Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 10/2001

Zakalec
Poprzedni

Wyznania szalonego humanisty

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

„Z polską nauką jest jak z ciastem. Są w cieście rodzynki i te rodzynki są świetne. Ale oprócz nich jest zakalec. Po pierwsze, Polska przeznacza na naukę mniej więcej tyle, ile Zimbabwe. Zawsze powtarzam: politycy we wszystkich krajach działają krótkowzrocznie, na jedną kadencję. A nauka to jest wkład na kilkadziesiąt lat”. Po drugie: nie ma „po drugie”, gdyż dziennikarka „Wprost”, która przeprowadzała wywiad, z którego zaczerpnąłem te słowa, nie zadbała o to, by się to jakoś kupy trzymało. Pewnie nie może się oczyścić z oblepiającego ją zakalca: na studiach jej nie nauczono, jak się poddaje obróbce teksty przeznaczone do druku. To zresztą nie mój problem. Moim problemem są zacytowane słowa, które sam do znudzenia na łamach „Forum” powtarzam.

Ale rzecz nie tylko w tym, że politycy myślą i działają w rytmie kadencyjnym. Rzecz w tym również, że już dawno przestali myśleć w kategoriach interesu państwa czy – mówiąc bardziej górnie – racji stanu. Myślą (jeśli w ogóle to czynią) partyjnie, a nawet jeszcze gorzej – w grupach interesów, co widać wówczas, gdy partie pączkują, rozpadają się, mnożą i znikają. Ruch tu taki, że człowiek głosując – jeśli jeszcze mu do tego chęć nie minęła – nie może być pewien czy ugrupowanie, dla którego wrzuca kartkę do urny wyborczej, za dwa miesiące nie zniknie ze sceny lub nie przekształci się w swoje przeciwieństwo. Zaiste, życie polityczne mamy w tej niepodległej Polsce wysoce pokraczne. Styl myśli politycznej mamy w ojczyźnie dokładnie taki, jaki poziom nauki: w większości zakalec z paroma rodzynkami.

Może to chociaż ową, pożal się Boże, „klasę polityczną” skłoni do inwestycji w naukę – wszak, jeśli się ma jakaś myśl polityczna rozwijać, to niechże wyjdzie ona z gabinetów profesorskich Jadwigi Staniszkis, Marcina Króla czy Pawła Śpiewaka na forum publiczne, na demokratyczną agorę. By się jednak tak stało, trzeba najpierw z czegoś owe profesorskie gabinety utrzymać – nie tylko po to, by zapewnić ich jajogłowym mieszkańcom godziwe zarobki, lecz także po to, by stać ich było na owych gabinetów rozbudowanie, na zatrudnianie nie tylko adiunktów z doktoratami, ale też prostych asystentów czegoś się przy mistrzach uczących.

Jednym z takich mistrzów jest autor cytowanych wyżej słów, jeden z twórców genetyki mitochondrialnej (nie jest to – zapewniam – genetyka mitów), człowiek, który za gotowość oddania życia dla kraju odznaczony został Krzyżem Walecznych, profesor Sorbony i członek wielu naukowych akademii na naszym globie – Piotr Słonimski. Wspominam o „kombatanckich” zasługach (był członkiem Kedywu AK) nie dla ozdoby jedynie, lecz po to, by wskazać typ osobowości. Po wojnie Słonimski nawiał do Francji i słusznie zrobił: w Polsce zapewne nie zdołałby tyle w nauce osiągnąć. Czy dziś, jako młody adept nauk biologicznych, zdołałby pozytywnie zareagować na apel „Polityki” wzywający młodych naukowców, by „zostali z nami”? Nie wiem. Jestem wszakże pewien, że w kwestii wydatków na naukę czynionych przez państwo nie miałby zdania odmiennego niż to, które wypowiada dziś, jako bez mała osiemdziesięcioletni uczony.

Przyznam, że piszę ten felieton z raczej czarnymi myślami, może nawet ciemniejszymi od czerni. Obok mnie leży plik gazet, których lektura dowodzi jasno, że nie tylko nie będzie dotacji na rozwój nauki, ale że nastąpią cięcia w dotychczas przyznanych środkach. Nasza klasa polityczna wzbiła się nad poziomy i pokierowała finansami państwowymi tak, iż znalazły się one na granicy kolapsu – tak przynajmniej wypowiadają się o tym ludzie materię ową znający (ja, przyznam, do nauk ekonomicznych zostałem swego czasu skutecznie zniechęcony, trzy razy podchodząc do egzaminu z przedmiotu o nazwie „ekonomia polityczna socjalizmu”). A znaczy to tyle tylko, że, by ratować co się da, uderzą przede wszystkim tam, gdzie można to uczynić bezkarnie, czyli bez ryzyka większych protestów: w najsłabszych. Do nich należy też „sektor naukowy”. Już widzę oczyma wyobraźni radość, jaką wywoła lub już wywołuje słodka propozycja obecnego ministra od kasy, by w „budżetówce” zamrozić wysokość poborów na (co najmniej) dwa lata. Przytomnie co prawda usiłuje kontrować Władysław Frasyniuk powiadając, że można, przynajmniej na razie, póki finansowego potwora się nie zwalczy, zrezygnować z kupna bojowego samolotu F-ileśtam i w zamian za to ratować ową „budżetówkę” przed nędzą (pewnie, że nie tak wielką, jak w Zimbabwe). ale należy wątpić, by tego typu uwagi znalazły jakieś echo wśród polityków: oni wszak też z czegoś żyć muszą, a nie nakradną się przecież przy podnoszeniu sum przeznaczonych na szkolnictwo, naukę lub kulturę, lecz raczej przy przetargach na rakiety czy inne haubice lub fugasy jądrowe. Tu przynajmniej ciasto jest dobrze wypieczone, a rodzynki dosypywane przez sojuszników słodsze niż gdzie indziej, o czym przekonał się podobno Zbigniew F., złapany przez waleczne służby na promie do Szwecji doradca byłego wiceministra obrony, u którego to Zbigniewa F., w wydawanym przezeń w Toronto w latach 80. tygodniku „Echo”, przez kilka sezonów publikowałem felietony o tym, jak to w kraju komuna się zapada i idzie ku niepodległości.

Pocieszająco w kontekście tych wszystkich śmieszno-strasznych wydarzeń brzmią słowa Piotra Słonimskiego, które wypowiada w dalszej części cytowanego wywiadu: „Zawsze będzie pewna liczba młodych ludzi, którzy interesują się nauką”. To owi pogardzani przez „górne” umysły, przyziemni „badacze owadzich nogów”. Rzecz w tym, by ci młodzi, zainteresowani nauką ludzie, mogli w ogóle swe hobby uprawiać, by mogli owady kupić, zdobyć sprzęt do ich łowienia i aparaturę do ich krojenia. I by jednak, mimo wszystko, czynili to raczej w kraju niż za granicą. Może więc jednak nie jest tak strasznie źle, jak to wynika z lektury bieżącej prasy, może już za tydzień-dwa, że jednak, póki co, nie trzeba tych cięć aż tak strasznych, jak to się dziś zapowiada. Nadzieja jest podobno matką głupich. No i niech będzie. Trudno. 

Uwagi