|
|
Rody uczone (56)Harmonia między specjalizacją a integracją Magdalena Bajer
Podleganie autorytetowi polega na tym, że ktoś jest inspirowany, a sam autorytet uważa siebie za tego, który jako inspirujący może narzucać pewne idee. Jest jednak druga strona zagadnienia. Mówię tutaj jako eksperymentator... i w tym wypadku ten ktoś będzie uważał, że umie lepiej, powiedzmy, założyć elektrody roślinie niż ja i ja u niego się uczę. Tak jak kowal, który robi podkowy i lepiej je robi niż uczeń, który jest u niego dopiero tydzień. I to jest taki zdrowy autorytet, sprawdzalny. Sprawdzalny autorytet nie jest groźny. Dopiero po śmierci prof. Adama Paszewskiego opublikował tę jego opinię Marek Hetmański w ostatnim wywiadzie z wybitnym uczonym-eksperymentatorem, którego autorytet przekraczał daleko granice uprawianej specjalności i krąg kolegów oraz uczniów. Sam profesor przez całe życie baczył pilnie, by własnego autorytetu nigdy nie nadużyć – arbitralnym sądem, przerwaniem dialogu, kiedy argumentu nie było akurat pod ręką, oddaleniem czyjegoś pytania, na które odpowiedź wymagała wysiłku intelektualnego albo ustąpienia z własnego, zdawałoby się ugruntowanego ostatecznie, stanowiska. O prof. Paszewskim seniorze rozmawiałam z jego synem, również profesorem biologii (najogólniej mówiąc) i z przyjacielem syna, zarazem synem przyjaciela ojca, dr. Andrzejem Teskem. Prof. Adam Paszewski był bowiem blisko zaprzyjaźniony z prof. Arminem Teskem – fizykiem, podobnie jak on sam przybyłym po wojnie na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W następnym pokoleniu każdy z synów obrał tę samą, co jego ojciec specjalność, przy czym Andrzej Teske, choć fizyk z wykształcenia, pracował długo w Zakładzie Fizjologii Roślin, kierowanym przez prof. Adama Paszewskiego i należy do jego duchowych potomków. Zawiłe te parantele, ale trzeba je przedstawić czytelnikom, gdyż poprzez owe międzypokoleniowe związki trwa wciąż aktualne dziedzictwo. SZKOŁY ZAZDROSZCZĘ ...Prof. Paszewski junior często słyszał od ojca pochwałę szkoły, do której ojciec chodził. Było to klasyczne gimnazjum niemieckie w Poznaniu, gdzie babka Andrzeja Paszewskiego, mego rozmówcy, wyszedłszy za mąż, mieszkała i uczyła francuskiego, jako że całą młodość przeżywała we Francji, nabywając tam zaciekawienia i szacunku dla dzieł umysłu ludzkiego. W owym gimnazjum uczono przez kilka godzin w tygodniu łaciny i greki na tekstach klasyków, przez co była to nie tylko nauka języka, lecz wprowadzanie młodych ludzi w najgłębsze korzenie kultury europejskiej. Zainicjowane w szkole, gruntowało się w kontaktach, głównie wakacyjnych, z wujem, wykształconym we Francji lekarzem, który w Polsce wraz z żoną stworzył dom światły, rozbudzony intelektualnie, gdzie prenumerowano prasę, także zachodnią i toczono rozmowy na tematy filozoficzne. Klasycznego wykształcenia prof. Paszewski junior zazdrości ojcu, bolejąc nad coraz bardziej doskwierającym rozdarciem jego pokolenia badaczy między intelektualizmem i profesjonalizmem. Dawało ono wrażliwość na historię idei, zdolność dostrzegania linii rozwojowych własnej dziedziny na szerokim tle dziejów myśli. Prof. Adam Paszewski napisał podręcznik genetyki, jednak to, czym zajmuje się jego syn, współczesny genetyk, było dlań trudne do zrozumienia w szczegółach. Znaczenie oraz perspektywy tej dziedziny rozumiał doskonale. Nie przygotowywał wykładów, jak wspominają zgodnie obaj panowie Andrzejowie, gdyż uważał to za nielojalne wobec słuchaczy, nad którymi, wedle swojego mniemania, winien górować nie doraźnymi lekturami, ale całym posiadanym dorobkiem. Syn dodaje, że uzupełniał tylko wiedzę o najświeższe dane liczbowe i fakty. Dr Teske był u profesora dzień przed jego śmiercią w 1991 r. i znalazł swego mistrza tuż po zakończonej lekturze książki o Albercie Wielkim, średniowiecznym przyrodniku, przysłanej mu z Niemiec, która potwierdzała wiele z tego, co on sam napisał zajmując się Albertem Wielkim, ale nie traktowała tematu tak szeroko, jak na to zasługuje. PORZĄDEK ŚWIATAO przebiegu karier naukowych ojca i syna Paszewskich słyszałam najwięcej od dr. Teskego, gdyż jego rówieśnik i przyjaciel kierował naszą rozmowę głównie ku temu, jak ewoluuje rozumienie spraw podstawowych – porządek świata, gdzie i on, i jego ojciec poszukiwali odpowiedzi na pytania tego porządku dotyczące. Adam Paszewski miał już sporo prac naukowych w dorobku, kiedy skończyła się wojna. Przerwała mu zaś asystenturę w uniwersytecie w Poznaniu. Po habilitacji w r. 1945 rychło został profesorem w Lublinie. Rodzinne mieszkanie było duże i wiele ciekawych osób ciągle je odwiedzało. Andrzej przysłuchiwał się tym wszystkim dysputom i rozważaniom, nasiąkając przeświadczeniem, że pytania o porządek świata są ciekawe i bardzo ważne. – Ojciec miał bardzo duże zainteresowania religioznawcze – wspomina syn Andrzej. Porównywał ze sobą teksty 30 różnych tłumaczeń Biblii, a kiedy uczył kilka młodych dziewcząt łaciny i greki, znalazł taki tekst, który był identyczny w tych językach i także po polsku, a zarazem ważny z punktu widzenia nie biologii, lecz historii – Ojcze nasz. Religijność profesora łączyła pozytywistyczny empiryzm z nieco Pascalowskim przekonaniem, iż więcej w świecie przemawia za tym, że Bóg istnieje, należy więc dawać świadectwo. Przestrzegał praktyk w czasach oficjalnego ateizmu, a jednocześnie nie wstydził się własnych wątpliwości wobec myślących podobnie, jak on. Na gruncie zainteresowań „pozaprofesjonalnych” spotykali się ze sobą najbliżej ojcowie moich rozmówców. Prof. Armin Teske bardziej niż samą fizyką zajmował się jej historią (cenne prace o Smoluchowskim), rozwojem i ewolucją głównych idei. Myślę, że w atmosferze rodzinnego domu wylęgły się i ukształtowały również pozaprofesjonalne ciekawości Andrzeja Paszewskiego, który obok pracy naukowej w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN, gdzie uprawia genetykę, publikuje w „Więzi” i „Znaku” (także na innych łamach) artykuły o charakterystycznych zjawiskach współczesnej cywilizacji, o rodzących się w związku z nimi pytaniach, obawach i nadziejach. Pan profesor jest również wiceprezesem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, skupiającego uczonych wielu specjalności zajętych tymi sprawami, od których zależy nasz wspólny los na Ziemi. Żona profesora, Wanda, jest dziennikarzem radiowym i przybliża te kwestie szerszym kręgom. ŻYZNA GLEBAStudenci prof. Adama Paszewskiego mniej bali się tego, że na egzaminie okaże się ich niewystarczające przygotowanie z fizjologii roślin, bardziej tego, że zawstydzą się przed mistrzem, kiedy ich zapyta o nazwę któregoś z pokoleń Izraela, brzmiącą identycznie z nazwiskiem ważnej osoby w badaniach nad fotosyntezą. Sam profesor, jak to dziś ocenia syn, nie miał kompleksów, lecz dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości, które pozwalało pytać innych o to, czego nie wiedział, ale także dzielić się najśmielszymi pomysłami. Pokolenia studentów zapamiętały z wykładów dramatyczną opowieść o losach komórek naczyniowych w roślinach, spełniających swoją rolę, tj. wytwarzających ksylen dopiero po śmierci. Miało to ilustrować przekonanie, że nawet odrzucone przez rozwój nauki teorie potrzebne są, żeby „drzewo wiedzy” rosło. Pytałam o obecną sytuację w biologii – zdaniem prof. Paszewskiego syna okres wielkich odkryć minął, może znowu nadejdzie, a trwa żmudne, wielokrotne sprawdzanie czy jest tak, czy tak. Zagadnienia, nad którymi pracowały setki ludzi, zajmują dziś w podręczniku pół strony. Nie znaczy to, żeby nie było roboty dla umysłów syntetycznych, jak prof. Paszewski senior, ogarniających twórczą myślą szerokie pole własnej i pokrewnych dziedzin, znajdujących nieomylną intuicją takie miejsca i obszary pograniczne, gdzie gleba szczególnie żyzna dla nowych idei. Ogłosił prawie 200 prac naukowych i popularnonaukowych. Wychował zastęp uczniów, których po wojnie przygarniał w Lublinie przychodzących z różnych uczelni, często po utracie mistrzów. Wielu z nich poniosło owo szerokie i przenikliwe zarazem spojrzenie na przyrodę do miejsc, gdzie z czasem sami tworzyli szkoły naukowe. Z Zakładu Fizjologii Roślin wykiełkowały placówki zdawałoby się odległe odeń tematyką badawczą. W Pracowni Mikrobiologicznej Zakładu zaczynał po wojnie pracę wybitny później uczony prof. Władysław Kunicki Goldfinger, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Sama pracownia rozwinęła się w Instytut Mikrobiologii. Podobną genezę ma obecny Instytut Biochemii UMCS, gdzie prowadzono nowatorskie prace nad humusem, zainicjowane jeszcze przed wojną w Poznaniu przez Bronisława Niklewskiego, który później był przez kilka lat w Lublinie. Dr Teske wspomina, jak zaczęły się, pod kierunkiem prof. Adama Paszewskiego, badania biofizyczne, zupełnie nowe w Polsce. Impulsem był jego „botaniczny patriotyzm” i znajomość Arystotelesa. Grecki filozof rozróżniał trzy poziomy duszy: wegetatywny, czujący i myślący. Prof. Paszewski pragnął wykazać, że rośliny „nie są gorsze” od zwierząt, że posiadają nie tylko duszę wegetatywną, ale i czującą. Kiedy o tym przemyśliwał, nie było jeszcze możliwości wykazania w roślinach potencjałów czynnościowych, czyli elektrycznego śladu aktywności komórek nerwowych. Postanowił szukać tego śladu nie na poziomie miliwoltów, jak się to robi badając nerwy, ale mikrowoltów. Korzystał z aparatury zaprzyjaźnionych pracowni Akademii Medycznej, bez wyraźnych efektów. Uczniowi, obecnemu profesorowi, Tadeuszowi Zawadzkiemu, udało się stwierdzić występowanie potencjałów czynnościowych (rzadko) u roślin wyższych, dających się jednak mierzyć w miliwoltach, jak u organizmów zwierzęcych. Wszystko to były rzeczy nowe, z których wzięły początek badania biofizyczne i kierunek studiów w tej dziedzinie. HARMONIADo mikrobiologii, biochemii i biofizyki, których rozwojowi w Lublinie patronował Adam Paszewski, trzeba dopisać jeszcze jedną, węższą specjalność – patologię owadów i niewielki zakład, gdzie się ją uprawia. Znów wzięło się to ze śmiałego pomysłu i odważnego kojarzenia obserwacji, jakie cechowały prof. Paszewskiego. Wiedząc o tym, że żyjące w ulach mole woskowe należą do nielicznych organizmów, jakie potrafią trawić wosk pszczeli i o tym także, że bakterie – prątki gruźlicy – mają otoczkę zbudowaną z substancji pokrewnej woskowi, pomyślał o zastosowaniu wyciągu z larw mola woskowego do osłabiania owej otoczki, tym samym ułatwiania działania antybiotyków. Idea okazała się trudna do zastosowania w medycynie, ale Zakład Patologii Owadów, kierowany przez prof. Jana Jarosza, wyspecjalizował się w powszechnie dziś stosowanych metodach badań. – Ojca nudziły szczegóły – mówi stanowczo prof. Andrzej Paszewski, na co słyszę od jego przyjaciela, że szczegóły doskonale znał, z argumentem-opowieścią jak to prof. Paszewski senior zapędzał w kozi róg adeptów historii, wyliczając z pamięci członków rozmaitych europejskich dynastii. Synowi zwierzył się kiedyś z tego, że doskonale nadaje się na rektora (był nim), gdyż nie interesują go i nie pojmuje plotek, intryg, uczelnianych spisków. – Jak ktoś się skarży na kogoś, to zanim zamknie za sobą drzwi mojego gabinetu już nie pamiętam, o co mu szło. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w programie BIS Polskiego Radia SA we wrześniu 1999 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.
|
|
|