Dlaczego Wydawnictwo C.H. Beck jest tak zawzięte na proceder kopiowania książek?
- Chodzi o zwykłą ludzką uczciwość. To zjawisko razi nas szczególnie, gdyż spotykamy się z nim wśród młodych prawników, od których przede wszystkim wymagamy uczciwości, wrażliwości na zasady prawa.
Czy faktycznie ponoszą Państwo straty z powodu kopiowania Waszych publikacji?
- Oczywiście, że ponosimy straty. Trudno to zbadać, jednak informacje, które spływają od naszych autorów - z wydziałów prawa, od studentów - kreują niebezpieczny obraz. Autorzy w naszym wydawnictwie rozliczani są na podstawie obrotów. Im zatem sprzedamy mniej egzemplarzy książki, tym mniejsze będzie honorarium autorskie. To należy widzieć jako zjawisko dynamiczne: im mniej płacimy autorowi, tym jest on bardziej rozżalony, bo rezultaty finansowe jego pracy są słabe. Zatem traci chęć do pracy. Jeśli chodzi o straty wydawnictwa, myślę, że może to być kilkaset tysięcy złotych rocznie.
C.H. Beck podjęło co najmniej dwie spektakularne akcje przeciw kopiowaniu. Pierwszą były rozwieszane na wydziałach prawa plakaty z napisem „Kopiowanie zabija książkę”...
- Pierwszym pomysłem było uświadomienie naszym czytelnikom problemu. Także nie wszyscy nasi autorzy - prawnicy - zdawali sobie sprawę ze szkodliwości kopiowania ich książek. Brzmi to paradoksalnie, ale dostawaliśmy od zadowolonych autorów sygnały, że ich książka jest popularna, bo studenci ją kopiują.
Czy Państwo od początku mieli świadomość istnienia zjawiska i jego szkodliwości?
- Nie, dochodziliśmy do tej wiedzy stopniowo. Na początku obecnej dekady zdaliśmy sobie sprawę, że to jest coraz poważniejszy kłopot. Doszliśmy do wniosku, że skoro coraz mniej sprzedajemy książek, to musimy podnieść cenę. Gdy jednak podnosimy cenę, sprzedajemy coraz mniej książek. Ta spirala stosowana przez wielu wydawców prowadzi donikąd. Zaczęliśmy działać kilkutorowo. Jako prawnicy sądziliśmy naiwnie, że wystarczy włączyć w to organy państwa: policję i prokuraturę. Okazało się, że policja nie reagowała, bo to był drobiazg, straty jednostkowe - małe. Prokuratura, jeśli już do niej sprawa trafiała - umarzała ją, bo dlaczego ścigać biednego żaka za kilkanaście złotych? Tymczasem wokół uniwersytetów urósł potężny biznes kopiarski.
Mówiąc krótko: z policją i prokuraturą nie udało się...
- I tak, i nie. To są bowiem zjawiska długofalowe. Z czasem te działania zaczęły przynosić pewne rezultaty. Mamy pojedyncze procesy w sądach. Na Wydziale Prawa Uniwersytetu Szczecińskiego, dziekan kazał wyrzucić punkt ksero kopiujący podręczniki. Z perspektywy pięciu lat naszej aktywności na tym polu osiągamy pewne rezultaty. W Toruniu mamy pełnomocnika w procesie, jaki toczy się przeciw miejscowemu punktowi ksero, który kopiował nasze książki. Próbujemy, sprawa po sprawie, pokazywać tego typu zjawiska i zwalczać je. Przekonaliśmy się, że ten proces wymaga czasu.
Sadzę, że te akcje miały jednak znaczenie. Przede wszystkim dlatego, że uświadomiły wydawcom skalę zjawiska i pozwoliły ich wokół sprawy zjednoczyć, o czym świadczą między innymi spektakularne działania podczas KTKA Atena.
- Tak, już nie jesteśmy osamotnieni. Trochę przez te lata zmądrzeliśmy. Uświadamianie, że kopiowanie książki jest kradzieżą, to dopiero początek pracy nad likwidacją, a przynajmniej ograniczeniem zjawiska. To proces wielowątkowy. Jednak jesteśmy wydawnictwem i naszym zadaniem jest wydawanie książek, a nie walka z piratami poligraficznymi.
Drugą spektakularną Państwa akcją skierowaną przeciw kopiowaniu było wprowadzenie na rynek taniego podręcznika dla studentów. Proszę powiedzieć, na czym dokładnie polegała ta akcja i jakie przyniosła rezultaty w zakresie nakładów książek oraz finansów?
- To był wówczas odważny ruch. Dziś więcej wydawnictw próbuje podobnych działań. Ustaliliśmy trzy poziomy cen na podręczniki: 29, 34 i 39 zł. To dotyczyło około 80 procent naszych podręczników. Okazało się, że nakłady wzrosły prawie dwukrotnie. Niestety, nie przełożyło się to na rezultat finansowy. Nie straciliśmy na tej akcji, ale nie możemy też nazwać jej dużym sukcesem ekonomicznym. To było - i jest nadal - na granicy opłacalności. Akcja dotyczy około czterdziestu tytułów. Nie wycofaliśmy się z tego i cały czas drukujemy tanie podręczniki akademickie.
W Państwa publikacjach pojawia się hasło „Kopiowanie zabija książkę”.
- Tak, przejęliśmy ten pomysł od Francuzów. Jednak, choć takie logo na drugiej stronie nie rozwiązuje problemu, może go komuś uświadomi.
Czy stowarzyszenia zbiorowego zarządzania prawami autorskimi są antidotum na piractwo reprograficzne?
- Nie mamy zamiaru niszczyć przemysłu kopiarskiego. Można się do tego przyłączyć i na tym polega działanie stowarzyszeń. To rozwiązanie ostatecznie zachęca do kopiowania. Zdejmuje z tego postępku znamię przestępstwa. Płacimy, więc mamy prawo kopiować. Nie sądzę, że to dobry sposób na walkę z kopiowaniem książek.
Te stowarzyszenia mogą jednak w jakimś stopniu zrekompensować straty wydawców...
- Tworzy się jakaś socjalistyczna konstrukcja: pobiera się pieniądze od pewnej grupy ludzi, a potem je rozdziela innym ludziom, według kryteriów przez kogoś ustalonych. Mnie to nie zachwyca. Byliśmy na takich spotkaniach. Włos się na głowie jeżył. To już komuna. Nigdy nie udało nam się z tych pieniędzy skorzystać, choć akurat nasze książki należą do najczęściej kopiowanych.
C.H. Beck jest polskim oddziałem dużego zagranicznego koncernu wydawniczego. Czy doświadczenia macierzystej firmy w Niemczech były podobne?
- Nie, tam nie ma takiego kłopotu. Funkcjonują pewne kulturowe samoograniczenia. Zmiana mentalności naszego społeczeństwa w tym zakresie przez dość żmudne uświadamianie problemu studentom, uczonym, którzy często zachęcają studentów do kopiowania podręczników, właścicielom zakładów reprograficznych, jest jedynym skutecznym sposobem rozwiązania problemu. Nie bez znaczenia jest też zmiana nastawienia policji i aparatu prawnego do problemu.
Rozmawiał Piotr Kieraciński