Joanna Szydłowska, monografistka reportażu o Warmii i Mazurach z lat 1945−80, zauważyła, że pobyty Gałczyńskiego na Mazurach w okresie powojennym stały się ulubionym tematem przypomnień: okolicznościowych artykułów, notek, reportaży. Badaczka, idąc za refleksjami Kiry Gałczyńskiej, oceniła: W zwulgaryzowanej formie była to po prostu próba leczenia „kompleksu prowincji”, szansa nobilitacji tematu regionu. W innych realizacjach dominowała jednak autentyczna pasja dokumentowania związków emocjonalnych autora z otaczającą go przestrzenią (pytanie o to, czy było co dokumentować, zapisuję na marginesie).
Oskarżenie o „wyzyskiwanie” pamięci o Gałczyńskim na Mazurach w celu wydobycia się z poczucia niższości przez współczesnych mieszkańców tego regionu jest złośliwym trywializowaniem innego ważniejszego problemu. Społeczność warmińsko−mazurska, tak jak każda społeczność postmigracyjna kształtująca swą tożsamość, pragnęła mieć swojego poetę i zobaczyła go w Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Ten „import” był osłabiany i zamazywany przez propagowanie rzekomo silnych związków poety z ziemią mazurską. Przez pierwsze dziesięciolecia powojenne dominowali w tutejszej społeczności przybysze. Siłą rzeczy nie mogło im przeszkadzać, że Gałczyński również nie pochodził stąd, a nawet budowało między nimi nie nazywaną płaszczyznę porozumienia. „Umiłowanie” przyrody mazurskiej stanowiło wystarczające alibi, aby mówić o tym, że nowa ludność na Warmii i Mazurach czuje się, jak u siebie i nie ma żadnych kłopotów z kulturowym zadomowieniem się na tym obszarze. Gałczyński więc powierzchownie nobilitował warmińsko−mazurskie społeczeństwo, z drugiej strony ono nobilitowało poetę, uważało za tego, który otworzył Polakom oczy na Mazury, co było upowszechnioną nadinterpretacją, objawem kulturowej hipnozy. Nie powinno to aż tak dziwić, gdyż „mag” i „czarodziej” należą do częstych przydomków przypisywanych Gałczyńskiemu. Jednakże jego „mazurska” legenda jest przede wszystkim produktem procesów polityczno−kulturalnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych z lat 1945−89.
W okresie przemian 1980−81 Mazurzy, w osobach prof. Bohdana Wilamowskiego, ks. konseniora Jerzego Otella, Wiktora Marka Leyka i Erwina Kruka – mazurskiego poety, prozaika i eseisty, stworzyli Tymczasowy Zarząd Mazurskiego Zrzeszenia Kulturalnego. Autorstwa Kruka jest Deklaracja ideowa – memoriał Mazurskiego Zrzeszenia Kulturalnego. Odnajdujemy w nim trafne diagnozy dotyczące obchodzącego nas zjawiska. W punktach od szóstego do dziesiątego Deklaracji, która określa powody założycieli Mazurskiego Zrzeszenia Kulturalnego do podjęcia kroków organizatorskich, czytamy: nasilenie się zjawisk nietolerancji wobec Mazurów, także wśród warstw oświatowych i lokalnej administracji. Co stanowi groźne w skutkach polityczne, kulturalne i psychologiczne naruszenie praw człowieka i pogwałcenie tożsamości, (…) współcześni mieszkańcy Mazur, wychowani na błędach propagandy i jej doraźnych ocenach upraszczających kwestię mazurską, niewiele lub nic nie wiedzą o wielowiekowych tradycjach, o mazursko−polskiej kulturze regionu, która ukształtowała specyficzne cechy ludu i formy jej bytowania, (…) brak jasnego i pełnego, realizowanego w sposób konsekwentny, programu ochrony wszelkich zabytków kultury duchowej i materialnej Mazurów, co współczesne społeczeństwo utwierdza w przekonaniu, że w długim ciągu dziejów było tu zaledwie parę postaci wybitnych, najczęściej „przejezdnych”, którymi manipuluje się jako symbolami, co nie sprzyja rozumieniu historii, (…) pomimo licznych sygnałów zarówno po wojnie, jak i w połowie lat pięćdziesiątych, choćby podczas narady inteligencji miejscowego pochodzenia, władze administracyjne nie uczyniły niczego, aby dzieci mazurskie uzyskały gruntowniejsze wykształcenie i w ten sposób zasiliły inteligencję miejscową, zadomowioną w kulturze mazurskiej i ogólnopolskiej, co było podstawowym warunkiem, aby przeciwdziałać tendencjom negatywnym, których skutki są tak widoczne, (…) z wielotysięcznej (liczącej około 60 tys.) grupy Mazurów, przez pokolenia trwających w swoiście rozumianej i formowanej przez warunki historyczne polskości jako ojczyzny – mowy, dziś na terenie etnicznym Mazur pozostało zaledwie około 6 tys. Mazurów, którzy na ogół pomijani są w rachubach w działaniach władz, a co gorsze traktowani są jako element obcy, z którym nie wiadomo co zrobić i którego istnienia najlepiej nie dostrzegać.
Gałczyński należy do garstki wybitnych „przejezdnych”; jego „mazurska” legenda oraz „technologia” jej powstawania odsłaniają coś więcej niż niewinne, artystyczne i lecznicze zauroczenie leśniczówką w nadjeziornym krajobrazie.
Gałczyński w wierszach napisanych w leśniczówce Pranie dochodził do nowej jakości poetyckiej na miarę ograniczeń epoki oraz możliwości, komplikacji i zahamowań własnej osobowości twórczej. Przypomnieć warto, że młody Erwin Kruk (rocznik 1941), jak wielu jego rówieśników, był oczarowany poezją Gałczyńskiego i do pewnego stopnia uległ jego „mazurskiej” legendzie. A mimo to oznaki wyzwalania się spod jej hipnotycznego czaru Kruk zasygnalizował następująco: Który to już raz rozkładam na stole jego utwory, wczytuję się we wspomnienia o poecie, kartkuję monografię [autorstwa Drawicza – przyp. Z.Ch.]. Gdzie się podziało to, co przed laty fascynowało mnie w tej twórczości, nie spotykany w innych wierszach, u innych poetów, liryzm połączony z pogodną zadumą, czy w utworach satyrycznych, zaskakujące swą świeżością ironia i kpina? Być może pytania te są pytaniami o to, gdzie podziała się moja pierwsza, ufna i podatna na słowa poety wrażliwość.
„Mazurską” legendę Gałczyńskiego upowszechniała przez dziesiątki lat w pierwszym rzędzie Kira Gałczyńska, choć zasłużonych dla tej sprawy jest wielu. Wśród nich są literaci, krytycy literaccy, artyści, politycy, działacze kultury, miłośnicy poezji, nauczyciele, bibliotekarze.
Gdy w 1997 roku Kira Gałczyńska pożegnała się z muzeum swego ojca i Mazurami, poniekąd odwołała misternie konstruowaną legendę. Zasugerowała mianowicie w roku 2000, że „Mazury” były dla Gałczyńskiego „skrótem myślowym, obejmującym wszystko, co zostało nad Nidzkim napisane. Małe znaczenie pobytom poety na Mazurach przypisuje konsekwentnie Marta Wyka. W szóstym wydaniu Wyboru poezji nie wydzieliła tematycznego bloku Wiersze mazurskie, choć są rozdziały wiążące utwory z miejscem powstania: Wiersze wileńskie, Wojna, obóz jeniecki, Europa, Wiersze krakowskie). Zrodził się kolejny paradoks w pośmiertnej „biografii” poety, który nieoczekiwanie wzmocniła znowuż sama Kira Gałczyńska. Urzeczywistniła bowiem w 2005 roku, w stulecie urodzin poety, swój zamysł, aby ustawić kamień rzekomo z Mazur w Warszawie, w miejscu, gdzie stała kamienica, w której przyszedł na świat Gałczyński. Ta symboliczna rzekoma symbioza Mazur z Warszawą poprzez Gałczyńskiego opiera się na drobnej, lecz znaczącej mistyfikacji. Głaz pochodzi z Warmii, spod Olsztyna.
Legendy powstają, zmieniają się, znikają, współtworząc dynamikę pamiętania. Niedocieczoność prawdy oraz potrzeba zmyślania i uzupełnienia niewiedzy, brak faktów sprawiają, że publiczność literacka staje przed faktami życzeniowymi – te z upływem czasu stają się „faktami”.
Pocieszyć się można tym, że natura pamiętania jest przewrotna. Nie ma pamięci doskonałej, zwłaszcza pamięć społeczna (nie mówiąc o politycznej) na pstrym koniu jeździ. Tak czy inaczej, w „mazurskiej” legendzie Gałczyńskiego tkwi bardzo małe ziarenko prawdy na temat jego związków z Mazurami. Piętno epoki czy przejaw ludzkiej ułomności?
„Mazurska” legenda Gałczyńskiego jest faktem, także faktem tożsamościowym. Jest jednym z kulturowych znaków identyfikacyjnych Warmii i Mazur. Muzeum Gałczyńskiego w Praniu k. Rucianego−Nidy ma się dobrze. Instytucją kieruje poeta i organizator życia artystyczno−kulturalnego Wojciech Kass.