Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 7-8/2002

Duszpasterstwo akademickie
Poprzedni Następny

Okolice nauki

Stulecie istnienia obchodzi w tym roku kościół Najświętszej Marii Panny „Gwiazda 
Morza” w Sopocie. Świątynia ma duże zasługi w zakresie duszpasterstwa akademickiego. Stała się symbolem patriotyzmu i oporu wobec władz PRL.

Halina Bykowska

 Fot. Halina Bykowska

Kościół „Gwiazda Morza” przez wiele lat pełnił rolę szczególną. W okresie międzywojennym księża tutejszej parafii opiekowali się stowarzyszeniami polskimi. Dwaj z nich – ks. Jerzy Majewski i ks. Władysław Szymański – przypłacili to śmiercią w obozach koncentracyjnych. W latach 50. parafię dwukrotnie odwiedził kardynał Stefan Wyszyński. W styczniu 1958 r. odprawił nabożeństwo z kazaniem dla młodzieży.

W latach 60. „Gwiazdę Morza” upodobała sobie młodzież akademicka. Przyciągały ją nauki ks. Franciszka Jarząba, który był tu duszpasterzem akademickim do 1970 r. Działalność ta prowadzona była pod kryptonimem SODA, który jest skrótem od nazwy Sopocki Ośrodek Duszpasterstwa Akademickiego. Tylko wtajemniczeni nauczyciele akademiccy i studenci uczelni Trójmiasta wiedzieli, że występując pod pseudonimem JAF, ks. Jarząb organizował, również w prywatnych mieszkaniach, tajne spotkania z wybitnymi kaznodziejami i intelektualistami. Był następcą ks. Alojzego Rotta, który w parafii „Gwiazdy Morza” wzbogacał duchowość studentów, krzewiąc czytelnictwo wartościowych książek.

Ze względu na własne bezpieczeństwo, pod kryptonimem występował prawie każdy. Prof. Aleksandra Kiwerska, lektorka języków obcych, zaangażowana w działalność SODA, miała kryptonim „Ciotunia”. Natomiast kryptonim „Babunia” przypisany był prof. Janinie Ebenberger-Orzechowskiej.
– Niemal każdy miał jakąś ksywę, po to, by nie naprowadzać cudzego ucha na trop naszej działalności – śmieje się ksiądz Jarząb. Ze względu na duszpasterstwo akademickie był w kościele „Gwiazda Morza” wikariuszem aż 7 lat. Zazwyczaj wikariuszy wymienia się co 3 lata.

NOCNE REKOLEKCJE

– Rzetelnie zabrałem się do pracy nad kształtowaniem charakterów młodzieży i nad jej duchowością poprzez dobór najlepszych w Polsce rekolekcjonistów, a także poprzez pielgrzymki i odczyty – mówi. Niedzielne msze połączone były z konferencjami na plebanii, na które zapraszano wybitnych intelektualistów z całej Polski. Do Sopotu na rekolekcje akademickie przyjeżdżali ks. prof. Michał Heller, światowej sławy astronom w sutannie, oraz ojciec Karol Meissner, benedyktyn, lekarz w habicie, znany seksuolog. Dołączali do nich inni wybitni księża z tytułami naukowymi, a także znani pisarze i publicyści, wśród nich Hanna Malewska.

– Spotkania z pisarzami i publicystami organizowane były nocą w prywatnych mieszkaniach – wspomina ks. Jarząb. – W jednym z mieszkań studenckich, usytuowanym przy ul. Chopina, zgromadziło się któregoś wieczoru aż czterdzieści osób. Na spotkanie zaprosiliśmy wówczas pisarkę Hannę Malewską.

Spotykaliśmy się także w mieszkaniu prof. Jerzego Doerffera, pracownika naukowo-dydaktycznego Politechniki Gdańskiej, późniejszego rektora tej uczelni. Szczególnie ekscytujące i pełne humoru było spotkanie ze Stefanem Kisielewskim, którego publikacje w „Tygodniku Powszechnym” powodowały niemały ferment. Młodzież słuchała go z wypiekami na twarzy, podobnie, jak innych publicystów tego pisma. Spotkanie zakończyło się o zmierzchu – wspomina ks. Jarząb. – Uczestnicy rozchodzili się parami, aby nie wzbudzić podejrzeń milicji. Wychodzenie trwało nie krócej niż kwadrans. W trakcie dyskusji poruszano poważne problemy. Przekonani byliśmy, że zainteresują one przede wszystkim nauczycieli akademickich oraz studentów starszych roczników, przyszłych magistrantów. Dawałem pomysły i wskazywałem osoby, które należałoby zaprosić, jak również wyznaczałem miejsca spotkania i podawałem orientacyjną datę. Rozmawiałem na ten temat ze ścisłą czołówką młodzieży związanej z SODA. Czasem osobiście jeździłem do Warszawy, by wręczyć zaproszenie. Tak było w przypadku Stefana Kisielewskiego. Bardzo interesowały mnie jego felietony. Zależało mi, aby wziął udział w spotkaniu z młodzieżą trójmiejskich uczelni.

Na spotkaniach nie było osób przypadkowych. Pojawiał się na nich krąg zaufanych ludzi. – A mimo to zdumiewało nas, że czasem bywały „przecieki”. Dopiero po latach podejrzenie padło na dwie słabsze studentki, które mogły być szantażowane przez SB. Na pewno cierpiały z tego powodu. Nie wyrządziły jednak poważnej szkody – zapewnia duszpasterz akademicki.

SZCZYTNY CEL

W latach 60. i 70. duszpasterstwo akademickie rozwijało się prężnie w kilku innych ośrodkach w całym kraju, a zwłaszcza w Warszawie, Łodzi, Krakowie i Wrocławiu.
– Konfrontacja z marksizmem i reżimem komunistycznym trwała przez cały okres istnienia PRL – podkreśla ks. Jarząb. – Kościół, cieszący się wówczas względną wolnością, był pierwszym istotnym buforem. Jednak kapłanom nie wolno było oficjalnie współpracować ze studentami. Tymczasem staraliśmy się wpoić młodzieży jedną podstawową zasadę: WIERNOŚĆ BOGU I OJCZYŹNIE. Te dwie wartości zawsze były atakowane przez władze. Przekonani byliśmy, że nie wystarczy umieć przeżegnać się i zmówić paciorek. Trzeba było mieć oparcie w mocnej grupie, zdolnej do obrony światopoglądu chrześcijańskiego.

Działalność duszpasterska była bardzo mozolna. Wiedza przekazywana przez wybitnych kapłanów i intelektualistów, docierała tylko do grupy młodzieży, która systematycznie chodziła do kościoła. Tymczasem niemałą wagę przywiązywano do krzewienia podstawowych wartości moralnych. Wskazywano na szkodliwość palenia tytoniu i picia alkoholu. Podkreślano zalety pracowitości. Organizowano akcje dobroczynne na rzecz ubogich rodzin wielodzietnych. Liczono, że młodzież związana z SODA oraz uczęszczająca do kościoła „Gwiazda Morza” będzie wzorem dla swych koleżanek i kolegów, nie związanych z duszpasterstwem akademickim.

PRZYKRE KONSEKWENCJE

O specyficznym charakterze rekolekcji, przepojonych patriotyzmem i wezwaniami do rzetelnej, sumiennej pracy, wiedzieli konfidenci SB. Pojawiali się czasem w kościele „Gwiazda Morza”, w pobliskiej kaplicy św. Wojciecha albo też nieoczekiwanie przychodzili na plebanię w chwili, gdy odbywały się tam spotkania w ramach SODA.

– Konsekwencje prowadzenia ośrodka SODA bywały bardzo przykre – zaznacza ks. Jarząb. Pretensje kierowano bowiem bezpośrednio do proboszcza parafii albo nawet do biskupa. Do władz partyjnych i do służb SB docierały informacje prawie o wszystkich akcjach SODA. – Przypuszczam, że nie represjonowano mnie zbyt mocno z obawy, iż może dojść do zbiorowego protestu młodzieży akademickiej, która tłumnie przybywała na rekolekcje do kaplicy św. Wojciecha.

Zawiadomienia o rekolekcjach wypisywane były ręcznie i rozdawane na uczelniach lub w tramwajach i autobusach. Afisze sporządzano na starych, papierowych workach po cemencie i rozwieszano je w miejscach publicznych, w tym także w witrynach sklepów.

– Władze zarzucały nam, że zaśmiecamy miasto – powiada ks. Jarząb i podkreśla, że represje nierzadko dotykały również jego bezpośrednio. Przez cały czas prowadzenia działalności duszpasterskiej nie mógł uzyskać stałego zameldowania w Sopocie. – Odmawiano mi meldunku – mówi. – Meldowano mnie na krótki okres, chociaż mieszkałem na plebanii w Sopocie. W każdej chwili władze mogły mi zarzucić, że działam nielegalnie w miejscowości, w której nie jestem zameldowany. Nękało mnie to i równocześnie zapalało jeszcze bardziej do działalności duszpasterskiej.

Niechętnie wspomina kontakty z ówczesnym burmistrzem Sopotu. Nie podaje jego nazwiska ze względu na przyjazne kontakty z dziećmi tego przedstawiciela sopockich władz administracyjnych i partyjnych. – Burmistrz, będący równocześnie sekretarzem PZPR, często wzywał mnie do siebie – wspomina. – Przechadzając się po dywanie, stale mi powtarzał: „Ksiądz jest młody i głupi. Ksiądz jest idealistą”.

Solą w oku PZPR było gromadzenie się w kościele „Gwiazda Morza” większej liczby młodzieży, jak również udział setek studentów w pielgrzymkach.

Represjonowano również studentów. Był wśród nich Wojciech Suchodolski, kuzyn aktora Zbyszka Cybulskiego, student V roku architektury. Podjął się załatwienia spraw dotyczących renowacji kaplicy św. Wojciecha i prowadził zbiórkę pieniędzy na ten cel, na co zgodę wyraził proboszcz. Chłopaka zatrzymała milicja. Spędził kilka godzin w komisariacie. Nie powiedział, czym mu grożono. – Młodzież starała się mnie oszczędzać i nie mówiła mi o represjonowaniu – stwierdza ks. Jarząb. Podobnych przykładów jest więcej. Niedoszli absolwenci trójmiejskich uczelni pakowali walizki i emigrowali za granicę.

– Moi przełożeni nigdy nie mieli do mnie pretensji – zaznacza ks. Jarząb. – Mówili, że jestem odważny. Odbierałem to jako zachętę do dalszej pracy z młodzieżą akademicką. Konsekwencją nacisku władz na moich zwierzchników mogło być przeniesienie mnie do pobliskiej parafii kościoła św. Michała. Nikt mi jednak nie mówił o powodach przeniesienia. Mogłem jedynie snuć domysły. Moja działalność duszpasterska nasiliła się jeszcze bardziej w parafii, do której przeszedłem. Młodzież, aktywnie uczestnicząca w SODA, podążyła moim śladem...

Komentarze