|
|
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Jest coś w strukturze naszego życia akademickiego, co nie daje mi spokoju, wciąż jakoś uwiera i irytuje. Owszem, na całym świecie za naukę w ten lub inny sposób się płaci, na całym świecie są rodzaje studiów, które ich uczestników kosztują, czasem nawet sporo: zajęcia wieczorowe, systemy eksternistyczne, nauczania zaoczne lub korespondencyjne, kursy uzupełniające czy podnoszące kwalifikacje. Chyba nie ma państw i uczelni, które stać na zapewnienie wszystkim chętnym darmowego nauczania na wszystkich poziomach. U nas, teoretycznie przynajmniej, bezpłatne są jedynie tzw. studia dzienne czy stacjonarne. Już studia zaoczne, rozrastające się systematycznie, wymagają od uczestników zapłaty, czasem słonej. Ich ukończenie, poza samym wysiłkiem finansowym, wymaga od studiujących sporego samozaparcia. No i następuje konsternacja. Ale też cóż innego miałoby nastąpić? Jak wielu w Polsce pracowników naukowych ukończyło studia zaoczne? Nie sądzę, by była ich jakaś zawrotna liczba. Tyle, że ja jednak miałem łatwiej. Dlatego, że sam za te studia nie płaciłem. Płaciły za mnie instytucje – fakt: państwowe, innych wówczas niemal nie było – w których pracowałem. Więcej – za dobre wyniki w nauce można było dostać nawet roczną nagrodę w wysokości jednej pensji. Takie to były czasy (oby w całej swej okazałości nie powróciły!). No i był to okres, w którym obowiązywał przepis, że nauczyciele szkół podstawowych muszą uzyskać stopień magistra – w przestrzeń uczelni wkroczyły rzesze ludzi starszych, którzy, by pozostać w zawodzie, studia ukończyć musieli. I kończyli. Zaś owa presja powodowała, że dla świętego spokoju zaniżano poziom wymagań, co pociągało za sobą zaniżenie poziomu nauczania. Sam zresztą pamiętam jeszcze sytuację z początku lat 90., gdy starsza pani nauczycielka, lejąc strumienie łez, podeszła do mnie z indeksem: „Panie doktorze – powiedziała płacząc – ja się tego nigdy nie nauczę, ale jeśli pan mi nie da zaliczenia, wyrzucą mnie z pracy, a jestem jedyną żywicielką rodziny”. No i co ja miałem w tej sytuacji uczynić? Zasada jednak jakoś się utrzymała: studentów zaocznych traktuje się inaczej, jakby pobłażliwiej, z jakąś taryfą ulgową. Student zaoczny, który wszak dostaje taki sam dyplom jak student dzienny, jest jednak traktowany jako osoba wymagająca specjalnej troski, jakby niepełnosprawna, do pewnego stopnia gorsza od studenta dziennego. W dodatku jest to student, który płaci, jeśli więc będziemy okrutni i zawyżymy poziom, utracimy kasę, z której uczelnia nas utrzymuje. Ten koszmar zdaje się być pułapką bez wyjścia. Ale tak naprawdę chcę napisać o czym innym. Otóż nie bardzo rozumiem sens funkcjonowania licencjatu. Szczególnie w niektórych dziedzinach. Przy nadprodukcji magistrów-filologów, którzy w większości i tak poszukiwać będą pracy w szkołach, jest rzeczą oczywistą, iż dyrektorzy owych szkół, mając do wyboru między licencjatem a magistrem, wybiorą tego drugiego. Licencjat zatem – przynajmniej na tym poziomie – niczego nie zapewnia. Oprócz jednego – stanowi podstawę do przyjęcia na studia magisterskie. Ale nie na dzienne – na wieczorowe bądź zaoczne. W obu wypadkach: płatne. I to słono. I, jak się przekonałem, większość tych, którzy studia licencjackie kończą, właśnie na takie studia się wybiera. Podejrzewam zatem, że są to studia pomyślane przede wszystkim jako „przygotowywanie” do studiów płatnych. Wobec przepełnienia na studiach dziennych jest to dla wielu kandydatów na magistrów jedno z rozwiązań ich problemów, szczególnie w tych ośrodkach, które od centrów uniwersyteckich są oddalone. Po licencjacie już tylko dwa lata płatności, a nie, jak na studiach zaocznych, lat pięć. To spora różnica. Z tym, że skończy się to tym, iż owe licencjatki i owi licencjaci trafią na studia „gorsze”, a dlaczego gorsze, o tym napisałem wyżej. Nie widać możliwości przełamania tego systemu. Ale wydaje mi się, że jego istnienie jest efektem błędu popełnionego już u początków nowej Polski. Ta nowa Polska winna była ustalić – o czym pisałem tu parę razy – wyraziste priorytety rozwoju społeczeństwa. System szkolnictwa, łącznie ze studiami wyższymi, winien być tu niewątpliwie w centrum uwagi. Tym bardziej, że młodzież doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, iż zdobycie dyplomu jest dla niej sposobem walki o przetrwanie. Znalazła się w sytuacji swoistego szantażu ze strony państwa, którego preferencje są tak ustawione, że nie pozwalają na stworzenie warunków powszechnego bezpłatnego studiowania. Doprowadza to do stanu, jaki jest: z roku na rok zmienia się na niekorzyść proporcja między studiami normalnymi (dziennymi) a „gorszymi” (zaocznymi itp.), ale wskaźniki mówiące o globalnym zwiększeniu liczby studiujących w Polsce tego pod uwagę nie biorą. Powoduje to, iż miast zdobywania wiedzy, ważniejsze staje się zdobywanie papierków, a uczelnie miast na rozwój prac badawczych coraz bardziej nastawiają się na „produkcję magistrów”. |
|
|