Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 2/2002

Za(nie)mówienia publiczne
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Zmuszanie do zamawiania na rok z góry wyklucza zakupy książek do bibliotek,
tak naukowych, jak i publicznych. To jest nie do wykonania.

Jacek Wojciechowski
 

 Fot. Stefan Ciechan

Istotą prawnej regulacji zamówień publicznych jest wykluczenie praktyki, w której wszystkie publiczne pieniądze otrzymywałaby, powiedzmy, moja ciocia (są bowiem jeszcze cudze ciocie). W słusznej – występującej wszak i w UE – intencji pojawiają się jednak liczne kłopoty wykonawcze. Gdyby było inaczej, nasza ustawa w tej sprawie nie byłaby przecież zmieniana już (jeśli dobrze liczę) dziesięciokrotnie.

KAGANIEC

Żaden pies nie kocha kagańca, ale czasem bywa, że przywyknie. Każda regulacja prawna jest swego rodzaju kagańcem, lecz jeśli rozumna i użyteczna, staje się z czasem normą akceptowaną. Rzecz w tym, że regulacja zamówień publicznych jest postrzegana jako wędzidło niezrozumiałe. Trochę zasadnie, a trochę nie. Bezzasadnie dlatego, że gospodarkę środkami publicznymi jakoś regulować trzeba. Dla dobra wszystkich oferentów oraz dla rozsądku w wydawaniu tych środków. Zasadnie natomiast dlatego, że jest to nolens volens powrót do (totalitarnej?) reguły regulowania wszystkich drobiazgów centralnie. Bardzo uszczegółowiona ustawa – jak chyba nigdzie w Europie – decyduje o sposobie postępowania zarówno kierownika szaletu, jak rektora gigantycznej uczelni oraz prezesa makrokombinatu. Otóż, trudno ich działania ujednolicić.

Co więcej: zmiany wprowadzane w przedmiotowej ustawie robią wrażenie dokonywanych na krzyk. Nic wszak nie wiadomo o konsultacji z uczelniami, która pozwoliłaby uniknąć rozwiązań złych. Kiedy analizuje się kolejne zapisy, trudno uniknąć wrażenia, że jest to klasyczna ustawa zzabiurkowa.

Ostatnie zmiany – obok rozsądnego przeszeregowania progów oraz wyłączenia z kręgu zainteresowania wszystkiego, co (łącznie) kosztuje mniej niż 3000 euro – wprowadziły w osłupienie osoby, które mają z uczelniami wyższymi cokolwiek wspólnego. Na dobrą sprawę, według znowelizowanych postanowień nie da się w praktyce funkcjonować, trzeba zatem postulować nowelizację kolejną. Możliwie szybko, lecz zarazem tak, żeby nie naruszyć istoty ustawy ani nie ustawić się w długiej kolejce niezadowolonych. Nie każde bowiem niezadowolenie jest uzasadnione.

PODMIOT ORZECZONY

Zmieniona wersja art. 4 ustawy czyni jednoznacznie uczelnię jako całość podmiotem wszystkich zamówień publicznych. Trzeba więc z góry, na cały rok, dla całej uczelni, określić potrzeby w zakresie np. papieru toaletowego (z wykluczeniem rozwolnień), wyrobów papierniczych albo mebli do siedzenia. Niezależnie od tego, że wszak z góry nie wiadomo, ile na to środków będzie, kiedy i w jakim procencie zostaną przelane ani kiedy i czy w ogóle zostaną przyznane środki celowe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomysłodawcy tego rozstrzygnięcia za długo przebywali na Księżycu.

Wyższe uczelnie należą w tej chwili do największych państwowych jednostek organizacyjnych i już choćby z tego tytułu trudno przyjąć dla nich rozwiązania stosowne dla czteroklasowych szkół. Ale jest coś więcej. Od dawna podstawową jednostką organizacyjną uczelni jest wydział, mimo braku osobnego konta w banku i numeru NIP. To zresztą jednostka ogromna – tak, jak równorzędne, np. biblioteka główna – grupująca gigantyczny potencjał intelektualny, osobowy i materialny. I tego nie da się zmienić żadnymi biurokratycznymi ustawami, ten status musi być zagwarantowany.
Otóż, żeby uczelnie oraz wydziały mogły funkcjonować, konieczne jest szczegółowe rozwiązanie prawne – mianowicie stosowny zapis w art. 4 ustawy o zamówieniach publicznych, np. jako pkt 2 – zamiast skreślonych pkt. 2-4 – z dodaniem odpowiedniego zastrzeżenia w pkt. 1. tegoż artykułu. Brzmienie tego zapisu można roboczo ustalić następująco: jednostką zamawiającą może być wydział wyższej uczelni oraz jednostka równorzędna wydziałowi wyższej uczelni. I mniej więcej takiej zmiany powinny dopominać się wszystkie wyższe uczelnie. Jako adresatów tego postulatu da się zaś wskazać: resort edukacji, resort nauki, stosowną komisję sejmową, ale także poszczególnych posłów. Potrzebne jest bowiem życzliwe lobby.

KSIĄŻKI TO JUZ SĄ

Niestety, na tym nie koniec, istnieją bowiem zasadnicze przeszkody w funkcjonowaniu także po stronie przedmiotów zamówień. Mianowicie, ustawa, mimo woli, wymusza podział środków finansowych instytucji według asortymentu zamówienia, w szczegółach, na cały rok z góry. Otóż tu nie ma mowy o racjonalnym postępowaniu. Tak było za Bieruta, a potem w paragrafowych jednostkach budżetowych, słowem – wraca nowe.

Ustawa – w art. 2.10, 2.12 oraz 17.1 – odsyła w zakresie przedmiotów zamówienia do Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (DzU 1997 nr 42 p. 264), ustalonej przez rozporządzenie Rady Ministrów, co zapewne ułatwi ewentualne zmiany, bo nie trzeba będzie dalej ruszać ustawy. Na razie jednak zdumienie trwa. Można mianowicie zgodzić się, że przedmiotem zamówienia są jaja w skorupkach, perły oraz wełna szarpana. Można też w końcu przystać na kategorie gazety (...) ukazujące się przynajmniej cztery razy w tygodniu oraz ukazujące się rzadziej niż cztery razy w tygodniu. W końcu na ogół wiadomo z góry jakie tytuły chce się zaabonować oraz ile to będzie kosztowało rocznie.

Natomiast nie do przyjęcia jest określenie przedmiotu zamówienia jako książki. Pytanie jest, jak to zamawiać: na sztuki czy na kilogramy. Jednakowo Biblię i Mein Kampf – bez różnicy. Ktoś kto to wymyślił – nawiasem mówiąc, nie wiadomo, dlaczego wyodrębnił jednak słowniki, encyklopedie i nuty – zaprzyjaźnił się zapewne z jedną tylko książką, mianowicie telefoniczną. W sumie to jest przecież tak, jakby w innych miejscach zamówienia ograniczyć do przedmiotów albo do cieczy. A swoją drogą, w takim kontekście, to książki już w bibliotekach są, więc niby po co kupować następne?

Gdyby taki zapis miał nadal pozostać, to koniec z polskimi bibliotekami, z polskimi księgarniami oraz z polską nauką i kulturą. Książki bowiem kupuje się według tytułów, po ich rozpoznaniu oraz za kwoty, które w momencie zakupu będą do dyspozycji. Zmuszanie do zamawiania na rok z góry wyklucza zakupy książek do bibliotek, tak naukowych, jak i publicznych. to jest nie do wykonania. Jeśli nawet udałoby się jakimś cudem taki zapis wprowadzić w życie, to za rok pozostałoby w Polsce 20-30 księgarń, pozostałe natomiast nie miałyby szans na trwanie, ustawa bowiem preferuje monopolistów. Że już nie wspomnę o tych wydawcach publikacji niskonakładowych, którym każda księgarnia odmawia rozpowszechniania, a to są wszak głównie książki naukowe. Więc nie kupujemy?

Ten zapis trzeba zatem zmienić niezwłocznie, zanim rozsypie się nam zaplecze nauki i kultury. Zmiana jest niezbędna także i dlatego, że w XXI wieku, w cywilizowanym kraju, nie może obowiązywać jawnie idiotyczna reguła prawna.

Zmiany wymaga w przywołanym tu rozporządzeniu treść pkt. 22.11.1, 22.11.2 i 22.11.3, przez dodanie słów: „według tytułów”. I to wystarczy.

Adresatami sugestii tych zmian powinny być wymienione już resorty oraz komisja sejmowa, ponadto resort kultury oraz sejmowa komisja kultury i środków przekazu, a docelowo (być może bezpośrednio i przede wszystkim): prezes Rady Ministrów, nawet jeżeli mu innych kłopotów nie brakuje. Wystąpienia postulujące powinny być liczne, nie tylko bowiem ze strony uczelni i uczelnianych bibliotek, lecz także bibliotek publicznych, księgarń oraz wydawców. Kłopot bowiem, który powstał, jest wspólny i ogólnopolski.

POSŁUGI WYDAWNICZE

Ale jest coś jeszcze. Mianowicie, sprowadzenie przedmiotu zamówienia do książek jako takich, skomplikuje albo wręcz wykluczy usługi wydawnicze na rzecz uczelni. Czy będą to wydawnicze posługi (ostatnie)?

Dokumentem działalności naukowej, instrumentem dydaktycznym oraz przedmiotem naukowej kwalifikacji jest wciąż jeszcze książka rozumiana jako konkretna publikacja, tytuł. Finansowane i dofinansowywane przez uczelnie oraz KBN publikacje książkowe łącznie każdą uczelnię kosztują sporo. W świetle obecnej wersji ustawy trzeba domniemywać, że zamiary wydawnicze na cały rok – biada, jeśli nie skonkretyzowane do końca – trzeba będzie w trybie przetargu nieograniczonego powierzyć jednemu wydawcy, niezależnie od tematu publikacji oraz edytorskiej specjalizacji. To samo dotyczy czasopism naukowych, których w każdej uczelni wydaje się sporo.

Umówmy się, że jest to niewykonalne, zatem nasze szkolnictwo wyższe oraz nauka znalazły się w sytuacji patowej. Z tak trywialnego powodu, jak wadliwy zapis prawny, zresztą zdaje się, że przygotowany do innych celów. Tym bardziej więc uzasadnione są przedstawione tu sugestie zmian.
Nikt tu nie mówi o zasadniczej zmianie ustawy o zamówieniach publicznych, ani tym bardziej o wyłączeniach podmiotowych. Kolejka innych chętnych byłaby zbyt długa.

Natomiast są nieodzowne drobne korekty postanowień, umożliwiające funkcjonowanie uczelniom oraz bibliotekom. Trudno wszak przystać na to, żeby z nieostrożnej formuły prawnej narodziła się rujnacja czegokolwiek, co wartościowe.

PS W spóźnionym „Dzienniku Ustaw”, 2001, nr 154 poz. 1802, ukazał się niedostrzegalny i trudny do zrozumienia art. 12, który przesuwa na 2004 rok obowiązek szacunkowego określania zamówień rocznych na poszczególne dostawy i usługi na podstawie wysokości zamówień z poprzedniego roku, czyli zawiesza na 2 lata wykonywanie postanowień art. 3a ustawy o zamówieniach publicznych. Ale głównych uciążliwości ustawy, o których pisałem, nie eliminuje.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, pracuje w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UJ. Jest dyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie.

Najprawdopodobniej w marcu rząd zajmie się zmianami w ustawie o zamówieniach publicznych tak, aby uwzględnić specyfikę pracy instytucji kultury, np. bibliotek.

(Red.)

Komentarze