Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 7-8/2002

Klocki i szydełko
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Wszyscy wiemy, że uczelnie nie podołają finansowo, jeśli lepiej niż dawniej nie wykorzystają pędu do wiedzy. Organizują więc liczne płatne studia zaoczne, wieczorowe, podyplomowe. W Internecie można znaleźć setki takich ofert, zwłaszcza z dziedziny „euroedukacji” (okropne słowo), pojawiają się poradniki z adresami kursów, reklamy w gazetach.

Ów pęd do wiedzy, a właściwie do umiejętności, czy jeszcze lepiej – do posiadania kolejnego zaświadczenia, wiąże się zapewne z niepewnością jutra, czego doświadcza większość młodzieży, również tej starszej. Swego czasu sądziłem naiwnie, że to tylko komunizm zmuszał ludzi do samowystarczalności. Kto miał jakie takie wyposażenie w czaszce, starał się nauczyć wszystkiego, co jest potrzebne, żeby nie wydawać pieniędzy. Prawdziwy mężczyzna umiał wymienić klocki hamulcowe i stłuczoną szybę, przetkać gaźnik i klozet. Prawdziwa kobieta brała się do pędzla i malowała mieszkanie albo do szydełka i tkała ubranka dzieciom. Dzisiaj jest podobnie, trzeba umieć wiele rzeczy, jednak z zupełnie innego powodu. Nikt serio nie zawraca sobie głowy klockami i szydełkiem, chyba że jest hobbystą, ale pewnego pięknego dnia po prostu może stracić pracę i nie znaleźć drugiej w tym samym zawodzie. Co wtedy? Wtedy powinien mieć w zanadrzu kilka innych zawodów, a przynajmniej zaświadczeń, że je ma.

Zatem potrzeby uczelni i słuchaczy wzajemnie się wspierają. Nie znaczy to wcale, że bez problemów. Ba, te są nawet większe niż na studiach dziennych. Dużo kłopotu jest z programami zajęć. Niejedno studium zaoczne czy podyplomowe, otwierane z huraoptymizmem (no, bo będą „środki”), ma program ogólnikowy, przypadkowy, zaledwie nawiązujący do tematu. Przeglądałem obszerny „Informator o studiach europejskich w Polsce” (wydany przez Biuro Koordynacji Kształcenia Kadr – Fundusz Współpracy), raczej z przygnębieniem. Brałem także udział w posiedzeniach zatwierdzających takie studia i także nie byłem zbudowany. Trudno było się zorientować, jaki jest rzeczywisty cel dydaktyczny tych kursów; czy chodzi w nich o tak zwane przekazanie wiedzy, czy może umiejętności, a może po prostu wykazanie, że uczelnia to uczelnia. Nie spotkałem zbyt wielu propozycji, które oznaczały kurs krótki, ale treściwy, na zasadzie przekazywania tylko niezbędnych wiadomości, ukierunkowania swoistego myślenia w danej dziedzinie i wyćwiczenia zachowań tej dziedzinie właściwych.

Studia zaoczne czy podyplomowe muszą mieć cechy praktyczne, w przeciwieństwie do studiów dziennych. Są to z założenia kursy zawodowe, o czym powszechnie się zapomina, a słyszałem nawet zdanie, że „uniwersytet to nie warsztat szewski i student sam powinien się domyślać, jak wykorzystać to, co mu wykładowca poda na tacy”. Taka opinia jest głupia. Co studentowi po wtłoczonym do głowy „materiale”, jeśli uczelnia zaniedbuje praktyczne przedstawianie węzłowych zagadnień? Słuchacze kursów wydają spore sumy na czesne (często zbierane długo i z wyrzeczeniami), są zapracowani, zmęczeni codzienną bieganiną, obsługą domu rodzinnego, a chcą mieć drugi zawód w garści albo udoskonalić już wykonywany. Nie można dopuszczać do tego, żeby weekendy, w czasie których odbywają się zjazdy, poświęcali na podsypianie na nudnych wykładach, w czasie których ktoś im powtarza rzeczy znane od lat. Jeśli się zważy ponadto, że w niektórych uczelniach powstają całe dodatkowe wydziały realizujące studia podyplomowe z wykorzystaniem kadry, która jest dobierana z łapanki, to frustracja gotowa.

Studiów tego rodzaju nie można uważać wyłącznie za sposób naprawiania budżetu szkoły. Są to obowiązki naprawdę poważne. Dydaktyka w systemie nauki skróconej wymaga mocnych akcentów, atrakcji, zaskoczeń, a przede wszystkim precyzji w dobieraniu wykładowców, którzy umieją się porozumieć i zrealizować tok szkolenia inny niż normalnie, szybszy i zwięźlejszy. Mozaika poruszanych tematów, z konieczności pozbawionych dygresji i wielosłowia, powinna się składać na spójny obraz całej dyscypliny, a nie przypominać przypadkowego klepiska, na którym młóci się cokolwiek, byle tylko pasowało do tematu. Jest to i nieskuteczne, i – powiedzmy otwarcie – nieuczciwe. Myślę, że rady wydziałów nie przykładają należytej wagi do talentu organizacyjnego i dydaktycznego kierowników owych studiów. Programy są zatwierdzane zbyt automatycznie, z „niewielkimi poprawkami”, podobnie jak wysokość czesnego, chętnie obliczanego na oko albo pod kątem potrzeb finansowych uczelni.

Nie twierdzę, że wszystkie szkolenia tego rodzaju są źle przygotowane i realizowane. Znam wiele znakomitych przykładów, ale to są wyjątki, które potwierdzają regułę.
Przykre jest to, że słuchacze po ukończeniu studium nie wiedzą, czy przeszli kurs marny, czy dobry. Wybierając tę naukę bardziej się kierowali kosztami niż istotą rzeczy. Mają zaufanie, które łatwo zawieść. Sami też zresztą nie są aniołkami. Narzekają na wysokie opłaty i jednocześnie opuszczają zajęcia z przyczyn zupełnie błahych. Niektórzy wręcz uważają, że już sama ich obecność powinna nobilitować całe to przedsięwzięcie, wykładowców i uniwersytet. A tam, gdzie organizacja i program są wzorowe, nie potrafią docenić wysiłku i na wszystko się krzywią. Najbardziej bulwersujące jest to, że dziwią się, kiedy na świadectwie widzą trójczynę. Przecież tyle zapłacili!

Są dwa wynalazki, których autorów, niestety, nie znamy. Pierwszy to koło, a drugi – linia najmniejszego oporu.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze