|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga W interesującym, choć mieszającym wszystko ze wszystkim (jak to w publicystyce chcącej ogarnąć „całość zjawiska”) artykule Danuty Zagrodzkiej „Ta biedna nauka” („Gazeta Wyborcza” z 29 maja) przeczytałem zdania następujące, wskazujące kierunek ku poprawie kondycji: „Inna droga, na której mógłby się kształtować nowy model nauki, to powrót do uniwersytetów. Podział na uczelnie, w których się uczy, oraz instytuty PAN, w których się bada, jest sztuczny, nieracjonalny i marnotrawny”. Nie jestem o tym do końca przekonany, gdyż wiem, że nie każdy naukowiec potrafi sprostać wymaganiom pracy dydaktycznej. Ale sama idea wydaje się niepozbawiona sensu. Jestem przekonany, że właśnie uniwersytet jest podstawowym organizmem rozwoju nauki, choćby poprzez swą wielogłosowość, przez dążenie do ocalenia całości. Bo, co interesujące, w cytowanym artykule pojęcie nauki wydaje się zarezerwowane wyłącznie dla nauk ścisłych i przyrodniczych, humanistyka nie pojawia się w rozważaniach autorki ani razu. Nie to, bym był zwolennikiem budowania jakichś hierarchii nauk, na której szczycie winny się znajdować matematyka bądź filozofia, ale sądzę, że istnieje jednak jakaś harmonijna całość, w której każda dziedzina poznania ma swoje miejsce nieredukowalne. I choć zapewne trudno by było udowodnić organiczną jedność badań nad rytmiką wierszy Różewicza i kreacji nowych związków polimerowych, to intuicyjnie istnienie takiej jedności wydaje się oczywistością. Pewnie, że nie ma już takich postaci, jak da Vinci czy Goethe – wielkich artystów i zarazem badaczy – i prawda, że specjalizacja posunęła się tak dalece, iż trudno poza własnym podwórkiem zajmować się sprawami innymi (choć w końcu można by wskazać uczonych współczesnych, także polskich, którzy poza owo podwórko nie bez sukcesów potrafili wychodzić), ale nie znaczy to, że ów wzorzec przestał być dla nas punktem odniesienia. Być może dziś jest ważniejszy niż dawniej. Czytałem artykuł Zagrodzkiej z mieszanymi uczuciami. Zwłaszcza rozzłościło mnie zdanie ten tekst otwierające: „W walce o pieniądze nasi uczeni obrali taktykę biadolenia, choć skuteczniejsze byłoby chwalenie się osiągnięciami, które przecież mają”. Mają, i co z tego? Przed kim się chwalić, komu się zalecać? Politykom? Wolne żarty. ich to wcale nie obchodzi, chyba że muszą coś „w temacie nauki” publicznie „na dzień dzisiejszy” powiedzieć. Opinii publicznej? Tu bez Nobla nie ma co startować, a i Nobel zadziała krótko (jak u tej wytwornej skądinąd pani, która na dworcu dopytywała się o książkę „tej Wisłockiej, co jej Nobla dali”). Przed KBN, który wszak ciałem profesjonalnym jest, chwalić się chyba nie trzeba – a tu właśnie dają kasę. Tymczasem państwo polskie może kasy (na ilość) i nie obcina, ale procenty z wielką przyjemnością: z 0,47 ścięto na 0,42. Zaś jeśli o owo „chwalenie się” chodzi, to czemuż, ach czemuż nie poświęci owym osiągnięciom swego żurnalistycznego talentu autorka cytowanych słów? Temuż mianowicie, że miejsca jej gazeta (tytuł dowolny) na to nie da. to nie są aż tak fajne „newsy”, by poświęcać im szpalty i ryzykować spadek „czytalności”, czyli zmniejszenie reklamobiorstwa, a zatem zysków, z których się żyje. już ważniejsze, że sympatyczny skądinąd Maradona po raz kolejny się czegoś naćpał (wiadomość na stronę drugą!), po czym pojechał na odwyk do Fidela. to jest NEWS. Nie są też „newsami” informacje o powstawaniu nowych uniwersytetów. A powstało ich ostatnio kilka, kilka dalszych zaś szykuje się do powstania. To są bardzo dobre wiadomości dla polskiej nauki, to są też bardzo dobre wiadomości dla „przeciętnego podatnika”, o którego świadomości pisze Zagrodzka. Przeciętny podatnik bowiem, choć „często nie wie, czemu miałby wydawać pieniądze akurat na profesorów, którzy nie wiadomo co dokładnie robią i z jakim pożytkiem” (cytuję ten sam artykuł – a swoją drogą: cóż to za infantylny styl), to przecież chciałby zwiększyć szanse wykształcenia swych dzieci. Ponieważ jednak na ogół uniwersytet ma daleko, koszta owego kształcenia nierzadko – właśnie przez konieczność opłacania przejazdów i cenę utrzymania dziecka z dala od domu – decydują o tym, że z takich ambicji rezygnuje. Jeżeli zbyt kosztowne dla owego „przeciętnego podatnika” staje się posyłanie dzieci na uniwersytet, przeto logicznym rozwiązaniem wydaje się przyciągnięcie uniwersytetu do studentów. Rzecz jasna, nie można wszystkiego budować od fundamentów – takie przedsięwzięcie też byłoby zbyt drogie. Wszakże tworzenie uczelni na bazie już istniejących szkół „półwyższych” – a tak właśnie na ogół się dzieje – wydaje się rozwiązaniem sensownym. tak stało się w Opolu, Białymstoku, Olsztynie, tak będzie zapewne niebawem w Zielonej Górze, Rzeszowie i Częstochowie. Lecz powstanie uniwersytetu to nie tylko szansa dla samych studentów. To także szansa rozwoju miast i regionów. Uniwersytet jest bowiem „producentem” inteligencji, jest – a w każdym razie winien być – ośrodkiem inspirującym działania kulturotwórcze. Zresztą, wystarczy przeanalizować rolę Uniwersytetu Śląskiego w kulturalnym odrodzeniu regionu, by sobie z tego zdać sprawę. Śląsk był wszak w PRL swoistą pustynią kulturalną, w tej chwili na tym terenie ukazuje się kilka ważnych pism literackich, życie kulturalne uległo zdynamizowaniu, sama zaś uczelnia dość szybko wybija się na niezależność. To wszystko nie jest bez znaczenia we wciąż trwającym procesie decentralizacji życia kraju, rozwoju lokalnej samorządności i odzyskiwaniu regionalnej tożsamości. A to tylko niektóre z korzyści, jakie rozbudowa sieci uniwersytetów przynosi. Pewnie, nie brakuje i minusów – zwłaszcza w doraźnej perspektywie – lecz sądzę, że w dłuższym czasie te inwestycje, stosunkowo tanie, przyniosą zyski wymierne tak w skali lokalnej, jak i w skali kraju.
|
|
|