Przeklęty Internet! Co on wyrabia z literaturą? Chcę się czegoś dowiedzieć o nowej książce. Wrzucam autora do wyszukiwarki i... dostaję ten sam tekst, powtórzony czterdzieści razy na czterdziestu stronach poświęconych książkom. Nikomu się nie chce pisać, wszyscy kopiują. Powielają tekst reklamowy przygotowany przez wydawcę. Gdyby go nie napisano, nie byłoby nic. Promocja książek to gigantyczna powielarnia. Śmierdzi tu denaturatem. W jego oparach wałkuje się kilka zapętlonych zdań, które – czytane w tym samym kształcie na szesnastej stronie z rzędu – zaczynają brzmieć podejrzanie.
Rzucam okiem nasty raz na taki kawałek: „Szaleńcza groteska nawiązująca do najlepszych tradycji Witkacego i Gombrowicza. Książka opowiada o młodym człowieku już po drugiej stronie współczesnej kultury – w postmodernistycznym świecie, gdzie wszystko wolno i nic nie wiadomo. Bohater poszukuje miłości pewnej Kobiety, ta zaś uwikłana jest w skomplikowane gry o swą tożsamość płciową, ponieważ (...) jest w tym względzie kompletnie zdezorientowana. Opowieść o tych jeszcze niezbyt dobrze rozpoznanych literacko sprawach nie pozwala czytelnikowi na chwilę znudzenia”.
Albo tak: „Powieść o halucynacyjnej wędrówce przez rzeczywistość, o której do końca nie wiemy, czy istnieje naprawdę. Na to pytanie odpowiedzieć może tylko tajemnicza Lola, której obsesyjnie poszukuje bohater. Nic tu nie jest oczywiste, nic nie jest ostateczne. Światy zmieniają swój stan skupienia, rzeczywistości przenikają się i przechodzą jedna w drugą, prawda miesza się z fikcją, literatura z życiem”.
Ale co to? Jest! Znalazła się oryginalna recenzja. Nie przepisywana i nie powielana. Napisana przez telewizyjną gwiazdkę od książek. Co tu czytamy? Autorka zachwyca się książką, w której nie ma „stasiukowszczyzny”, „wypełniaczy, recyklingu, poniesień klawiatury ani opisów zapachów dzieciństwa czy wyliczanek mebli w mieszkaniu dziadków”. Co w takim razie jest? „Patrzenie przez okno, (...) budki telefoniczne, ciche, puste mieszkania, mycie rąk, obcinanie paznokci, rozmyślanie”. To chyba jednak wolę denaturat.
Grzegorz Filip