartości moralnych z napomnieniami typu organizacyjnego lub wręcz regulaminowego. Dotyczą one w praktyce fundamentalnych obowiązków, jak m.in. sposobu powoływania się autora na wcześniejsze publikacje, okoliczności posługiwania się stopniami i tytułami naukowymi, zwrócenia uwagi na prowadzenie zajęć zgodnie z planem, ich punktualne rozpoczynanie itp. Takie wskazówki, siłą rzeczy, spłycają zamierzenia autorów, aby oddziaływać wychowawczo w dziedzinie etyki, w rozumieniu norm wpływających na właściwą reakcję w sytuacjach konfliktowych. Sumienny i odpowiedzialny pracownik naukowy dobrze wie, że niepunktualność jest również kradzieżą - kradzieżą czasu.

Wśród zaleceń parokrotnie podkreśla się bezwzględną konieczność obiektywizmu w zachowaniu się i twórczości uczonego (nb. w tekście występują wyłącznie określenia: "pracownik naukowy" lub "naukowiec"). Rzecz polega chyba na nieporozumieniu. Żaden człowiek nie może być obiektywny, gdyż oznaczałoby to umiejętność wypreparowania z siebie wszelkich odruchów uczucia, czego człowiek nie jest w stanie zrobić. Przymiotem uczonego winno być, oczywiście, dążenie - w miarę możliwości - do bezstronności sądów, lecz nie są to synonimy. Obiektywne może być tylko narzędzie pozbawione elementów emocji, subiektywizm zaś uczonego to nie tylko nic zdrożnego, to wielki atut, podkreślający jego indywidualność i odpowiedzialność za własny punkt widzenia.

W różnych placówkach i na różnych szczeblach planuje się powołanie komitetów ds. etyki w nauce. Chwalebna to myśl, wszakże stanie się lepiej, jeśli nie będą one spełniać jedynie roli organizatorów cyklicznych rekolekcji, lecz przyczynią się do tego, że zacznie się stosować środowiskowy ostracyzm wobec ludzi niegodnych etosu i miana człowieka nauki. Zdrowa, a więc znakomita większość polskich uczonych tego oczekuje.

Prof. dr hab. Jerzy Zaleski, antropogeograf, jest emerytowanym pracownikiem (od 1993) Uniwersytetu Gdańskiego.

Uwagi.