ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
Forum bibliotekarzy


Z pisania największe korzyści mają ci, których inni chcą czytać. Czy w świecie akademickim jest podobnie?

Biblioteka jako miejsce wiecznego spoczynku

Jolanta Sobielga

Mimo ciągle doskonalonych systemów gromadzenia zbiorów, do zasobów bibliotecznych przenikają publikacje, z których nikt nie chce korzystać. Książki w bibliotece akademickiej żyją życiem hierarchicznym, bo słabnący popyt wytrąca je selektywnie z bibliotecznego obiegu. Z istoty rzeczy, dzieł najlepszych nie może być dużo. Jednak, aby było normalnie, równie niewiele winno być takich, których nikt nie potrzebuje.

Książki dla autorów

Źródło informacji jest dla użytkownika tyle warte, o ile zmniejsza jego nakład pracy w realizację celu. Żyjemy w czasach, kiedy socjolog buduje modele na prawach fizyki, informatyk chciałby rozumieć lingwistę, a student korzystać nie tylko z podręczników. Jednak niektórzy autorzy, być może cierpiący na niedostatek empatii, preferują formę hermetyczną, nie cenią staranności wywodu, nadużywają odsyłaczy, przez co nieracjonalnie wydłużają proces rozumienia stawianych problemów. Słowem, komunikując się z otoczeniem, dobrze jest mieć na uwadze, że teksty naukowe powinny mieć popularnonaukową duszę.

Wróżki zza siedmiu mórz

Europa stawia na kształcenie akademickie i badania naukowe o transgresyjnej naturze. Pomijając korzyści polityczne czy ekonomiczne, chodzi głównie o to, że takie formy organizacji wiedzy, to szansa na tworzenie „wartości dodanej”, wynikającej z różnorodności. W naszej dydaktyce akademickiej, mimo że o Procesie Bolońskim coraz głośniej, konsolidacji jakoś nie widać. Każda uczelnia wydaje swoje skrypty przedmiotowe, w których powielane są podobne przykłady z podręczników anglojęzycznych. Brak w nich wiedzy generowanej z najbliższego otoczenia, czyli np. z firmy, którą widać za płotem, niezliczonych seminariów dyplomowych, grantów doktorskich, praktyk studenckich itp. Dobrze to widać nie tylko w marketingu, zarządzaniu, ekonomii czy statystyce. Jaką zatem specyfikę będzie można zdyskontować w europejskich projektach dydaktycznych, skoro system kształcenia nie umie albo nie chce zbierać wiedzy ze środowiska, w którym funkcjonuje uczelnia?

Gdy za spójność dzieła odpowiada introligator

Problem dotyczy szczególnie niektórych prac zbiorowych będących pokłosiem organizowanych konferencji. Materiały konferencyjne trafiające do biblioteki są interesującym źródłem informacji o szeroko rozumianej kondycji nauki i zasługują zapewne, by być przedmiotem obszernego eseju. Konferencje zdobywają znaczącą pozycję w systemie komunikowania informacji, czego wyrazem jest ich rosnący udział w ogólnym wolumenie cytowań. Niestety, ciągle pojawiają się materiały z konferencji, gdzie uwaga organizatorów koncentrowała się głównie na wyborze atrakcyjnego miejsca spotkania, a najważniejszym wystąpieniem jest prezentacja sponsora. Recenzenci takich zbiorów przypadkowych referatów czynią nie lada wysiłki, aby jakoś usprawiedliwić wydane pieniądze. Niekiedy przyozdabia się spotkanie wystąpieniem kogoś zaprzyjaźnionego zza miedzy, co czyni je międzynarodowym i przysparza dodatkowych punktów w ocenie dorobku. Czytelnik, zwabiony ambitnym tytułem, zamiast obiecanej wiedzy znajduje w środku słowa piosenki „każdy powiedział to, co wiedział...”

Opisy przyrody

Tak studenci mówią o publikacjach, które z korzyścią dla wszystkich można by znacząco skrócić. Doświadczeni autorzy wiedzą, że początek tekstu w publikacji, również naukowej, ma często decydujące znaczenie dla percepcji całości i rozpoczynają wywód według Hitchcockowskiej zasady: tylko miejsce trzęsienia ziemi zajmuje istota rzeczy. Jeden z moich znajomych, obdarzony wrodzoną ciekawością świata, zwykł mawiać: „Lubię teksty przybliżające mnie do sedna z szybkością, która wbija mnie w fotel”. Niestety, jest wiele opracowań, których fragmenty muszą być traktowane przez czytelników tak, jak opisy przyrody przez gimnazjalistów.

ObiecankI cacankI

Tytuł publikacji jest dla bibliotekarza źródłem słów kluczowych, dla czytelnika to zapowiedź treści, natomiast autor ulega niekiedy pokusie, aby opatrując książkę tytułem nadać mu trochę ambitniejszy, a niekiedy marketingowy charakter. Stąd bywa, że dzieło pod tytułem „Analiza regionalna...” zawiera tylko opis lokalizacji zjawiska, a treść „Kompleksowej analizy...” postuluje jedynie takową w charakterystyce badanych problemów. Bywa, że złożone procesy autor obiecuje wyjaśniać „krok po kroku”, chociaż wie, że tak się objaśnić nie dadzą właśnie dlatego, że są złożone. Dla czytelnika to bardzo irytujące, gdy wewnątrz nie znajduje tego, co mu obiecano na okładce.

Kawa na ławę

„Niezbadane są wyroki użytkowników mojej wiedzy” – zwykł mawiać pewien ceniony profesor, niekiedy ze zdziwieniem konstatujący sposób cytowania swoich publikacji. Skądinąd można to zrozumieć, wszak żyjemy w czasach, kiedy wszyscy chcą mówić, a gdy trzeba słuchać, obmyślamy sposoby, jak odebrać głos rozmówcy. Z formy, w jakiej są cytowane źródła informacji, wynika niekiedy, że czytamy z roztargnieniem, bo skupieni jesteśmy wyłącznie na tym, co sami chcemy powiedzieć. Nadszedł czas, w którym, jak nigdy dotąd, trzeba formułować przejrzyste komunikaty. A swoją drogą, to paradoks, że w sytuacji, gdy współczesna nauka potrzebuje komunikacji interaktywnej, instytucja cytowań ma się coraz lepiej, chociaż cytowanie jest w istocie mówieniem w cudzym imieniu.

Miara dydaktycznego sukcesu

Kiedyś była to pełna sala wykładowa, teraz, z różnych powodów, z frekwencją nie ma większych kłopotów. Obecnie sukces najlepiej widać w bibliotece i mimo coraz bardziej dostępnych wersji elektronicznych, ciągle jeszcze ma postać książki poplamionej kawą, sponiewieranej urokami studenckiego życia, stojącej dumnie w regale w czasie krótkiego odpoczynku wśród smutnych, nieużywanych sąsiadek.

Publikacje skrojone według najnowszej mody

Był czas, gdy wszyscy chcieli „zarządzać wiedzą”, obecnie jesteśmy zafascynowani „uczącą się organizacją”. Co rusz w większości dyscyplin przemieszczają się falami modne problemy, aby następnie zaniknąć lub pojawić się w nowym opakowaniu. Zjawisko w nauce dobrze znane i opisywane w różnych ujęciach. Dla bibliotekarzy to problem z selekcją informacji, czyli jak odróżnić „prawdziwych kreatorów” od autorów postępujących w myśl zasady „wypada o tym napisać”.

Żywa wiedza zamiast dzieł dla potomnych

Na zakończenie warto przypomnieć, że biblioteki akademickie już nie gromadzą zbiorów, tylko zajmują się organizacją dostępu do źródeł informacji. „Dostawa dokładnie na czas” likwiduje magazyny, ich rolę przejmuje sieć, a w sieci żyją te źródła, z których chcą korzystać użytkownicy. Parafrazując, z pisania największe korzyści mają ci, których inni chcą czytać. Czy w świecie akademickim jest podobnie? Nie mnie o tym sądzić.

Jolanta Sobielga pracuje w Bibliotece Głównej Politechniki Świętokrzyskiej.