|
|
Szkielko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski W „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł Danuty Zagrodzkiej, a zaraz po nim replika prof. Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, na temat kondycji nauki polskiej. Podobne uwagi i liczne dane publikowały znacznie wcześniej „Forum Akademickie”, „Polityka”, „Wprost” i dzienniki. Obraz spraw nauki na tej podstawie wydaje się beznadziejny, a przyczyn tego stanu rzeczy ujawniono tak wiele, że właściwie należałoby się zapłakać na śmierć. Co ciekawe, dziedzin równie zaniedbanych jest jeszcze co najmniej kilka, np.: kultura, ochrona zdrowia, edukacja, budownictwo mieszkaniowe, mała przedsiębiorczość. Brak logicznych koncepcji rozwoju, a także bezładne szermowanie przez dyskutantów sprzecznymi i szczegółowymi argumentami powodują, że zjadacz chleba naprawdę nie wie, czy jest jakaś szansa poprawy. Wielu z nas wygodnie usadowiło się w zastanych strukturach i boi się, że w wypadku radykalnej przebudowy wypadnie na margines. Oglądają się na siebie i wietrzą zamach na swoją pozycję, a co za tym idzie, poszukują wrogów. Przejawia się to na przykład walką konkurencyjną. Oto pewien znany profesor udziela wywiadu i pomija milczeniem wszystko, co zrobili jego koledzy po fachu, eksponując tylko własne sukcesy i poglądy. Niepotrzebnie, wszak jest sławny. Wkrótce konkurenci, też sławni, udzielają wywiadów i w poczuciu krzywdy pomijają osiągnięcia kolegów. Wszyscy nawzajem się kopią, a przy okazji podważają renomę swojej dziedziny. W tych okolicznościach autor wybitnego dzieła musi sobie zdawać sprawę z tego, że nikt w Polsce nie nazwie tego dzieła wybitnym. Dziedzina, pozbawiona w taki sposób osiągnięcia, słabnie, wokół twórcy robi się próżnia i tym bardziej zaczyna on rozpaczliwie zachwalać jedynie samego siebie, depcząc pozostałych. Skoro tak, to wrogów jest coraz więcej i niemożliwe staje się uzgodnienie jednolitego poglądu na stan dziedziny. Tacy ludzie nie mają już nic do zaproponowania, a zatem nikt nie będzie ich pytał o zdanie. Nie wierzę, żeby jakiś minister przejął się słowami red. Zagrodzkiej i prof. Wróblewskiego. Czyta się je jak zapis pojedynku. Zwolennicy teorii spiskowej głoszą, że dziś recenzji nowego dzieła nie można uzyskać inaczej niż przez opłacenie eksperta (nauka) czy redaktora (sztuka), dlatego publiczność w ogóle nie ma szans zorientować się, co w kraju jest wartościowe, a co nie. Jak by nie było, krok do lansowania miernot i negowania podstaw wspólnoty twórców został uczyniony. Zanikło lobby, środowiska naukowe i artystyczne utraciły dawny wpływ na poczynania władzy. Władza zaś ma wreszcie święty spokój z tymi natrętami. Układy polityczne, które działają od wyborów do wyborów, z całą bezwzględnością wykorzystują rozbicie środowisk intelektualnych. Przyszłościowe myślenie polityczne w demokracji jest fikcją, a kontynuacja działań poprzednich grup rządzących – iluzją. Polityk wie, że żaden naukowiec czy pisarz, który został na przykład posłem, nie będzie występował w interesie swego środowiska, bo działałby (o przewrotności!) przeciwko sobie jako posłowi. Partie chętnie wciągają ludzi nauki i sztuki do swoich kręgów i podtrzymują mechanizm rozpraszania niezależnych środowisk opiniotwórczych. W początkach lat 90. właśnie w ten sposób skutecznie rozbito wszelkie wpływy pozapolityczne. Zbyt wielu artystów i naukowców zaangażowało się w politykę i zniszczyło własne lobby. Potem, kiedy na gwałt wycofywano się z tych układów, było za późno. Powracający z polityki, do której się przecież nie nadawali, nie mieli już z kim się jednać. Pojawili się nowi, młodsi, pozbawieni wzorców osobowych i tym samym poczucia więzi. Rozsypało się całe to towarzystwo. Dzisiaj „List 34” nie wzburzyłby nikogo, bo też nie znalazłby on cienia poparcia nawet wśród swoich. Publiczność ma to w nosie, a dziennikarze są nastawieni na pożary, wybuchy i wypadki drogowe. Poczta pantoflowa nie działa. Szeptane zalecenie, żeby wystawić świeczki w oknach, jak to było w stanie wojennym, wydałoby się infantylne. Wyjść na ulice? Kto? Profesorowie fizyki? Poeci? Intelektualiści właśnie ze sobą walczą. Walczą o to, aby żaden intelektualista nie uzyskał wpływu. Już nie ma tak, że intelektualista mówi o intelektualiście: to jest prawdziwy intelektualista. Nie usiądzie grupa mądrych przy kawiarnianym stoliku, żeby przemyśleć i zaproponować coś, co naprawdę zmieni ten pieski świat. Nie ma bowiem takich kawiarni, a przez telefon wymienia się jedynie niedowarzone opinie o kolegach. Nic się nie zmieni, dopóki nie pojawi się inteligentne, zgodnie się popierające gremium, jak dwa lata temu Polonia w sprawie przyjęcia Polski do NATO. Ale w kraju Polonia niedawno właśnie została obśmiana. W kraju bowiem sprawy się mają zgodnie z wytycznymi anegdoty z lat 70. Dwóch znajomych hydraulików jechało koleją do producenta uszczelek, ale wiadomo było, że produkuje on tylko ograniczoną ilość tego rzadkiego wówczas towaru. Jeden z hydraulików wymyślił więc, że za każdą uszczelkę zapłaci o grosz więcej niż ten drugi, a na pewno wykupi cały zapas. Ten drugi zaś wykombinował, że da o dwa grosze więcej, bo pierwszy będzie chciał podwyższyć cenę o grosz. W przedziale rozmawiali jednak o głupstwach, broń Boże nie o tym. Co zrobił nie w ciemię bity rzemieślnik? Zażądał o trzy grosze więcej za sztukę i konkurenci zapłacili podwójnie, kupując jedynie połowę. Tak było dawniej. Dziś pojawia się jeszcze inny hydraulik, daje producentowi w łapę i zgarnia całą pulę.
|
|
|