Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 7-8/2001

Zbawienne źródło
Poprzedni Następny

W stronę historii

W Zakładzie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego dokonano 
wiele sensownych prac i – wbrew polskim tradycjom 
– wiele inicjatyw udało się doprowadzić do końca.

Irena Turnau

Fot. Stefan CIechan

Istnienie niemarksistowskiej socjologii w jednym z polskich uniwersytetów aż do połowy 1951 r. można rozpatrywać jako przyczynek do złożonych dziejów nauk humanistycznych w PRL. Obecnie przedstawia się je jako proces ciągły, zapominając o pewnych uwarunkowaniach, tak krajowych, jak i niekiedy regionalnych. Ziemie Odzyskane były do połowy 1948 r. traktowane w szczególny sposób ze względu na zatrzymanie tam masy osadników, wśród których otrzymywali mieszkanie i pracę byli ziemianie czy akowcy. Władze Uniwersytetu Wrocławskiego z rektorem Stanisławem Kulczyńskim dobrze rozumiały znaczenie socjologii w tworzącym się środowisku, tak w sensie badawczym, jak i dydaktycznym. Istniały jednak trudności w uzyskaniu specjalistów. Zaraz po zdobyciu magisterium w Uniwersytecie Jagiellońskim zostałam zaangażowana od 15 kwietnia 1946 r., od razu jako starsza (21-letnia) asystentka, do pracy w zakładzie, który należało zorganizować.

NIEPOWTARZALNA ATMOSFERA

Organizacja tej placówki naukowej polegała po części na zarejestrowaniu ogromnego naboru studentów, którzy ulegli modzie na studia. Wydawały się one łatwe i możliwe do pogodzenia z pracą zawodową. Byli to najczęściej przedwojenni maturzyści: aktualnie nauczyciele, urzędnicy czy właściciele sklepów. Studenci ci zwykle odpadali po pierwszym roku, zniechęceni wymogami licznych, po części obcojęzycznych, lektur i pierwszymi egzaminami. Tylko dwaj późniejsi magistrzy, Samuel Sandler i Bolesław Garyga, utrzymali się do końca istnienia zakładu. Trudno było tworzyć materialne podstawy tej instytucji. Po blisko roku funkcjonowania Wydziału Humanistycznego uniwersytet ofiarował początkowo 2, później 4 pokoiki na parterze gmachu przy ul. Szewskiej 49. Zakłady naukowe zniszczonego miasta meblowano zwożonym z Dolnego Śląska wyposażeniem różnych biur. W podobny sposób, choć znacznie mozolniej, wybierano książki do zakładowych bibliotek. Prace zagraniczne, głównie niemieckie, wygrzebywano w wielkiej sortowni z pozostałości bibliotek Dolnego Śląska. Zakupywano je także w antykwariatach mniej zniszczonych polskich miast. Józef Lach, właściciel antykwariatu mieszczącego się obok uniwersytetu, był w pierwszym okresie studentem socjologii i pomagał mi w uzyskaniu niezbędnych podręczników.

Piszę o tym dlatego, aby uświadomić czytelnikom niepowtarzalną atmosferę pracy przy tworzeniu polskiego uniwersytetu. W zrujnowanym mieście, ze spaloną Biblioteką Uniwersytecką, wszelkie instytucje naukowe należało tworzyć od podstaw. Od energii wszystkich pracowników, od profesorów do asystentów, a często od pomocy studentów zależało tworzenie podstaw pracy dydaktycznej i naukowej. Praca w zakurzonych sortowniach, wspólna stołówka, stwarzała atmosferę koleżeństwa i współpracy. Nie było tam miejsca dla ludzi biernych, leniwych, czekających na wygodne i zorganizowane życie. Wielu starszych pracowników naukowych pochodziło z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Mieliśmy liczne informacje o życiu pod radziecką okupacją. Odwieczną polskość Dolnego Śląska traktowaliśmy sceptycznie. Zarazem jednak byliśmy ludźmi, którzy stracili wszystko w dawnych miejscach zamieszkania i z młodzieńczym zapałem chcieliśmy stworzyć coś nowego. Atmosfera początków tej pracy była radosna, bale uniwersyteckie trwały do rana, żartowaliśmy z narzucanych przepisów. „Normalna” hierarchia uniwersyteckich stopni i tytułów naukowych wracała powoli. Ale do chwili obecnej pozostały przyjaźnie „pionierów” z pierwszych organizacji Uniwersytetu Wrocławskiego. W poniemieckich mieszkaniach i meblach odbudowywano zrujnowane wypadkami wojennymi życie.

AUTORYTET NAUKOWY I MORALNY

Instytucje naukowe tworzą uczeni. W pierwszych latach istnienia Zakładu Socjologii trudno było znaleźć profesora, który chciałby osiedlić się na stałe we Wrocławiu, gdy wszystkie katedry w starszych uniwersytetach stały otworem. W letnim semestrze 1946 r. prof. Czesław Znamierowski dojeżdżał co tydzień na wykłady z Poznania, a ja prowadziłam proseminarium. Po jego rezygnacji Rada Wydziału Humanistycznego wybrała na to stanowisko prof. Pawła Rybickiego. Tak więc od jesieni rozpoczął się w UWr. pięcioletni okres dydaktycznej i naukowej pracy prof. Rybickiego, który dojeżdżał z Katowic, gdzie był dyrektorem Biblioteki Śląskiej. Ze względów politycznych prof. Rybicki nie był zwykle zatrudniany na etacie, a jedynie na sezonowe umowy, byłam więc jedynym miejscowym pracownikiem. Podkreślić należy stworzenie przez profesora konsekwentnego programu studiów socjologicznych, obejmującego podstawy teoretyczne, historię nauk społecznych i szczególnie ważną w mieście o niemal wyłącznie napływowej ludności – metodykę badań teoretycznych. W związku z corocznym (do 1949) naborem studentów prof. Rybicki prowadził wykłady i seminaria dla paru roczników. Mogłam pomóc tylko przy proseminariach dla I roku. Wszechstronna wiedza i ogromny talent dydaktyczny, a nawet oratorski prof. Pawła Rybickiego oraz umiejętność konsekwentnego prowadzenia seminariów sprawiły, że wyniki były znaczące. Zarazem w miarę wzrastania trudności politycznych stał się on dla dużego grona studentów autorytetem naukowym i moralnym tak potrzebnym młodzieży. Od tak licznych obecnie specjalistów różnił się szerokością spojrzenia na socjologię. Jego system teoretyczny został opublikowany znacznie później. Poza niewielkimi pracami drukowanymi, był on już autorem pracy habilitacyjnej Społeczność, w której wyłożył podstawy opublikowanej w 1979 r. książki Struktury społecznego świata. Aż do 1951 r. przedstawiał jasny i konsekwentny system socjologiczny.
Prof. Paweł Rybicki umiejętnie pokierował też pracą swej jedynej asystentki. Studia socjologiczne rozpoczęłam w Warszawie w latach 1943-44 w tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Wykładał tam na I roku prof. Tadeusz Szczurkiewicz (pseudonim: Myszkowski) i rozstrzelany po aresztowaniu całego kompletu dr Władysław Okiński. Studia ukończyłam w latach 1945-46 w Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie u prof. Kazimierza Dobrowolskiego.

W ciągu 5 lat asystentury u prof. Rybickiego nauczyłam się znacznie więcej aniżeli podczas niepełnych 3 lat studiów. Skłonił mnie do podjęcia badań nad polskim Wrocławiem. Jakkolwiek po 1951 r. zdecydowałam się na całkowitą zmianę specjalności, zajęłam się historią włókiennictwa i odzieży, nadal uważam Pawła Rybickiego za swego mistrza. To określenie stało się niemodne i rzeczywiście nie pasuje do stosunków pomiędzy wielu profesorami i asystentami. Oznacza ono bowiem wpływ silnej osobowości. Dla młodego naukowca staje się ona nie tylko autorytetem naukowym, lecz także moralnym. Mistrz uczy metod pracy naukowej i jej uprawiania pomimo licznych trudności. Nie musi być specjalistą w dziedzinie obranej później przez ucznia.

OSTRE DYSKUSJE

W latach 1946-48 istniał ogromny nabór studentów na studia socjologiczne. W nowym roku akademickim 1946 pojawili się młodsi studenci, którzy właśnie zdali maturę uzupełniając wojenne opóźnienia. Zapisało się wtedy ok. 30 osób, które w sporej części ukończyły studia w 1951 r. Poza tym, na zajęcia uczęszczali także inni słuchacze Wydziału Humanistycznego, z etnografii, historii i filozofii. Największe zainteresowanie budziła socjologia wśród studentów Wydziału Prawa. Wybierali ją jako przedmiot jednego z egzaminów. Dla nich przez 2 lata prowadziłam proseminarium w dwóch grupach, które razem liczyły ok. 80 osób. Niektórzy nie zadowolili się jednym egzaminem, lecz uczęszczali na wykłady i seminarium prof. Rybickiego. Można wyliczyć wśród nich: Aleksandra i Krystynę Małachowskich, Jerzego Parviego, Bogdana Gotowskiego i Józefa Grodzickiego. Wraz ze studentami socjologii brali oni udział w badaniach terenowych we wsiach powiatu kłodzkiego. Od 1948 studia przestały przynosić praktyczne korzyści, a później stały się obciążeniem politycznym, więc spośród licznych pracowników pozostało tylko kilka osób szczególnie zainteresowanych przedmiotem.

Zasadnicza zmiana sytuacji nastąpiła na jesieni 1948 r. Na studia zapisała się wprawdzie jeszcze dość liczna grupa studentów, np. obecny profesor historii Jarema Maciszewski, Roman Zimand czy Stanisław Bardyń. Tej grupie młodzieży ze Związku Walki Młodych nie odpowiadały studia z zakresu „socjologii burżuazyjnej” i badania terenowe oparte na demografii. chodziło im o studia filozofii marksistowskiej, będące zresztą podówczas w stadium początkowych deklaracji ideologicznych. Widać było coraz wyraźniej, że uprawiany w Zakładzie Socjologii kierunek studiów nie będzie miał przyszłości wobec nadchodzącego okresu stalinizmu i zjednoczenia partii robotniczych. Nie należało już badać zmiennej rzeczywistości społecznej w tworzących się społecznościach miejskich i wiejskich Dolnego Śląska. Zaczęły się ostre dyskusje pomiędzy studentami. Nie zawsze umiałam im zapobiec, co kosztowało mnie pierwsze zwolnienie z uniwersytetu w końcu 1948 r. i przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa. Należy tu podkreślić konsekwentną obronę istniejącej placówki naukowej przez władze uniwersyteckie. Moje zwolnienie po miesiącu cofnięto. Instytucjom naukowym wyraźnie zależało na utrzymaniu jak najdłużej placówki, która miała doprowadzić do magisterium grupę studentów i zarazem prowadziła tak potrzebne badania terenowe. Wstrzymano tylko nabór młodzieży na te studia od jesieni 1949 r. W tej atmosferze wielu studentów już w ciągu roku akademickiego 1948/49 przenosiło się na inne kierunki humanistyczne, jak historia czy polonistyka. Pozostało tylko 20-30 studentów chcących zakończyć studia socjologiczne i kilku innych, szczególnie tym kierunkiem zainteresowanych. W powojennym systemie studiów można było wybierać sobie wykłady i seminaria różnych specjalności.

PRACA W TRUDNYCH WARUNKACH

W historii zakładu socjologii UWr. zaznaczają się wyraźnie dwa odrębne etapy pracy. Pierwszy z nich – do późnej jesieni 1948 r. – cechował jeszcze znaczny rozmach, tłumy studentów, realizacja dawniejszych projektów badań terenowych, dających starszym rocznikom możliwości zarobkowe. Był to także okres biurokracji uniwersyteckiej typu sprawozdawczego. Co kilka dni nosiło się do Dziekanatu Wydziału Humanistycznego zestawienia liczby studentów, książek i mebli. Jednakże zdawałam już sobie sprawę, że pracuję w placówce, która w każdej chwili mogła ulec nagłej likwidacji. Wcześniej zdawał sobie z tego sprawę i prof. Rybicki, który nie zdecydował się przenieść do Wrocławia. Praca w Bibliotece Śląskiej w Katowicach wydawała się pewniejsza. Miał on niekiedy tylko godzinowe prace zlecone i w krótkich, semestralnych okresach zatrudnienie etatowe, które m.in. pozwalało mu doktoryzować. W związku z tym kilka razy dojeżdżałam do Zakładu Socjologii w Łodzi, aby ewentualnie złożyć pracę doktorską u prof. Józefa Chałasińskiego. Jednak udało mi się tego uniknąć.

Cały nasz wspólny wysiłek dotyczył kontynuacji i zakończenia pracy dydaktycznej, a więc uzyskania magisterium przez jak największą liczbę studentów i zarazem dalszego prowadzenia badań terenowych, jednak już bez nowych inicjatyw. Wobec zakazu naboru studentów na I rok można było całą uwagę poświęcić starszym rocznikom. Studia socjologiczne jako pierwszy ukończył Samuel Sandler pracą o Aleksandrze Świętochowskim. Było jeszcze 10 studentów, którzy do połowy 1951 r. uzyskali dyplom magisterski: Henryk Dutkiewicz, Bolesław Garyga, Stanisław Korzon, Gabriel Kraus, Halina Markiewicz, Janina Pawłowska, Jerzy Sikorski, Andrzej Stasiak, Jerzy Sulimski, Jerzy Tyślewicz. Jeden z tych studentów, Andrzej Stasiak, został profesorem, kilku zrobiło doktoraty i habilitacje. Tak więc prowadzona w trudnych warunkach praca dydaktyczna przyniosła konkretne wyniki. Należy pamiętać, że tylko do połowy 1951 r. można było dyplomy magisterskie uzyskać, co utrudniło ukończenie studiów kilku studentom.

NIECHĘĆ POLITYCZNA

W ciągu pierwszych lat istnienia Zakładu Socjologii prowadzono badania terenowe na Dolnym Śląsku. Trzeba było przerwać je w 1949 r. Udało się opublikować tylko badania nad ludnością Wrocławia, jako część mojej pracy doktorskiej. Badania te prowadziłam pod kierunkiem prof. Rybickiego w latach 1947-49. Finansował je Główny Urząd Planowania Przestrzennego, przekazując finanse przez Instytut Śląski. badania te ułatwiał jego dyrektor dr Roman Lutman, a także doc. Stefan Golachowski. Grupa studentów socjologii brała udział w zbieraniu materiałów z urzędów. Należy tu wyliczyć przynajmniej te osoby, które najdłużej brały udział w badaniach, traktując je nie tylko jako możliwość zarobku, lecz także jako przygotowanie do własnych badań. Byli to: Bolesław Garyga, Halina Markiewicz, Janina Mularczyk, Andrzej Stasiak i Jerzy Tyślewicz. Wyniki badań statystycznych, 
a także mych własnych licznych wywiadów i akt sądowych, tzw. pyskówek, zostały uwzględnione w pracy doktorskiej Tworzenie się wielkiego miasta z różnorodnej ludności napływowej. Wrocław – miasto przemian społecznych. Na podstawie tej pracy uzyskałam stopień doktora filozofii 6 lipca 1950 r. Doktoraty z tego okresu zostały uznane za nieważne w latach 1951-57, kiedy to wprowadzono kandydatury nauk. Później przywrócono im znaczenie stopni naukowych.

Pierwsze wyniki badań statystycznych udało mi się jeszcze wydrukować w 1949 r. w „Przeglądzie Zachodnim” w artykule O pochodzeniu dzisiejszej ludności miasta Wrocławia. Te ustalenia, przedrukowane w 1995 r., to pierwsze informacje o tym, skąd napłynęła ludność Wrocławia. Zaprzeczyły one przypuszczeniom, że największa liczba przybyłych pochodziła ze Lwowa i dawnego województwa lwowskiego. Przesiedleniu ulegały całe grupy pracowników ważnych instytucji miejskich, jak: uniwersytet, obsługa komunikacji, gazowni czy elektrowni. Jednakże najliczniejsza była grupa dawnych mieszkańców województw centralnych, m.in. ze zburzonej Warszawy i ziem zachodnich. Przy tym tylko ok. 20 proc. ludności Wrocławia pochodziło z miast liczących powyżej 100 tys. mieszkańców, mniej niż 42 proc. z miast średnich i małych oraz ok. 40 proc. bezpośrednio ze wsi. Dane te sprowokowały komentarze w prasie Niemiec Zachodnich, co zwiększyło niechęć polityczną do moich ustaleń. Część pracy opartej na badaniach statystycznych udało mi się w 1960 r. wydrukować w Instytucie Zachodnim jako Studia nad strukturą ludnościową polskiego Wrocławia. Jednakże ponad połowa pracy, zatytułowana Procesy społeczne, a oparta na wywiadach, materiałach z prasy miejscowej i aktach sądowych, pozostała w rękopisie. Przedstawiała ona tworzenie się nowych więzi społecznych i konflikty regionalne związane z pochodzeniem ludności miasta. Ustalenia te bywały sporadycznie wykorzystywane. Warto tu wspomnieć o licznych wzmiankach w książce prof. dr. Padraica Kenny. Jego teza z 1992 r. dotyczyła klasy robotniczej we Wrocławiu i Łodzi w latach 1945-49 (Building People’s Poland: Resistance and Transformation in Working-Class Communities and the Coming of Stalinism to Poland, 1945-49).

Mniej wiadomo o innych pracach terenowych na Dolnym Śląsku. We wrześniu 1949 r. wraz z doc. Stefanem Golachowskim prowadziliśmy z pomocą studentów socjologii badania w Oleśnicy. Równocześnie prof. Kazimierz Dziewoński szkolił tam studentów różnych wydziałów UWr. w programie Studium Planowania Przestrzennego. Badania te dotyczyły ustaleń pochodzenia regionalnego osadników i tworzenia się więzi społeczno-przestrzennej. W lecie 1948 r. prowadziłam ze studentami badania terenowe w paru wsiach regionu Kłodzka, głównie w Bożkowie. Zajęta kończeniem pracy doktorskiej nie zdążyłam opublikować wyników tych, fragmentarycznych zresztą, badań w odpowiednim czasie. Jednakże próby badań miast różnej wielkości i wsi świadczyły o docenianiu ważności śledzenia polskiego osadnictwa na Dolnym Śląsku w jego socjologicznym aspekcie.

Od jesieni 1948 r. odczuwało się coraz bardziej zmieniającą się atmosferę pracy. Zamiast sensownych zleceń co do rozliczania ruchomości zakładu, zaczęto przysyłać z Warszawy coraz liczniejsze nakazy. Np. dostałam pismo, że nie wolno rozmawiać z żadnym gościem zagranicznym, który pojawiłby się w zakładzie, bez uzyskania z ministerstwa zgody na tę rozmowę. Napisałam z wyobraźni nakazany plan rozwoju Zakładu Socjologii do 1980 r., z podaniem liczby studentów, magistrów, doktoratów, habilitacji i prac drukowanych. Prof. Rybicki podyktował mi pismo o współzawodnictwie pracy w sensie teoretycznym, nie wspominając o zawodach między jedynym profesorem i jedyną asystentką. Należało odpowiadać pismem na pismo. W czasie badań terenowych w Oleśnicy wszyscy mówili o transparencie z pochodu pierwszomajowego w jednej z wsi: PZPR – Wielka Lipa. Biedni chłopi byli aresztowani aż do żniw. Czasem bywało więc śmiesznie, jednak coraz groźniej, zupełnie bez poczucia humoru. 27 września 1950 r. byłam ponownie zwolniona, jednak wróciłam na półetatu, aby umożliwić studentom obronę prac magisterskich. W sumie więc wydaje się, że w Zakładzie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego dokonano wiele sensownych prac i – wbrew polskim tradycjom – wiele inicjatyw udało się doprowadzić do końca.
Prof. dr hab. Irena Turnau, historyk kultury materialnej i etnograf historyczny, jest emerytowanym pracownikiem Instytutu Archeologii i Etnologii PAN w Warszawie.

 

Komentarze