Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 7-8/2002

Taki wydział
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Jestem zaniepokojony perspektywami konfrontacji mojej, 
państwowej przecież, uczelni z wymaganiami rynku edukacyjnego.

Mikołaj Korzec

 

Fot. Stefan Ciechana

  Chciałbym zabrać głos na marginesie dyskusji o jakości kształcenia w polskich uczelniach. Od ośmiu lat pracuję na wydziale zarządzania jednej z prowincjonalnych uczelni państwowych. Jestem matematykiem, prowadzone w moim zakładzie przedmioty są „michałkami” i przez długie lata akceptując ten fakt nie miałem ambicji zapewniania jakiegoś szczególnie wysokiego poziomu nauczania ani wglądu w relacje „moich” przedmiotów do przedmiotów uznawanych za wiodące. Z powodów nie mających nic wspólnego z nauczaniem zostałem przed kilkunastoma miesiącami zmuszony do zapoznania się nieco szerzej z problematyką szeroko rozumianego poziomu kształcenia. Efekty zwalają z nóg.

TYSIĄC I NIE TYLKO

Mamy, przynajmniej formalnie, odpowiednią liczbę habilitowanych doktorów i profesorów, aby prowadzić studia magisterskie na co najmniej dwóch kierunkach. Problem w tym, że zaledwie dwóch lub trzech z tych pracowników jest „pełnymi” specjalistami w reprezentowanej przez siebie dziedzinie (rozumiem przez to, że zarówno studia, doktorat, jak i habilitację uzyskali w dziedzinie, w której są specjalistami), a żaden z zarządzania. Pozostali to „przebierańcy” (np. politolog przebrany za speca od marketingu). Ponieważ wydział nasz jest spory (szacuję go na ok. 9-10 tys. studentów), mamy oczywiście problemy z tzw. pracownikami niesamodzielnymi. Mimo usilnych starań nie udało mi się tu odkryć żadnych zasad zatrudniania. Mamy więc np. przypadki, gdy marketingu naucza oficer, specjalista od budowy bunkrów, biznesplanu – geograf, a pracy w małej firmie – inżynier o raczej egzotycznej specjalności „sterowanie satelitami”. Dokładnej nazwy tej specjalności nie udało mi się ustalić, ponieważ wszystkie takie informacje są na tym wydziale tajne nawet dla przełożonych. Drugą dolegliwością, którą – niestety, na własnej także skórze – odkryłem, jest przydzielanie pracownikom nieprawdopodobnie dużej liczby zajęć. W zakładzie, którym kieruję, przypada od kilku lat na jednego pracownika ok. 1000 (zwykle trochę ponad) godzin dydaktycznych rocznie. „Ratujemy się” zatrudniając na godziny zlecone sporo osób spoza zakładu. Rozwiązanie takie ma jednak kilka zasadniczych wad. Ograniczę się tu do podania dwóch, w moim odczuciu, najistotniejszych. 

Praktycznie nie ma mowy o jakiejkolwiek sensownej organizacji pracy dydaktycznej. musimy dostosować się zarówno do możliwości czasowych, jak i merytorycznych zatrudnianych osób. Mimo relatywnie wysokich stawek nie jest to sytuacja, w której osobie biorącej takie godziny opłaci się dokształcać (próbowałem ujednolicić treści nauczania i wymagania zaliczeniowe, ale spaliło to na panewce; o przyczynach niżej) czy dopasowywać swoje zajęcia w macierzystym zakładzie pracy do naszych potrzeb. W naszym mieście jest stosunkowo mała podaż matematyków. zdarza się, że „domówiony” już człowiek w ostatniej chwili rezygnuje z zajęć. Znalazłem się więc już dwukrotnie w sytuacji, gdy zmuszony byłem prowadzić ok. 1000 godzin rocznie. Nie muszę chyba wyjaśniać, jakim odbywało się to kosztem i jaka była jakość tej pracy.

Duża liczba studentów przypadająca na jednego pracownika stwarza spore możliwości zarabiania pieniędzy. Nie wszyscy, niestety, mierzą zamiary na siły. Zdarzają się więc sytuacje, gdy ktoś „przepracowuje” 2000 godzin dydaktycznych w ciągu roku (ten akurat na własne życzenie, nawet jego przełożony nic o tym nie wiedział)albo jest promotorem 100 prac dyplomowych lub magisterskich.

ILUZJA JAKOŚCI

Dynamiczny rozwój wydziału powoduje spore kłopoty z zapewnieniem właściwego oprzyrządowania dydaktyki. Zdarzyło się na przykład, że w jednej z naszych filii techniki multimedialne nauczane były bez komputerów.

Innym efektem tej dynamiki jest zmienność planów studiów i niechęć do ustalania jakichkolwiek ogólnowydziałowych standardów. Nie można np. ustalić choćby na rok wspólnych dla wszystkich tzw. toków (mamy np. 10 takich toków na czwartym roku zarządzania) wymagań, bo nie wiadomo, czy osiągnięty dziś kompromis aktualny będzie też jutro. Myślę tu o wymaganiach akceptowalnych przez wszystkich prowadzących zajęcia. Są to bardzo różni ludzie, a szybki rozwój wydziału powoduje, iż stale się zmieniają. Próba narzucenia „z góry” wspólnego programu i wymagań kończy się zwykle tym, że w ostatniej chwili rezygnują, i np. kierownik jednostki musi pracować za nich.

Czyni to porównywalność dyplomów iluzją (jeśli dobrze rozumiem sens jakichkolwiek dyplomów, to mają one być certyfikatem gwarantującym właśnie jakiś wspólny minimalny poziom). Pogoń za pieniądzem (trzeba się spieszyć – wiadomo, że idzie niż i hossa się szybko skończy) ma oczywiście również swoje konsekwencje w dziedzinie badań naukowych. Publikujemy generalnie mało, a większość prac ukazuje się w nierecenzowanych na ogół zeszytach wydawanych przez wydział. Właściwie wszystkie powyższe fakty są same w sobie przerażające i fatalnie rokują przyszłości wydziału. Tym jednak, co szczególnie zatrważa, jest znakomite samopoczucie odpowiedzialnych za wydział i ich przekonanie, że jakoś to będzie, bo przecież w innych uczelniach jest podobnie, a może nawet gorzej. Pewnym usprawiedliwieniem takiego punktu widzenia może być w naszym konkretnym przypadku fakt, iż spora część szefostwa wydziału przenosi do zarządzania metody typowe dla organizacji młodzieżowych czy wojska, skąd być może ściągnęli wzorce. Nie sądzę jednak, by miało to tutaj zasadnicze znaczenie. 

ZDROWY ROZSĄDEK

Tego typu postawa (podobno – nie znam sytuacji w innych uczelniach – typowa w dobrze prosperujących wydziałach zarządzania i marketingu) nie pozwala, niestety, sądzić, że potrafimy wykorzystać miniony już w zasadzie boom na kształcenie menedżerów do polepszenia warunków kształcenia i pracy naukowej. Większość pieniędzy w zasadzie „przejadamy”. gdy boom na kształcenie się skończy, zostaniemy prawdopodobnie z ręką w nocniku. trzeba będzie szybko zmieniać strukturę wydziału i okaże się pewnie, że nie będzie za co utrzymać ani obecnej bazy materialnej, ani kadry, bo nasi specjaliści są bardzo humanistycznej proweniencji – w większości historycy, politolodzy czy reprezentanci nauk społecznych, którym trudno będzie się przekwalifikować np. w informatyków czy „twardych”, znających matematykę, ekonomistów.

Piszę te słowa, ponieważ jestem zaniepokojony perspektywami konfrontacji mojej, państwowej przecież, uczelni z wymaganiami rynku edukacyjnego. Szkoły prywatne reagują zwykle na zmiany znacznie szybciej i może się zdarzyć, że uczelnie czy wydziały takie, jak moje, po prostu „padną”, bo nie będą spełniały wymogu posiadania stosownej liczby profesorów. W sytuacji zagrożenia „liczący się” do utrzymania kierunku pracownicy pewnie znów się przekwalifikują i przydadzą się do utworzenia kierunku w jakiejś szkole prywatnej.

Wydaje mi się, że w chwili obecnej bardzo pilną sprawą jest zagwarantowanie pewnych zdroworozsądkowych po prostu warunków kształcenia. W moim odczuciu 2 tys. godzin dydaktycznych czy 100 dyplomantów rocznie to trochę dużo, niezależnie od kierunku. Podobnie wygląda sprawa z materialnymi warunkami kształcenia. pływania bez wody uczyć raczej nie należy. Myślę, że jasne wyartykułowanie (np. przez MENiS lub PKA) takich właśnie elementarnych wymogów pozwoliłoby uchronić wiele takich, jak moja, jednostek przed spadkiem do drugiej (trzeciej?) ligi instytucji zajmujących się edukacją. Być może wydział mój jest wyjątkowy (jak już wspomniałem, nie znam bliżej innych podobnych) i robię wiele hałasu o nic, jeśli tak jednak nie jest, to może warto poświęcić tydzień (nie sądzę, by dłużej) na opracowanie naprawdę elementarnych zasad. Wiem, że normalnie o dekalogu się nie dyskutuje, ale sytuacja nie jest normalna i niektóre przykazania warto chyba jednak przypomnieć.

Komentarze