Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 7-8/2002

Filtr językowy
Poprzedni Następny

Badania naukowe

Badając język odkrywamy, w jaki sposób dana społeczność kulturowa 
rozumie podstawowe kategorie rzeczywistości.

Rozmowa z dr hab. Anną Pajdzińską, prof. UMCS, językoznawcą,
laureatką Subsydium Profesorskiego Fundacji na rzecz Nauki Polskiej
 

Fot. Stefan Ciechan

Dr hab. Anna Pajdzińska, prof. Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (ur. 1953), pracuje w Zakładzie Językoznawstwa Ogólnego Instytutu Filologii Polskiej UMCS. Jest członkiem Rady Naukowej Instytutu Badań Literackich PAN. Jej zainteresowania badawcze skupiają się wokół problematyki związków frazeologicznych, semantyki językowej, językowej organizacji tekstu artystycznego i językowego obrazu świata. Jest autorką ok. 80 publikacji naukowych, w tym książek: Związki frazeologiczne nazywające akt mowy. Semantyka i składnia oraz Frazeologizmy jako tworzywo współczesnej poezji. W 2002 r. została laureatką Subsydium Profesorskiego Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

  Etnolingwistyka to młoda dziedzina nauki. Nazwa jest dwuczłonowa. Co ona oznacza?
– Termin ten wskazuje, że jest to dyscyplina o charakterze pogranicznym. pierwszy człon etno- sygnalizuje związek z ludem, narodem, społeczeństwem lub grupą społeczną, drugi – lingwistyka – informuje, że to dziedzina badań językoznawczych. Inaczej nazywamy ją lingwistyką kulturową lub antropologiczną. Jestem językoznawcą, ale przez badania lingwistyczne staram się dotrzeć do tego, jaki jest człowiek, czym się kieruje, co jest dla niego istotne w życiu. Etnolingwistów interesują wzajemne związki między językiem, myśleniem, zachowaniem się człowieka i rzeczywistością, między formalną strukturą języka a resztą kultury społeczności, która tym językiem mówi.

– Kto i kiedy sformułował problematykę i metody etnolingwistyki?
– Paradoksalnie, problematyka jest bardzo stara. Pytania, na które staramy się odpowiedzieć, często zadawano już w starożytności, ale wówczas nie było narzędzi, które by pozwoliły na odpowiedzi o wartości naukowej.

– Jakimi narzędziami zaczęli dysponować uczeni współcześni, by w końcu wyodrębnić tę dyscyplinę?
– Chodzi o narzędzia językoznawcze, metodologię rozwiniętą przez badaczy dziewiętnastowiecznych (np. zasady analizy morfologicznej), a później przez strukturalistów i wreszcie kognitywistów. Ferdinand de Saussure, twórca strukturalizmu, akcentował autonomiczność językoznawstwa, chciał badać język rozumiany jako system, którego wszystkie składniki są współzależne i w którym wartość jednego składnika wynika wyłącznie z jednoczesnej obecności innych – dla niego samego – bez uwzględniania jego relacji do ludzkiego myślenia i rzeczywistości pozajęzykowej. Ważne było np., że dany wyraz należy do określonego pola znaczeniowego, że pozostaje w relacji synonimii lub antonimii do innego wyrazu. Nie pytano natomiast, dlaczego takie wyrazy pojawiły się w danym języku, o relację wyrazów do rzeczywistości. Ta problematyka była świadomie odsuwana.

– Część lubelskich językoznawców w pewnym momencie odeszła od strukturalizmu. Czym to było spowodowane?
– Zauważyliśmy – to się zresztą działo wówczas w wielu ośrodkach kraju – że nie zachowujemy czystości, rygorów metodologicznych strukturalizmu. Kiełkowała myśl, iż strukturalizm nam nie wystarcza, bo ogranicza nasze zainteresowania badawcze. Konsekwencją strukturalistycznego traktowania języka, jako autonomicznego systemu elementów powiązanych różnymi relacjami, jest rygorystyczne oddzielanie tego, co językowe, od tego, co niejęzykowe, abstrahowanie od czynników zewnątrzjęzykowych. A nas przecież interesowały związki języka, myślenia i kultury. Poza tym w strukturalizmie bardzo ważne są pewne opozycje, np. synchronia – diachronia. Ujęcie synchroniczne wyklucza element czasowy, diachroniczne ukazuje rozwój języka, jego zmienność w czasie. Konieczne jest ścisłe oddzielenie synchronii od diachronii, co więcej – koncentrowanie się na badaniach systemu językowego pociąga za sobą przeświadczenie o prymacie synchronii.

– Czy do porzucenia strukturalizmu skłoniły Panią badania związków frazeologicznych?
– Okazało się, że w wypadku badań frazeologicznych, zwłaszcza o nachyleniu semantycznym, nie da się być porządnym strukturalistą, gdyż ujęcie synchroniczne miesza się z diachronicznym. Związek frazeologiczny nigdy nie powstaje od razu, zawsze jest rezultatem stopniowego ustalania się pewnego połączenia wyrazowego, kształtowania znaczenia idiomatycznego. Z sumy znaczeń poszczególnych członów nie wywiedziemy znaczenia całości. Jeżeli chcemy ustalić, skąd się wzięło znaczenie jakiegoś wyrażenia, np. biały kruk, nieuchronnie wychodzimy poza ramy metodologiczne narzucane przez strukturalizm. Aby odkryć motywację znaczenia związku frazeologicznego, nie wystarczy znajomość słownikowych znaczeń wyrazów-komponentów, należy zazwyczaj sięgnąć do kultury, do wspólnej, skonwencjonalizowanej i w pewnej mierze wyidealizowanej wiedzy, sposobu wartościowania rzeczy i zjawisk. Motywacja może mieć charakter metaforyczny. Wróćmy do białego kruka. Wiadomo, że to ornitologiczna rzadkość. I właśnie element rzadkości wszedł do znaczenia związku frazeologicznego. Obecnie ten związek oznacza coś niezwykle rzadkiego, cennego, najczęściej książkę. Zatem jego sens nie ma nic wspólnego z ornitologią. Wiele związków frazeologicznych motywowanych jest naszą naiwną wiedzą o świecie, z naukowego punktu widzenia – fałszywą. Przykładowo w naszym kręgu kulturowym siedliskiem uczuć jest serce. Pojawia się zatem mnóstwo związków frazeologicznych, których komponentem jest serce: mieć kogoś w sercu, serce na dłoni, wyrzucić kogoś z serca itp. Ważniejsze jest tu miejsce serca w kulturze, a nie jego funkcja organiczna.

– Przypomnijmy źródła etnolingwistyki, pierwsze znaczące nazwiska.
– Wyraźny początek takiego myślenia o języku dostrzegamy w filozofii niemieckiej przełomu XVIII i XIX wieku, w pracach Johanna Georga Hamanna, Johanna Gottfrieda von Herdera, Wilhelma von Humboldta. Uważali oni, że w języku najpełniej wyraża się duch narodu. Ideologiczna deformacja ich teorii sprawiła, że przez długi okres wręcz nie wypadało się do nich odwoływać. Idealiści niemieccy znaleźli kontynuatorów wśród swoich rodaków w XX wieku – była to grupa uczonych, których poglądy określa się mianem gramatyki treści, zakładali oni bowiem, że istoty języka nie stanowią ciągi głoskowe czy poprawnie zbudowane formy, lecz treści wyrażone przez słowa i konstrukcje składniowe. Treść była traktowana jako swoisty przedmiot duchowy, niekoniecznie mający odniesienie do rzeczywistości. Z drugiej strony, rozwinęły się badania amerykańskie – Eduarda Sapira, Benjamina L. Whorfa, wcześniej Franza Boasa. Sapir i Whorf są znani jako autorzy hipotezy relatywizmu językowego czy – ujmując skrajniej – determinizmu.

– Cóż znaczą oba te terminy w etnolingwistyce?
– Relatywizm oznacza, że w jakiejś mierze nasz ogląd świata jest uwarunkowany językiem, którym się posługujemy; różne języki podsuwają mniej lub bardziej odmienne kategorie pojęciowe, za pomocą których ludzie ujmują świat. Natomiast w skrajnym ujęciu chodzi o to, że język determinuje widzenie świata: człowiek jako członek wspólnoty językowej poznaje świat w granicach wyznaczanych mu przez język. ludzie posługujący się odmiennymi językami żyją w odmiennych światach.

– Taka teza ma bardzo poważne implikacje filozoficzne.
– Whorf pisze, że świat jawi się nam jako kalejdoskopowy strumień wrażeń, które dopiero język porządkuje. Gdyby nie język, żylibyśmy w chaosie jednostkowych przeżyć.

– Czy determinizm jest akceptowany przez etnolingwistów?
– Determinizm językowy jest bardzo kontrowersyjny właśnie z powodu swoich implikacji filozoficznych. Dlatego wolę nazywać go hipotezą. Myślę, że trudno ją utrzymać. Ludzie należący do różnych wspólnot językowych przecież jakoś się ze sobą porozumiewają, są jakieś przeniesienia z kultury do kultury, są dzieła sztuki o charakterze uniwersalnym. Natomiast mamy coraz więcej argumentów przemawiających za relatywizmem.

– Jakie to są argumenty?
– Eksperymenty badawcze pokazują np., że istnienie określonego terminu ułatwia członkom danej społeczności językowej uświadomienie sobie lub wyrażenie zjawiska objętego tym terminem. Badania Browna i Lenneberga nad rozpoznawaniem kolorów dowiodły, że kolory zakodowane kulturowo są szybciej rozpoznawane, łatwiej zapamiętywane. Test Carrola i Casagrandego, polegający na grupowaniu obiektów, ujawnił istnienie różnic między językiem Indian Navaho a angielskim, związanych z różnicami gramatycznymi. Ludzie wyróżniają w świecie to, co jest ważne dla ich kultury. Redukują szereg wrażeń płynących ze świata poprzez różne procesy kategoryzacyjne. W każdym języku te kategorie są odmienne. Świat inaczej wygląda, gdy opisujemy go za pomocą odmiennych języków.

– Wyróżniamy – nazywając?
– Nie tylko. Także – tworząc kategorie gramatyczne. Na przykład Siuksowie gramatykalizują informacje, czy obiekt jest ożywiony – a następnie, czy się porusza, czy nie – czy nieożywiony – jeśli tak, czy jest: długi, okrągły, wysoki, kolektywny. Sięgnijmy jeszcze po przykład nam bliższy. W języku polskim współcześnie funkcjonują dwie liczby: pojedyncza i mnoga, dawniej była jeszcze podwójna. Jej relikty występują do dziś, są to np. formy ręku, rękoma, pozbawione jednak dawnego znaczenia.

– W jaki sposób w kategoriach gramatycznych może być zawarty obraz świata?
– Nazwy to sprawa oczywista. Odpowiadają pewnym obiektom lub klasom obiektów, utrwalają ich cechy itd. Różne języki leksykalnie różnie segmentują świat, odmiennie porządkują go w kategorie, różne aspekty „zauważają”. Kategorie gramatyczne – czas, aspekt, tryb, przypadek, rodzaj – i inne, dla Polaków egzotyczne – są bardziej zautomatyzowane, wyrażane w sposób konieczny, dlatego ludzie posługując się nimi, nie uświadamiają sobie, jak wiele w nich utrwalonego zostało sposobu widzenia świata. Ujawniają to dopiero porównania z innymi językami – im bardziej odległych kultur, tym lepiej. Okazuje się np., że w języku chińskim brak jest gramatycznej kategorii czasu, w japońskim zaś kategoria liczby ma bardzo ograniczony zasięg. Oczywiście nie znaczy to, że w językach owych nie można zlokalizować opisywanego wydarzenia w czasie czy określić ilości czegoś – takiej informacji nie przekazuje się jednak w sposób konieczny. Niekiedy odkrywamy zaskakujące regularności. Bardzo interesująca jest opozycja słów nazywających dzień i noc. W bardzo wielu językach dzień jest rodzaju męskiego, noc rodzaju żeńskiego. Opozycja męski – żeński ma bardzo pierwotny charakter. Z tym związana jest semantyczna opozycja jasności i ciemności, racjonalności i irracjonalności, jawności i tajemniczości. Co ciekawe, do tego dołącza się wartościowanie, aspekt aksjologiczny. To, co mroczne, jest złe, to, co jasne, dobre. Podobnie: męskie – dobre, żeńskie – złe. Na pewno wyrażenia kobieca logika, babskie gadanie nie niosą wartościowania pozytywnego, ale już męska decyzja – zdecydowanie tak. To, jaki rodzaj gramatyczny ma rzeczownik odpowiadający danemu pojęciu, rzutuje potem na sztukę, literaturę, mitologie różnych ludów. Kategoria czasu wyrażana jest m.in. za pomocą czasów gramatycznych. To, że posługujemy się trzema czasami, jest bardzo wyraźnie związane z naszym wyobrażeniem czasu jako czegoś liniowego. Są języki, w których w ogóle nie ma czasów gramatycznych, albo jest ich mniej, a od opozycji przeszłość – teraźniejszość – przyszłość ważniejsze są inne. Czas bywa też inaczej konceptualizowany. Mówimy niekiedy: leniwy Murzyn leży pod palmą i marnuje czas. Ale w jego kulturze, języku – a zatem i w rozumieniu – czas istnieje tylko o tyle, o ile zachodzą zdarzenia (jest niejako stwarzany przez zdarzenia). Jeżeli nic się nie dzieje, czasu nie ma. Są też języki o znacznie bardziej rozbudowanej strukturze czasów gramatycznych: czasy przeszłe czy przyszłe bliższe i odległe wyrażają subtelne rozróżnienia temporalne.

– Czy na podstawie rozbudowanej struktury czasów w gramatyce danego języka możemy mówić, że społeczność posługująca się nim jest z natury bardziej punktualna?
– Jest to zapewne relacja zwrotna. Pierwotnie w strukturach języka każda społeczność starała się odzwierciedlić swój sposób widzenia świata, swój system preferencji. Z drugiej jednak strony, język już ukształtowany, którego teraz dana grupa używa, warunkuje jej poznanie i sposób widzenia świata, uczula na pewne rozróżnienia, inne czyni nieważnymi. Podobnie jak z czasem, jest z przestrzenią. Choć – inaczej niż czas – jest nam ona obiektywnie dana w doświadczeniu zmysłowym, sposób mówienia o przestrzeni w różnych językach jest odmienny. Na przykład są języki, które nie wyróżniają opozycji prawy – lewy, zapewne dlatego, że fundowana jest jedynie na praworęczności człowieka. Przestrzeń jest aksjologizowana: góra jest dobra, a dół – zły, przód – dobry, tył – zły, prawe – dobre, lewe – złe. Dajemy temu wyraz w związkach frazeologicznych. Mam nadzieję, że już z dotychczas podanych przykładów wynika, że badając język, odkrywamy, w jaki sposób dana społeczność kulturowa rozumie podstawowe kategorie rzeczywistości.

– Powoli odkrywamy filozoficzne założenia leżące u podstaw badań, o których mówiliśmy.
– Na pewno nie jest to ani obiektywizm, ani skrajny subiektywizm. Jest to coś, co kognitywiści nazywają realizmem doświadczeniowym. Taka postawa polega na odrzuceniu złudnego przeświadczenia, że jest jakaś prawda obiektywna o rzeczywistości w pełni dostępna człowiekowi. Ludzie mają dostęp do świata poprzez swoje wyposażenie biopsychiczne. Własności świata postrzeganego przez człowieka zależą od natury postrzeganych obiektów i zdarzeń, lecz nie zależą jedynie od niej. Zależą od ludzkich zmysłów, doświadczeń, kultury grupy. Także język stanowi filtr, przez który przechodzą doznania płynące ze świata.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Komentarze