|
|
Gwiazdy i meteoryNie mogę w istocie zrozumieć, jaka jest korzyść Beata Machnik
Wszechstronny, wszędobylski, a przy tym znający swoją wartość. Tak mogłaby wyglądać najkrótsza charakterystyka Józefa Tomasza Rostafińskiego. Ten urodzony w 1850 r. warszawiak nie zagrzał zbyt długo miejsca w stolicy. Jako syn ziemianina, dyrektora jednego z wydziałów Banku Polskiego, mógł zapewne bez obaw kreślić swą przyszłość uczonego. Mając 19 lat zarzucił kształcenie w Szkole Głównej Warszawskiej, gdzie studiował matematykę oraz przyrodę i w ślad za swym nauczycielem Edwardem Strasburgerem wyruszył do Jeny. Na wykładach Ernesta Haeckla, zapamiętałego propagatora darwinizmu, poznał zasady ewolucji. Po roku pojętny uczeń spakował walizki i przeniósł się do Halle, by po pewnym czasie wylądować w Strasburgu. Okres naukowych wojaży zaowocował pierwszymi pracami. Od początku pasją Rostafińskiego były glony. Nie poprzestał jednak na tych zainteresowaniach. W tym samym czasie, gdy pochylał się nad procesem kopulacji pływek u glonów, wgryzał się też w zakurzone zielniki sprzed lat. Efektem badań florystycznych była synteza dotycząca roślin kwiatowych centralnej Polski. Okres „strasburski” był szczególnie cenny, jeśli chodzi o publikacje naukowe Rostafińskiego. Jego monografia śluzowców stanowiła pierwszą próbę zestawienia tej klasy roślin zarodnikowych dla całego świata. Przyjąwszy za kryterium podziału cechy wewnętrzne organizmów, potwierdził pojawiające się poglądy, według których śluzowce są ogniwem między światem roślinnym a najprostszymi formami świata zwierzęcego. Dzięki śluzowcom o Rostafińskim usłyszeli badacze z całego świata. Rozgłos przyniosło mu zwłaszcza odkrycie zjawiska merogonii. Obserwując proces rozmnażania się morszczynów, nasz bohater doszedł do wniosku, że jajo morszczyna podzielone na części, pozbawione jądra, zapłodnione następnie plemnikiem, może z niektórych części odtworzyć cały organizm. Musiało upłynąć kolejne 8 lat, zanim to samo zjawisko naukowcy zauważyli u jeżowców. Eksperymenty te Rostafiński prowadził już po powrocie do kraju. W 1876 r. zamieszkał w Krakowie. Czym zachwyciła go Galicja? Odpowiedź znajdziemy śledząc tematykę kolejnych prac naukowych z tego okresu: rok 1881 – studia o czerwonym i żółtym śniegu w Tatrach (zabarwionym, jakżeby inaczej, przez glony), o nowo odkrytej grupie brunatnic (również w Tatrach), o nowym rodzaju sinicy i następnej brunatnicy o swojsko brzmiącej nazwie Chałubinska. Jena, Strasburg czy c.k. Kraków – na szczęście dla Rostafińskiego glonów wszędzie było pod dostatkiem. Przy okazji naukowych wypraw w Tatry dały o sobie znać kolejne pasje. Pochodzące z tego okresu próby literackie Rostafińskiego czyta się z prawdziwą przyjemnością. Oto uwagi poety w skórze przyrodnika, który odwiedzając Zakopane zostaje skazany na góralską dietę: Mleko jest krzyścijańskie, to jest obficie podlewane wodą, bo i górale doszli do tego przekonania, że chociaż to nie roślina, jednak pod takim wpływem przyrasta w sposób widoczny i dla ich kieszeni skuteczny. Z funkcjonowaniem ogrodów botanicznych Rostafiński miał okazję zapoznać się
już jako gimnazjalista. Niemałe doświadczenie w tej kwestii dał mu też pobyt za
granicą. Kiedy więc zjawił się w Krakowie i dostał propozycję objęcia katedry
botaniki w UJ, jako warunek postawił wybudowanie nowych szklarni i palmiarni w
podupadającym wtedy ogrodzie. Warunek został spełniony, a Rostafiński, obok
katedry, objął stanowisko dyrektora Ogrodu Botanicznego UJ. Za jego kadencji
założono tam nową paprociarnię, storczykarnię i mnożarkę. W przedmowie do Słownika polskich imion, rodzajów oraz wyższych skupień roślin z 1900 r. badacz podkreślał rangę swego dzieła, wytykając przy okazji marny poziom wcześniejszej publikacji Erazma Majewskiego: Zawiera materyał (...) sumiennie i krytycznie opracowany. Nie jest to rzecz błaha, skoro żaden z dotychczasowych słowników nie był wolny od błędów, a w specjalnym słowniku p. E. Majewskiego było ich z górą półtoratysiąca. Rzeczywiście, słownik Rostafińskiego, opracowywany przez lata, świadczy o benedyktyńskiej cierpliwości i dokładności uczonego. Zebrane tam nazewnictwo botaniczne w większości obowiązuje do dziś. Ten „znakomity botanik z trwałymi skłonnościami do humanistyki”, jak
scharakteryzował go jeden z biografów, zwiedził Europę, północną Afrykę, konno
przebył góry Atlas, a przez Maderę przeszedł pieszo. Wzbogacił język polski o
szereg terminów (m.in. środowisko, bylina), a ogólnie stosowaną nazwę
„wodorosty” zastąpił słowem „glony”, zaczerpniętym zresztą z gwary góralskiej.
|
|
|