ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
Recenzje


Czy Däniken i dänikeniści, wierzący w istnienie inteligentnego życia poza Ziemią, są ludźmi racjonalnymi, czyli postrzegającymi świat takim, jakim on naprawdę jest, czy też raczej irracjonalnymi, czyli mającymi zniekształcony obraz rzeczywistości?

W tym szaleństwie jest metoda

Małgorzata Pawełczyk

Do tej pory starannie unikałam wszelkiego kontaktu z przybyszami z kosmosu. Pospiesznie żegnałam się z ludźmi, którzy zaczynali o nich mówić, w księgarniach omijałam szerokim łukiem regały wypełnione literaturą fantastycznonaukową, obawiając się, że ktoś mógłby posądzić mnie o kontakt ze skrajną postacią absurdu. I oto niedawno trafiła w moje ręce książka Wiktora Stoczkowskiego Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu, a że jestem czytelniczo przywiązana do tak zwanego kryterium pierwszego zdania, postanowiłam zaryzykować i sprawdzić. Brzmiało ono tak: „Po raz pierwszy ujrzałem istoty pozaziemskie w jednym z zaułków biblioteki uniwersyteckiej w Cambridge”.

Bardzo dobre pierwsze zdanie zwykle oznacza, że książkę warto przeczytać, więc nie miałam wyjścia i zaczęłam przewracać kolejne strony. Mówiąc o kosmitach, Stoczkowski nie miał oczywiście na myśli małych, zielonych ludzików. Jego kosmici stali grzecznie na półkach, w książkach. „Nie potrafię powiedzieć” – pisze we wstępie – „co skłoniło mnie, by otworzyć pierwszą książkę. Pamiętam za to, że początkowe zaciekawienie, lekko zaprawione drwiną, rychło zaczęło ustępować uczuciu mdłości (...) Wydawało mi się, że nie brakuje tam żadnej niedorzeczności”. Ten fragment pozwolił mi też przypuszczać, że autor nie jest, czego obawiałam się na początku, szalonym naukowcem, nadającym anegdotycznym opowieściom o spotkaniu człowieka z kosmitami wymiar teologiczny. Trzeba przyznać, że wszystkie tego typu wymysły są wyjątkowo nienormalne i ekstrawaganckie, ale właśnie ta ich odstręczająca dziwność może zaintrygować i to całkiem poważnie.

Biblijne rakiety

Stoczkowski pisze właśnie o takim awanturniku myśli, Erichu von Dänikenie, i jego książce, która stała się jednym z największych bestsellerów epoki współczesnej. Według Dänikena, gatunek ludzki zawdzięcza swoje istnienie interwencji tajemniczych przybyszów z kosmosu, cywilizacja zaś jest ich sztucznym darem, a nasze religie powstały ze strzępów niejasnych wspomnień, jakie ludzkość zachowała o tych zamierzchłych wydarzeniach. Teoria Dänikena jest niewątpliwie zaskakująca, żeby nie powiedzieć absurdalna. Dziwić by się należało, że nie podzieliła losu mnóstwa innych ekstrawaganckich wymysłów literatury fantastycznonaukowej, gdyby nie fakt, że jej autor zaprezentował swoją koncepcję nie jako owoc fantazji, ale jako hipotezę popartą obfitym materiałem dowodowym, liczącym ponad 80 pozycji.

Jeden z dowodów przytoczonych przez Dänikena pochodzi z Meksyku i jest wytworem cywilizacji Majów. Relief zdobiący płytę przykrywającą sarkofag odkryty w 1953 r. w Palenque wyobraża „istotę o wyglądzie ludzkim, siedzącą w maszynie, w której nawet dziecko rozpoznałoby rakietę”. Za jeszcze bardziej frapujące Däniken uważa odsłonięte trzęsieniem ziemi zagadkowe piramidy z Kunming w Chinach, zatopione niegdyś przez wody jeziora. Znaleziono na nich wykute w kamieniu obrazy „cylindrycznych maszyn w kształcie rakiet, których ustawienie pozwala przypuszczać, że wznoszą się one w powietrze”.

Inny dowód przytoczony przez Dänikena tkwi w pierwszych rozdziałach biblijnej Księgi Rodzaju. Imię stwórcy człowieka, Elohim, zostało tu użyte w liczbie mnogiej, zatem mogło oznaczać członków załogi statku pozaziemskiego. Dziwna opowieść o synach Boga zbliżających się do córek człowieczych stanowić ma wspomnienie sztucznego zapłodnienia, jakiemu astronauci poddali pewną liczbę tubylczych kobiet. Z kolei wizję proroka Ezechiela w noszącej jego imię księdze, której hermetyczność była wyzwaniem dla licznych pokoleń egzegetów, należałoby uznać po prostu za opis lądowania statku kosmicznego.

Irracjonalność uczonych

Książka Dänikena odniosła prawdziwy triumf. Prasa amerykańska orzekła, że Stany Zjednoczone dotknęła nowa epidemia – dänikenia. W Polsce gierkowskiej roku 1974 przekład książki Dänikena zniknął z księgarń w mgnieniu oka, by wkrótce pojawić się na czarnym rynku w horrendalnych cenach, tuż obok markowych dżinsów, bananów i gumy do żucia importowanej z „wolnego świata”. Pytanie teraz, czy Däniken i w ogóle dänikeniści, wierzący w istnienie inteligentnego życia poza Ziemią, są ludźmi racjonalnymi, czyli postrzegającymi świat takim, jakim on naprawdę jest, czy też raczej irracjonalnymi, czyli mającymi zniekształcony obraz rzeczywistości? Odpowiedź nie jest wcale taka jednoznaczna. Stoczkowski podaje, jako dygresję, przykład naukowców, których ogólnie uważamy za wcielenie ideału racjonalności. Wielu z nich to ludzie religijni i wierzący, liczni są znowu zwolennikami nader szczególnych programów politycznych, inni czytają horoskopy i nie rozstają się z talizmanami, co znaczy, że zachowują się tak, jak wszyscy inni ludzie, czyli niekoniecznie racjonalnie.

Nasuwa się zatem automatycznie pytanie: czy to oznacza, że naukowcy, których uważaliśmy za racjonalnych, są w istocie nieracjonalni? Stoczkowski podejmuje próbę odpowiedzi na to pytanie, ale wcześniej jeszcze rozpatruje zachowania znanych uczonych, jak choćby brytyjskiego przyrodnika Alfreda Russela Wallace’a, który niezależnie od Darwina sformułował teorię doboru naturalnego, jednocześnie będąc zagorzałym zwolennikiem spirytyzmu; bronił go, wykorzystując zasoby całej swojej wiedzy naukowej. Jeden z dwóch ludzi, którym zawdzięczamy najważniejsze być może osiągnięcie myśli ludzkiej, do końca swojego życia pozostał orędownikiem wierzenia już w jego czasach określanego jako irracjonalne. Czym zatem, pyta Stoczkowski, jest owa dziwna irracjonalność, skoro nie przeszkadza w dokonaniu odkrycia, z którego do dnia dzisiejszego dumna jest racjonalność?

Kupa wariatów?

Wróćmy jednak do samej teorii starożytnych astronautów. Stoczkowski, mimo swej początkowej awersji, wywołanej pobieżną lekturą książki o kosmitach, podejmuje wyzwanie zrozumienia szokującej koncepcji, nie ulegając jednocześnie pokusie nazywania jej zwolenników szaleńcami i ignorantami. Zadaje dwa zdroworozsądkowe pytania i odpowiada na nie: „Jak taka koncepcja może przyjść w ogóle człowiekowi do głowy?” oraz „Na czym opiera się jej sukces?”

Teoria starożytnych astronautów została zbudowana przy zastosowaniu pewnej liczby reguł metodologicznych. Możemy więc mówić o pewnej racjonalności. Nie chodzi, oczywiście, o racjonalność idealną i uniwersalną, tylko raczej o racjonalność lokalną, właściwą konkretnemu środowisku kulturowemu. Zbyt często dopatrywano się w myśli dänikenistów rezultatów choroby rozumu, wytwarzającego teorie przypominające „deliria koherentne”, opisywane na początku XX wieku u pacjentów klasyfikowanych dzisiaj jako paranoicy. Jednak różnica między paranoikami a dänikenistami jest zasadnicza, ponieważ żaden symptom tej przerażającej choroby nie pojawia się u naszych autorów. Mogliby zostać uznani za szaleńców jedynie w tej mierze, w jakiej hołubią idee uważane przez innych za szalone. Zdefiniowanie szaleństwa w równie ogólny sposób sprawiłoby, że każdy z nas mógłby zostać uznany za obłąkanego przez tych, którzy się z nami nie zgadzają. Co więcej, dänikeniści są związani z szeroko uznawaną tradycją kulturową, a to z kolei zobowiązywałoby nas do uznania, że na Zachodzie istnieje odwieczna kultura wariatów. Trzeba zatem stwierdzić, że również do teorii starożytnych astronautów mają zastosowanie słowa Szekspira: „W tym szaleństwie jest metoda”.