|
|
Rody uczone (65)Powołanie nauczycielskie zespala wszystkie Magdalena Bajer
W każdym niemal z „uczonych rodów”, które dotąd poznałam, są tradycje nauczycielskie i serdeczna ich pamięć, a nierzadko kontynuacja. W rodzinie Siwińskich nauczycielska służba trwa, choć drugie już pokolenie łączy z nią pracę naukową i karierę akademicką. Na owo połączenie kładą szczególny nacisk, tłumacząc, że nauka bez nauczania nie byłaby możliwa, a że nie jest możliwa sytuacja odwrotna, pokazuje życie prof. Włodzimierza Siwińskiego, rektora UW w latach 1993-99, i jego córki dr Joanny Gorzelak, która przekonała się o tym na początku życiowej drogi. Wierna tradycji nauczania szkolnego jest mgr Halina Siwińska, siostra i ciotka, znakomita polonistka w warszawskiej szkole św. Augustyna, wicedyrektor tej szkoły. OCZYWISTA SŁUŻBADrugie jeszcze powołanie, obok nauczycielskiego, naznaczyło rodzinną tradycję Siwińskich. Po kądzieli moi bohaterowie mają trzy pokolenia lekarzy. Myślę, że sprzyja to umocnieniu i zespoleniu ze sobą takich „cnót elementarnych”, jak poczucie zobowiązania wobec innych i ofiarność w wypełnianiu tego zobowiązania, przy stałym przeświadczeniu o potrzebie ich doskonalenia. Halina Siwińska przypomina żartobliwe powiedzenie matki, że miłość do książek oboje z bratem wyssali w niemowlęctwie, ponieważ ich karmieniu zawsze towarzyszyła lektura. Korzenie tej miłości sięgają jednak dalej w przeszłość – do pradziadka Stefana Dembego, założyciela Biblioteki Narodowej, którego dom pełen książek profesor dobrze pamięta. Żona pradziadka zginęła w czasie Powstania Warszawskiego, przeżywszy ojca moich rozmówców, którego Niemcy rozstrzelali. Osierocone rodzeństwo wychowywała matka, z wielką pomocą babki, pielęgnującej rodzinne tradycje: to wielkie upodobanie do książek i gorący patriotyzm, w jego wersji, powiedziałabym, klasycznej, właśnie tradycyjnej, tj. miłość Ojczyzny – ofiarną, świadczoną wedle historycznych potrzeb. Z domu rodzinnego w Legionowie, gdzie brat i młodsza siostra przeżyli krótkie wojenne dzieciństwo, wynieśli „wiadomość dobrego i złego” na przyszłe dorosłe życie. O ich ojcu, Jerzym Siwińskim, dyrektorze tamtejszego gimnazjum, bliski współpracownik napisał w wydanej po wojnie książce: (...) gdy podejmował decyzję tworzenia podziemnej legionowskiej szkoły średniej, wiedział, bo musiał wiedzieć, jaki wybiera los. Ale to, co robił, było uderzeniem w najczulsze miejsce wroga, przecinającym jego strategiczne zamiary: psychicznego i moralnego złamania, a na koniec fizycznej likwidacji polskiej inteligencji. To było podjęcie walki, bez broni, o ratowanie duszy narodu, z totalitarną i precyzyjnie zaprogramowaną machiną. Przez legionowską szkołę, oficjalnie „handlówkę” na poziomie zasadniczym, przeszły setki uczniów, wśród nich dzieci volksdeutschów – z domów inteligenckich, robotniczych, chłopskich – i nie zdarzyła się „wsypa”, nikt nie wydał, że program nauczania był tam zupełnie inny niż ten, na jaki zezwalali Niemcy. Osoba dyrektora szkoły stała się wzorem dla następnych pokoleń jej wychowanków, poddanych przez historię próbom innej natury i miary, wymagającym wszakże tych samych przymiotów ducha. W domu państwa Siwińskich dzieci rosły w aurze podziwu dla ojca i wynikających stąd zobowiązań. Wiedziały od początku o Katyniu, znały prawdę o wrogach Polski, chociaż oboje dzisiaj mówią, jak wiele faktów z powojennej historii poznają wciąż jeszcze. We wczesnej młodości, kiedy miejsce tej wiedzy zajmowała bardzo żywa, serdecznie pielęgnowana legenda niepodległościowa i akowska, doznawali czasem pokusy włączenia się w to nowe powojenne życie, tak z legendą niezgodne. Przekreślanie go przez dom bywało trudne do zaakceptowania, ale, dziś dobrze to wiedzą, obroniło przed utratą wewnętrznej niezależności, rodząc przekonanie, że należy – i można – opierać się naciskom osób albo okoliczności, jeśli nakazuje to sumienie. Podobną rolę odegrała ówczesna szkoła z przedwojennymi nauczycielami, którzy w ponurej powojennej rzeczywistości umieli dawać sygnały o tym, że może istnieć rzeczywistość inna i wskazywać dawne tego świadectwa. Były też książki, szczęśliwie ocalałe. Przywołałam w naszej rozmowie natrętne dziś pytanie o to, czy kierowanie się nakazami sumienia jest wciąż możliwe w świecie, który stał się tak bardzo wrażliwy na wszelkie zagrożenie człowieczej wolności, na każdy bodaj cień opresji? Usłyszałam, że jeśli pragnie się służyć innym, to jedynie prawe sumienie pozwala rozróżnić, co jest innym rzeczywiście potrzebne – jak nawyk czytania książek, który pani Halina zaszczepia uparcie swoim uczniom – a co jest tylko pozorem służby. BRAT - POMYŚLNE LATAWłodzimierz Siwiński pragnął zostać... śpiewakiem operowym (do dzisiaj bardzo lubi operę). Matka i dalsza rodzina widziała w nim przyszłego lekarza. Do pierwszego zajęcia nie miał talentu, do drugiego zamiłowania. Utwierdziwszy się w tym, postanowił studiować dziennikarstwo. Był rok 1956, ów rok nadziei, jak się rychło okazało – wyolbrzymionych. Mimo trzech piątek na egzaminie wstępnym, dzisiejszy prof. Siwiński na dziennikarstwo się nie dostał, uzyskując przywilej wyboru innego wydziału UW. Po licznych rozmowach w rodzinie wybrał... ekonomię. Studiując szybko się przekonał, że ta, wybrana trochę z namowy innych, dziedzina jest jego prawdziwą pasją, że ma „wspaniały smak”. Zaraz po studiach jednak chciał zostać dyplomatą. Prof. Bobrowski, u którego robił magisterium, skierował go do przyjaciela w MSZ. Po 40 minutach rozmowy, kiedy mgr Siwiński wypełnił podaną mu ankietę, okazało się, że nie jest członkiem partii. Interlokutor zwymyślał go za zmarnowanie czasu i tak się skończyły dyplomatyczne mrzonki akowskiego syna. Podczas egzaminu magisterskiego otrzymał od mało sobie przedtem znanego profesora propozycję asystentury w bardzo cenionej katedrze Oskara Langego. Trzy miesiące trwało oczekiwanie na etat, wypełnione głównie tzw. „obsługówką”, tj. zajęciami z ekonomii dla studentów innych wydziałów. Był to początek nauczycielskich zadań, gorliwie odtąd wypełnianych. – Pamiętam, jak mi się nogi trzęsły – wspomina prof. Siwiński – kiedy szedłem do historyków sztuki, żeby ich zainteresować ekonomią, a przede wszystkim pokazać, że ekonomia nie jest ideologią, co chyba było warunkiem zainteresowania. W tym momencie rozmowy uczony powiada, w imieniu całej trójki dwupokoleniowej, że „nauczycielstwo chyba mają głęboko w genach”, że jego samego pociąga ono bardziej chyba niż nauka. Dorobek naukowy wszakże ma niemały. Kilkadziesiąt znaczących publikacji, wystąpienia na licznych międzynarodowych konferencjach i kongresach, których nierzadko bywał inicjatorem lub współorganizatorem. Zajmuje się makroekonomią oraz gospodarką światową. Kieruje Katedrą Makroekonomii i Teorii Handlu Zagranicznego na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW. CÓRKA - ŚLADEMDr Joanna Gorzelak, z domu Siwińska, w dzieciństwie przeszkadzała ojcu, gdy czytał prace seminaryjne studentów, bardzo chcąc w takim „dorosłym zajęciu” uczestniczyć lub przynajmniej z bliska je obserwować. Tak samo zachowywała się u cioci Haliny podczas poprawiania wypracowań szkolnych. Podobnie jak ojciec, nie miała po maturze wyraźnie sprecyzowanych zamierzeń i u rodziców szukała rady. Trzeba dodać, że matka pani Joanny jest również pracownikiem naukowym w uniwersytecie i również zajmuje się ekonomią. Córka usłyszała więc to, co już nieraz słyszała w domu, że ekonomia jest tak bardzo interesująca, ponieważ łączy matematykę i wiedzę o społeczeństwie, nauki ścisłe z humanistycznymi. Rychło przekonała się sama, że tak jest w istocie. – W ekonomii pociąga mnie to, że człowiek poznaje, jakie mechanizmy rządzą gospodarką, czyli czymś, co wpływa na życie każdego, ale dochodzi się do tego w sposób trochę... detektywistyczny, bo nie dostajemy gotowych odpowiedzi, tylko szereg hipotez, które trzeba weryfikować na podstawie danych. Ciekawiło mnie, w jakim momencie nabywania ekonomicznej mądrości zyskuje się satysfakcję z samodzielnego weryfikowania owych hipotez dotyczących zjawisk czy procesów gospodarczych? Zdaniem pani doktor, przychodzi to gdzieś na czwartym roku studiów, a zdanie to poparł świeżym doświadczeniem jej ojciec. Prof. Siwiński usłyszał bowiem od swego studenta, autora świetnej pracy magisterskiej o Chinach (który nauczył się języka i pojechał w czasie wakacji do Chin), że ten młody człowiek przez pierwsze lata studiów był zgoła rozczarowany wybranym kierunkiem. Drogi moich bohaterów do ekonomii – trochę przypadkowe, trochę wyrozumowane – na których oboje rychło spotkali radosne satysfakcje, potwierdzają dość banalną konstatację, iż o tej dziedzinie wiedzy nader nikłe pojęcie wynosi się ze szkoły. Co do satysfakcji zaś (też mało o tym wiedzą maturzyści), tych intelektualnych dostarcza nie tylko praca naukowa, ale również praca w instytucjach zajmujących się praktyką gospodarczą, jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, gdzie weryfikują się koncepcje i modele teoretyczne. Panią Joannę nęci taka perspektywa, choć uniwersytetu nie chciałaby porzucić. Przedłuża w każdym razie tradycję „rodu uczonego”, a zważywszy, że jej mąż także ukończył ekonomię, teść zaś jest profesorem – w drugim już pokoleniu – tradycja się również rozszerza. Dyrektor legionowskiego gimnazjum, dziadek pani Joanny, cieszyłby się słysząc, jak serdecznie i z uznaniem mówi o swoich studentach, widząc, z jakim zapałem wypełnia nauczycielską wobec nich powinność. SIOSTRA - W SZKOLE OSOBLIWEJStudia były w domu Siwińskich naturalnym początkiem życiowej drogi. Kierunek, jak się dowiedziałam, nie od razu był oczywisty. Pani Halina wahała się między matematyką a „w każdym razie humanistyką”. Pod koniec szkoły średniej wiedziała już, że będzie to polonistyka. Wiedziała, że historia, która ją także interesowała, nie może wchodzić w grę w roku 1958, kiedy pani Halina zdawała maturę, gdyż był to czas do badania historii i jej nauczania bodaj najgorszy z całej powojennej epoki. Obowiązywały, narzucone, ideologiczne interpretacje rodzące fałsz i przemilczenia. Po studiach polonistycznych została nauczycielką, co było nawiązaniem do rodzinnej tradycji, ale, jak Halina Siwińska dzisiaj mówi, nie ona decydowała, lecz własne pragnienie uczenia. Odziedziczone pewnie. Trafiła do szkoły nietypowej – Liceum św. Augustyna, niegdyś prowadzonego przez PAX. Panowała tam większa swoboda: – Mogliśmy zdecydowanie nie kłamać. Trzon grona nauczycielskiego potrafił narzucić to prawidło postępowania wszystkim. Wspomnienie nauczycielki rosyjskiego, która nosiła przypięte „dzieciątko Lenin” z nabożnym dlań uznaniem, ale nie wytrzymała w szkole długo – wydaje się tylko śmieszne. – Im więcej teraz wiemy o niedawnej przeszłości, tym lepiej widzimy, ile nie wiedzieliśmy wtedy. Wtedy, to jest w okresie PRL, Halina Siwińska, nauczycielka polskiego, miała rzadkie szczęście: mogła dzielić się z uczniami wiedzą o prawdziwym bohaterstwie Polaków podczas ostatniej wojny, zaszczepiać im podziw dla przywódców państwa podziemnego i budzić pragnienie naśladowania. Przechowuje rodzinne pamiątki, wiedziała więc wcześnie o tym, że to jej ojciec odbierał przysięgę na wierność od wstępujących do Armii Krajowej dziewcząt i chłopców z Legionowa, że do ich domu łącznicy przynosili „bibułę”. Znalazłszy się kiedyś na dzielnicowym zebraniu związku nauczycielskiego słuchała o „moralności socjalistycznej” i o tym, jak uczyć historii tych, co mają wyrosnąć na „nowych socjalistycznych ludzi” – osłupiała. – Nie zdawałam sobie sprawy, że może być takie zakłamanie, taki fałsz po prostu. Ponad tym zakłamaniem i fałszem udało się w takich środowiskach, jak szkoła, gdzie jest wicedyrektorem, przechować zdolność zadawania pytań podstawowych i uniwersalnych, „które były te same w czasach Homera i w naszej epoce”. Jedność kształcenia i badań uważa za immanentną cechę uniwersytetu, a kształcenie stara się czynić jednością przekazywania wiedzy i formowania charakterów. – Świadczyć własną postawą to jest niezwykła odpowiedzialność profesorów, nie znam innej metody. W najlepszych uczelniach wzorcowe postawy się kumulują i dlatego przodujące uniwersytety były zawsze wylęgarnią elit. Z domów, gdzie pielęgnowano tradycję służby, wychodzili obywatele. Powołanie nauczycielskie zespala wszystkie zadania edukacyjne i wychowawcze. Powinniśmy o tym pamiętać. |
|
|