Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 10/2001

Nieuczciwa konkurencja i konflikt interesów
Poprzedni Następny

Agora

Rektor powinien mieć możliwość zablokowania transferu własności
intelektualnych i majątkowych ze swojej uczelni.

Bogdan J. Wosiewicz

 Fot. Stefan. Ciechan

Sejm RP dokonał od dawna oczekiwanej nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. Spośród czterech ważnych spraw skierowanych przez rząd w trybie pilnym (regulacje płacowe, akredytacja państwowa, problem wieloetatowości i umocowanie ustawowe KRASP) tylko dwie pierwsze znalazły uznanie (prawie jednomyślne) posłów. Sejm uznał, że spośród zgłoszonych zmian dwie ostatnie nie są tak istotne i mogą poczekać do sformułowania i uchwalenia całościowej ustawy dotyczącej szkolnictwa wyższego. Warto jednak z takim poglądem polemizować, przynajmniej jeśli idzie o proponowaną w nowym zapisie konieczność zgody rektora uczelni, w której mianowany nauczyciel akademicki pracuje, na dodatkowe zatrudnienie, w tym także w ramach własnej działalności gospodarczej.

Zapis o potrzebie zgody rektora na dodatkowe zatrudnienie lub prowadzenie działalności na własny rachunek w ustawie o szkolnictwie wyższym jest konieczny i równie ważny, jak sprawa akredytacji czy oczekiwanych od dawna uregulowań płacowych. Rektor każdorazowo powinien wyrażać zgodę na podjęcie takiej pracy, a później, być może nawet corocznie, sprawę analizować i zgodę ponawiać lub nie. I wcale nie po to, żeby utrudnić pracę i dodatkowe zarobki nauczycielom akademickim na dwóch czy nawet większej liczbie etatów, choć w publicystyce poświęconej temu tematowi najczęściej koncentrowano się właśnie na liczbie etatów, na których profesor lub inny nauczyciel akademicki może efektywnie i bez szkody dla uczelni macierzystej pracować. Takie wypowiedzi drukowało wiele czasopism, także „Forum Akademickie” (por.: Akademicka wieloetatowość, nr 3/1999 czy Jeszcze raz o wieloetatowości, nr 5/2001). Jest to oczywiście ważne, ale wcale nie najistotniejsze. Podczas obowiązkowej oceny okresowej nauczyciela akademickiego, umocowanej dobrze w starej ustawie, możemy przecież ocenić, przynajmniej teoretycznie, czy jego praca i jej efekty są zadowalające, dobre, wyróżniające czy nawet wybitne i podjąć stosowne kroki, np. korygujące wynagrodzenie.

OBSZAR POWAŻNEJ KONKURENCJI

Ważniejsze, jak się wydaje, jest jednak spojrzenie na problem wieloetatowości z punktu widzenia zwalczania różnych przejawów niezbyt uczciwej, niekiedy wprost nieuczciwej konkurencji, a także poprzez coraz częstszy, a nie uświadamiany, choć być może tylko nie artykułowany głośno, konflikt interesów. Oba problemy są w dłuższej perspektywie istotne i za kilka lat mogą, niestety, doprowadzić do niekorzystnych sytuacji w szkolnictwie wyższym, przede wszystkim w grupie uczelni akademickich. Przyjrzyjmy się więc, choćby szkicowo, tym dwom aspektom sprawy. Najpierw zatem nieuczciwa konkurencja, pojawiająca się w różnych postaciach, zarówno w kształceniu, ale także i w badaniach naukowych. Nie chodzi przy tym wcale o przypadki świadomie sprzecznego z prawem działania nielicznych nauczycieli akademickich, ale działalność z pozoru rozsądną, akceptowaną i, wydawałoby się, prawem dopuszczalną.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że rozwój wielu uczelni niepublicznych, ale także licznych państwowych szkół zawodowych nie byłby możliwy bez istotnego udziału nauczycieli akademickich pracujących tam na drugich etatach. Natomiast nie wszyscy, być może, jasno sobie uświadamiamy, że jest to obszar poważnej konkurencji, przynajmniej w odniesieniu do niektórych kierunków i form studiów, zwłaszcza odpłatnych. A przecież liczba miejsc we wszystkich typach szkół wyższych i wszystkich formach studiów przewyższa już istotnie liczbę maturzystów, którzy kończą szkoły średnie każdego roku. Jeśli ponadto pamiętamy o zbliżającym się niżu demograficznym i sposobie dzielenia budżetu szkolnictwa wyższego w proporcji do przeliczeniowej liczby studentów, to istotnie jest o co, a właściwie o kogo, konkurować.

Pozostawmy jednakże poza dyskusją samo zagadnienie niezbyt uczciwej konkurencji w sytuacjach nieodpowiedniego poziomu nauczania, a więc zbyt niskich wymagań lub rzeczywistego braku możliwości prowadzenia kierunku na odpowiednim poziomie, w niektórych szkołach czy na niektórych wydziałach. Można chyba mieć nadzieję, że ta akurat sprawa zostanie definitywnie rozwiązana przez państwową akredytację i popyt rynku tylko na dobrych absolwentów, że nie dojdzie do sytuacji, w której na tak prawnie nieuregulowanym rynku szkolnictwa wyższego szkoły gorsze zaczną wypierać lepsze (zgodnie z kopernikańską regułą). Na rozwiązanie tego problemu można jednak liczyć dopiero w dłuższej perspektywie. Ta sprawa nie będzie tutaj także przedmiotem dyskusji.

KTO SPIJA ŚMIETANKE?

Gdzie zatem tkwi ta nieuczciwa konkurencja? Po pierwsze, trzeba zauważyć, że osiągnięcie habilitacji wymaga zwykle przynajmniej kilkunastu lat badań, poważnego inwestowania w wiedzę, w warsztat naukowy, a uzyskanie tytułu profesorskiego dalszych kilku lat. Konieczny jest wówczas wyraźny i wymierny dorobek naukowy po habilitacji, ale także dorobek dydaktyczny (podręcznik, doktoranci). Na uzyskanie profesury tytularnej potrzeba z reguły ponad 20 lat pracy, publikacji i efektów naukowych. Macierzysta uczelnia przez wiele lat inwestowała poważne środki, różnej zresztą natury, żeby uzyskać potrzebne awanse. A druga czy następna jednostka? Płacą tylko bieżące koszty i to z pewnością nie wszystkie.
Przygotowanie na dobrym poziomie nowego przedmiotu (wykłady, ćwiczenia, testy itd.) wymaga także sporo czasu, prób, wielu doświadczeń. Niezwykle rzadko program jest realizowany w ostatecznej postaci już w pierwszym roku zajęć. Do jego przygotowania trzeba doświadczenia, dostępu do zasobów bibliotecznych, programowych, baz danych, dyskusji w zespole, sprawdzenia doświadczeń, przygotowania materiałów ilustracyjnych i pomocy dydaktycznych, zaprojektowania ćwiczeń itp. Koszty wielu tych prac poniosła z reguły uczelnia macierzysta. Nawet gdy ograniczymy się do samego wygłoszenia wykładu i pominiemy przygotowanie materiału ilustracyjnego (plansze, przeźrocza, foliogramy itd.) i komputerowego zapisu wykładu, to i tak podstawowe koszty jego przygotowania z reguły ponosi, lub już poniosła, uczelnia macierzysta. W drugiej uczelni ten utwór zostaje zwykle tylko odtworzony, być może z jakąś, często niewielką, modyfikacją. Kosztów jego przygotowania nie rekompensuje druga czy trzecia uczelnia. Prawa autorskie do utworu przysługują oczywiście autorowi, ale prawa materialne do utworu (wykładu, ćwiczeń itd.) posiada przecież uczelnia macierzysta. Utwór powstał bowiem najczęściej w ramach stosunku pracy.

Następna sprawa to plany i programy studiów, programy nauczania itd. Zostają „przeniesione” z jednej uczelni do drugiej. Koszty ich wytworzenia (praca autora lub autorów, komisji wydziałowych, dyskusje ze studentami i na radach wydziału) ponosi tylko jedna uczelnia, druga tylko korzysta z gotowych wzorców, przekazanych zwykle drogą nieoficjalną, bez rekompensowania rzeczywistych kosztów.

Mamy zatem do czynienia z nieodpłatnym przenoszeniem dorobku jednej uczelni do drugiej. Koszty drugiej uczelni są nieporównywalnie mniejsze, znajduje się ona w znacznie korzystniejszej sytuacji, konkurencja nie jest więc równa. A zatem kto inny poniósł koszty, kto inny spija śmietankę. W przypadku uczelni prywatnych mamy w istocie transfer pieniędzy publicznych (kosztów poniesionych na wykształcenie profesora, przygotowanie planu studiów, programu przedmiotu czy też samego wykładu i materiału ilustracyjnego itd., poniesionych przez całe społeczeństwo) na prywatne zarobki ich pracowników i zyski właściciela szkoły.

Podobna sytuacja może mieć miejsce, jeżeli pracownik naukowy uczelni realizuje badania naukowe na rzecz innej uczelni. Gdy prowadzi działalność gospodarczą, także własną, na obszarach, które obsługiwać mogłaby jego jednostka podstawowa czy uczelnia. Obszary nieuczciwej konkurencji mogą pojawić się także wówczas, gdy do działalności własnej (lub cudzej) firmy, do pozyskania zleceń, ekspertyz, zamówień itp. wykorzystuje się stopnie i tytuły uzyskane w uczelni macierzystej, wizytówki z instytutu czy katedry, dla przydania sobie prestiżu czy znaczenia, ważności czy przewagi, gdy organizuje się spotkania w uczelni itp. Pewnym problemem mogą być także granty KBN realizowane samodzielnie czy też poprzez inną instytucję, a więc poza macierzystą uczelnią, z wykorzystaniem doświadczenia, pewnych zasobów własnej uczelni i spożytkowując to, co uczelnia włożyła wcześniej w przygotowanie swojego profesora i to, co daje mu do dyspozycji.

W tych rozważaniach, ze względów oczywistych, pomijam zupełnie działalność zdecydowanie patologiczną i niezgodną z prawem: sprawę ewentualnego wykorzystywania sił osobowych (pracowników technicznych, administracyjnych czy bibliotecznych) i środków (laboratoria, komputery, telefony, pomieszczenia, energia itp.) do działań własnej (lub cudzej) firmy, własnego zlecenia realizowanego poza uczelnią itp.

KOMPETENCJE REKTORA

Teraz trochę o tym czy i gdzie pojawia się konflikt interesów i czy może dotyczyć szkolnictwa wyższego. Przede wszystkim prawie zawsze, gdy realizujemy zajęcia albo w jakikolwiek sposób wspomagamy lub choćby tylko firmujemy w innej szkole kierunek studiów realizowany także w naszej macierzystej uczelni (a jest to prawie reguła), może dochodzić już dziś do oczywistego konfliktu interesów. Np. gdy kandydatów na studia nie wystarczy dla obu uczelni albo kiedy nasze koszty kształcenia muszą być wyższe (ponosimy przecież pełne koszty) niż koszty drugiej uczelni, która co prawda oferuje wysokie stawki, ale np. tylko za godziny zlecone. Konflikt interesów może pojawić się i wówczas, gdy pracujemy w instytucie badawczym, instytucji czy firmie (np. własnej), która prowadzi badania lub działalność podobną do naszej uczelni. Konflikt interesów jest już oczywisty, jeśli przez swoją lub obcą firmę realizujemy prace (opracowania, projekty, zlecenia itp.), które można zrealizować w macierzystej uczelni. Można wówczas być istotnie konkurencyjnym i oferować niższe ceny tych opracowań, jeśli część kosztów, nawet nieświadomie, obciąży macierzystą uczelnię. Wiele takich zagadnień dotyczy oczywiście kwestii etyki zawodowej i nie jest wcale łatwa do rozstrzygnięcia, szczególnie wówczas, gdy pobory we własnej uczelni nie są najwyższe, a inne podmioty kuszą godziwymi stawkami i dobrymi poborami.

Jaki zatem z tych kilku refleksji wypływa wniosek? Otóż rektor uczelni (każdej!) powinien zatem bezwzględnie posiadać możliwość oceny czy dodatkowa praca mianowanego nauczyciela akademickiego na drugim i dalszych etatach nie prowadzi do konfliktu interesów z macierzystą uczelnią i/lub nie pojawiają się czasami elementy nieuczciwej konkurencji. W takich sytuacjach nie powinien w żadnym razie wyrażać zgody na dodatkowe zatrudnienie albo stosowną umową powinien zabezpieczyć interesy majątkowe, dydaktyczne, badawcze a nawet produkcyjne własnej uczelni. Powinien mieć możliwość zablokowania transferu własności intelektualnych i majątkowych ze swojej uczelni. W skrajnych sytuacjach powinno nawet dojść do rozstania z pracownikiem, który narusza dobre interesy własnej uczelni lub wspiera nieuczciwą konkurencję. Wydaje się zatem, że pominięcie tej ważnej kwestii przy nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym nie było właściwe. Utrudnia bowiem, a być może uniemożliwia nawet zmagania państwowych uczelni wyższych z nieuczciwą konkurencją i konfliktami interesów, w które uwikłani są niekiedy nauczyciele akademiccy. Koszty wielu działań dydaktycznych, badawczych i organizacyjnych w szkolnictwie wyższym ponosić będzie nadal całe społeczeństwo a korzyści, nie w pełni jednak należne, zasilą tylko niektóre portfele.

Prof. dr hab. Bogdan J. Wosiewicz, specjalista w zakresie budownictwa wodno-melioracyjnego, modelowania matematycznego i metod komputerowych, pracuje w Katedrze Mechaniki Budowli i Budownictwa Rolniczego Akademii Rolniczej w Poznaniu.
 

Uwagi