Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 6/2001

Punktacje, rankingi
Poprzedni

Wyznania szalonego humanisty

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

Gdzie się ostatnio ruszę, tam mnie lub moje koleżanki i moich kolegów podsumowują, co zaczyna już być jeśli nie denerwujące, to irytujące z pewnością. Ostatnio jakaś komisja podrzuciła mi do wypełnienia druczek, który ma zsumować punkty mojej „naukowości”. Sporo tam różnych punktów, w dodatku każą mi doczepiać fotokopie okładek czasopism, w których praca się ukazała. Niektórym to łatwo – dwa czy trzy teksty to jeszcze nie powód, by się wściekać i by z owych fotokopii robić problem. W moim wypadku – a nie sądzę, bym był tu odosobniony – sprawa się komplikuje, tym bardziej że nie zwykłem był dotąd gromadzić swych publikacji, raczej uważam, że to, co mam za sobą, powinienem uznać za rzecz byłą, gdyż interesuje mnie jedynie coś nowego. A nadto uważam jeszcze, że przecież wystarczy podanie adresu bibliograficznego. Tyle że urzędasy, także naukowe, muszą mnożyć byty ponad konieczność, gdyż owo mnożenie bytów jest legitymacją ich istnienia. Nie ulega też wątpliwości, iż nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do wypełniania podobnych poleceń: jeśli ktoś tego potrzebuje, niech wyśle sekretarza albo sekretarkę do biblioteki: ci państwo za to dostają pieniądze i jeśli już się ich wyposaży w owe adresy bibliograficzne, będą mogli sobie powielać owe okładki do woli, nawet w powiększeniu i w kolorze (jeśli uczelnię na to stać).

Kolejny punkt wzywa mnie do podawania tekstów opublikowanych w czasopismach z „listy kalifornijskiej”, czy jak to się tam nazywa. Podawać warto, gdyż podwyższają te publikacje poziom „naukowości”. Niby to logiczne i rozsądne – jest w końcu owa lista i warto w tych właśnie pismach publikować. Rzecz w tym jedynie, by w stosowaniu owej listy nie przekraczać granicy śmieszności. Gdyż rozumiem doskonale, że publikowanie na owych łamach w wypadku takich dziedzin, jak filozofia, fizyka czy astronomia, jest dość zobiektywizowanym miernikiem naukowego sukcesu. Wszakże są też dziedziny nauki – przynajmniej na razie uważa się je za naukowe – zajmujące się problemami, co do których można mieć niemal 100 proc. pewności, że nie będą one interesujące dla żadnej redakcji z „listy kalifornijskiej”. Bo jest raczej mało prawdopodobne, by któreś z tych czasopism wykazało zainteresowanie odkryciem naukowym, w efekcie którego dokonałoby się nowego, ostatecznego uporządkowania rapsodów „Króla-Ducha” Juliusza Słowackiego, a tymczasem w przestrzeni badań polonistycznych takie odkrycie jest niewątpliwie dokonaniem na miarę wyśledzenia nowej planety w systemie słonecznym umiejscowionym w ledwo dziś dostrzegalnej galaktyce. I niech nikt mi, prostemu poloniście zajmującemu się literaturą współczesną, nie próbuje podtykać pod nos owej „kalifornijskiej listy”, bo go tą listą palnę w łeb, zaś palnę go nią za to między innymi, iż wykazuje brak taktu i podstaw towarzyskiej etykiety. To tak, jakby proponował komuś bezrękiemu zdobycie medalu w rzucaniu oszczepem. Są granice śmieszności: propozycja wypełniania przez polonistów rubryki o publikacjach w czasopismach znajdujących się na owej „liście kalifornijskiej” jest owej granicy drastycznym przekroczeniem.

Inny przykład wątpliwych zasad zdobywania „naukowych” punktów też odnosi się do czasopiśmiennictwa. Fakt, iż decydujące znaczenie ma nie jakość rozprawki, lecz fakt, iż jest ona publikowana w czasopiśmie recenzowanym, w odniesieniu do literaturoznawstwa stanowi zasadę nieco wątpliwą, tym bardziej, iż na publikację takiego materiału w recenzowanym czasopiśmie czeka się około roku, podczas gdy jego druk w renomowanym piśmie literackim jest kwestią kilku najwyżej miesięcy, co nie tylko przyspiesza możliwość jego oferowania czytelnikom, lecz także ma swój wymiar finansowy: te pisma płacą na ogół lepiej, a z zasady szybciej niż zalecane przez układaczy ankiet. Nie mówiąc już o tym, że szereg owych recenzowanych „zeszytów naukowych” poziomem swym raczej przytłacza niż cieszy. No ale cóż, są to jednak czasopisma recenzowane... I znów: owszem, zapewne w takich dziedzinach jak matematyka czy astronomia nie ma o czym dyskutować, w humanistyce jednak sprawa wcale tak oczywista nie jest i warto się może zastanowić nad zasadnością przyjmowanych w ocenach reguł, gdyż w żadnej mierze nie zapewniają one „obiektywizmu” w ocenie, a często nawet ich stosowanie doprowadza do pomniejszania wartości dokonań istotnych kosztem prac przyczynkarskich, ale za to „dobrze ulokowanych”.

I wreszcie jeszcze jeden kwiatek do tych, które dotąd zebrałem. W rankingu wyższych uczelni opublikowanym na łamach tygodnika „Wprost” znalazłem punkt Cc: „zaplecze informatyczno-biblioteczne”. Nie jest to zapewne punkt w ocenie uczelni najważniejszy, wszakże w tej dziedzinie „młode” uczelnie stoją na z góry przegranych pozycjach: po pierwsze, ze względu na brak pieniędzy na zakupy biblioteczne, po drugie, ze względu na brak środków finansowych pozwalających nabywać nowości i po trzecie, ze względu na brak kasy na kupowanie czasopism oraz książek. Ja wiem, że sporo załatwia Internet (choć akurat jeśli chodzi o polonistykę, to tu najlepiej zrobione stanowiska komputerowe niewiele uczelni pomogą, skoro „nadzienia” mało). Sytuacja „zaplecza bibliotecznego” większości uczelni w Polsce jest dramatyczna i wołająca o pomstę do nieba – z pewnością nie znajdziemy tam większości okładek czasopism z naszymi publikacjami. Ale tak naprawdę, nie ma się czym przejmować. Ministerstwo Kultury i Sztuki w roku 1989 liczyło pracowników 90, ale Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w roku 2001 liczy owych urzędników sztuk 300, co jest pewnym sukcesem, zważywszy że nie tylko nazwa owej instytucji uległa zmianie, ale i zakres jej działalności radykalnie został zmniejszony.

 

Komentarze