Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 9-10/2002

Aberracje czy nowe paradygmaty?
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Dotychczas był to obowiązek nielicznych – artystów, uczonych, pisarzy. 
Dziś kreatywności oczekuje się od wszystkich, nawet od wajchowego.

O jesiennej dekadencji

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Szanowny Panie Redaktorze!

Lato już odeszło. Ładne było, i owszem, przynajmniej jeśli chodzi o aurę. Jednak dla szukającego zatrudnienia wakacje to czas niespecjalnie urokliwy. Z tej perspektywy bowiem jest to okres zastoju, zamkniętych bibliotek i braku odpowiedzi na większość listów, nawet wysyłanych do starych przyjaciół.
Jesienią – już inaczej. Insekty stają się mniej dokuczliwe, znowu można poszperać wśród książek na bibliotecznych półkach, a niektóre e-maile doczekują się odpowiedzi. Rodzą się też nowe nadzieje, bo po wakacyjnym letargu ożywa społeczność akademicka i naukowa. Jest okazja poczytać o nowych, ciekawych sprawach.

NOBEL W ZASIĘGU RĘKI

Ciekawa okazuje się na przykład lektura raportu komisji badającej kilkuletnią twórczość naukową doktora Hendrika Sch?na i współpracowników. Ten młody, zdolny fizyk od 1998 roku pracował w Laboratoriach Bella należących obecnie do firmy Lucent Technologies. Bell Labs to jeden z najlepszych ośrodków badawczych na świecie. W ciągu 77 lat istnienia powstało tu ok. 28 tys. patentów, a sześciu badaczy zostało uhonorowanych Nagrodą Nobla z fizyki.

Rzeczony dr Sch?n uchodził za jednego z najbardziej obiecujących, pracowitych i twórczych fizyków ostatnich lat. Był chwalony za skromność i bezpretensjonalność w obejściu oraz doskonałe rozumienie wielu zagadnień fizyki układów skondensowanych. W jego pracowni jedna za drugą powstawały prace o przełomowym znaczeniu. Wykazywał zaiste zdumiewającą produktywność. W roku 2001 nowe publikacje pojawiały się średnio co 8 dni, a wśród nich wiele donosiło o rezultatach iście przełomowych dla fizyki, techniki i technologii.

Najbardziej spektakularne prace i osiągnięcia dr. Sch?na dotyczyły m.in. tranzystora zbudowanego z pojedynczej molekuły organicznej, laserów opartych na złączach organicznych oraz indukowanego polem wysokotemperaturowego nadprzewodnictwa rozmaitych materiałów. Mówiono nawet o niemal pewnej kandydaturze autora do Nagrody Nobla. Wszak od wielu lat setki laboratoriów na całym świecie trudzą się nad podobnymi zagadnieniami bezskutecznie, a jemu się udało.

ŚLEDZTWO

Aliści te wybitne, wręcz rewelacyjne, a przy tym wyjątkowo łatwo osiągane wyniki, zaczęły budzić niejakie wątpliwości. Na przykład nie udawało się powtórzyć wyników, które opisywały prace Sch?na. Dlatego powołano wspomnianą komisję. Ustaliła ona m.in., że wszystkich tych przełomowych odkryć i wynalazków autor dokonał w samotności. Sam konstruował przyrządy, sam prowadził pomiary. Ba! Nie tylko własnoręcznie robił najważniejsze rzeczy, lecz także nie miał żadnych świadków swoich dokonań. Zaiste, godne podziwu w czasach, gdy niemal wszystkie prace w dziedzinach eksperymentalnych i technicznych powstają zbiorowym wysiłkiem wieloosobowych zespołów, a większość sukcesów ma bardzo wielu ojców.

Dr Sch?n nie prowadził nawet systematycznej dokumentacji prac, a w każdym razie nic takiego się nie zachowało. Świadectwem jego osiągnięć były wyłącznie publikowane opracowania wyników. Na przykład elektroniczne zbiory bezpośrednich danych pomiarowych zostały wykasowane, podobno dlatego, że – jak sam wyjaśniał – przyszło mu pracować na starym sprzęcie komputerowym o bardzo ograniczonych zasobach. Nie udało się też znaleźć urządzeń, przyrządów czy prototypów – nawet tych nieudanych. Wszystkie albo uległy zniszczeniu w trakcie badań bądź podczas transportu z Konstancji w Niemczech (z którym to ośrodkiem dr Sch?n współpracował), albo zostały po prostu wyrzucone.

Wziąwszy pod uwagę te i kilka innych okoliczności owa speckomisja, powołana przez zarząd Bell Labs, przeprowadziła regularne dochodzenie w sprawie o naruszenie przez Sch?na i współautorów zasad uczciwości w pracy naukowej. Rozpatrzono szczegółowo dwa tuziny zarzutów, które podzielono na trzy grupy: podstawianie (czytaj: fałszowanie) danych, nieprawdopodobna (nierzeczywista) dokładność wyników oraz sprzeczność ze współczesnym stanem wiedzy fizycznej. Mówiąc wprost, chodziło o fabrykację wyników. Większość zarzutów potwierdzono, stwierdziwszy przy tym wyłączną winę Hendrika Sch?na. Komisja orzekła, iż fałszerstw dokonał on w sposób zamierzony i lekkomyślny, a przy tym bez wiedzy współautorów publikowanych prac. Uznano jednak, że część odpowiedzialności spada również na owych współautorów, gdyż sygnując prace własnym nazwiskiem powinni byli zadbać, w ramach swoich możliwości, o ich poziom merytoryczny i formalny.

NAJWAŻNIEJSZA - KREATYWNOŚĆ

Innymi słowy, naukowa afera na całego! Nawet Ig-Nobel przy tym wysiada. W wydawanych przez Bell Labs i Lucent Technologies komunikatach i oświadczeniach widać podręcznikowe przykłady działań public relations w sytuacji kryzysowej. Dr. Sch?na oczywiście wywalono z pracy. Oficjele podkreślają, że sprawa jest pożałowania godna, lecz odosobniona i że zakwestionowane badania nie miały nic wspólnego z bieżącymi produktami komercyjnymi Lucenta. Odium jednak spada na okolicę – na współautorów, na ośrodek badawczy, wreszcie – na całe środowisko fizyków.

W świetle powszechnie przyjętych zasad uprawiania nauki rzecz jest godna najwyższego potępienia. Aliści kiedy o tym wszystkim czytam, przychodzi mi do głowy skojarzenie z pewnymi tendencjami, dającymi o sobie znać w ostatnich czasach. Chodzi o coraz powszechniejsze nastawienie na oryginalność, na ciągłe wykazywanie się kreatywnością i inwencją. Dotychczas był to obowiązek nielicznych – artystów, uczonych, pisarzy. Dziś kreatywności oczekuje się od wszystkich, nawet od wajchowego.

Gdy przeglądam wizytówki lub ogłoszenia o pracy dochodzę do wniosku, że najbardziej twórczą dziedziną działalności człowieka jest reklama. W żadnej innej branży nie ma takiego zagęszczenia „dyrektorów kreatywnych”, żadne inne ogłoszenia o pracy, oprócz tych pochodzących od agencji reklamowych, nie stawiają tak wysokich wymagań w zakresie „twórczego podejścia” czy „świeżych, niekonwencjonalnych pomysłów”, czasem nawet mówią o konieczności wykazania się przebłyskami geniuszu. Bardzo blisko reklamy jest show-biznes. Jak zaś nie od dziś wiadomo, there is no business, like show-business. Gdyby tylko rozmaici show-biznesmeni powtarzali to sobie dla poprawy samopoczucia – niech im będzie na zdrowie. Sprawa jest jednak poważniejsza, bo analitycy trendów i przewidywacze przyszłości powiadają, iż nasza cywilizacja zdaje się zmierzać w kierunku showbiznesowego modelu funkcjonowania, i to nie tylko w aspekcie gospodarczym. Może w tym świetle Hendrika Sch?na trzeba widzieć nie jako oszusta i hochsztaplera, lecz jako prekursora nowego podejścia do uprawiania nauki?

TWÓRCZA INTERPRETACJA

Kreatywne podejście do różnych dziedzin jest ostatnio w modzie. Nawet w tak nudnej, zdawałoby się, dziedzinie, jak księgowość, ludzie okazują coraz większy potencjał twórczy. Afery finansowe za oceanem wprowadziły przecież do obiegu pojęcie twórczej księgowości. A w erze globalizmu pewne zjawiska szybko się rozprzestrzeniają. Dotarły także nad Wisłę i Odrę. Na przykład Janusz Majcherek w „Tygodniku Powszechnym” wskazuje na stosowanie twórczej księgowości na samej górze – w działaniach ministra Grzegorza Kołodki przy pracy nad budżetem państwa.

Prof. Kołodko uprawia swoją twórczość nad Wisłą, w samej stolicy. Ale i tu, na prowincji, w moim mieście nad Odrą kadra akademicka wykazuje się nową kreatywnością. Bardzo ciekawa pod tym względem jest lektura listu zamieszczonego w lokalnej gazecie przez prof. Ludwika Turkę, fizyka, byłego posła, członka sejmowej Komisji Edukacji Narodowej i byłego sędziego Trybunału Stanu. List ów odsłania tło pewnych godnych pożałowania zdarzeń, jakie miały miejsce podczas uroczystej inauguracji roku akademickiego w tutejszym uniwersytecie (publikujemy list prof. Turki na str. 45).

Od paru miesięcy ciągnie się tu afera związana z obsadą stanowiska dziekana Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii. Chodzi o to, że wybór dziekana został dokonany z rażącym naruszeniem prawa. Uczelniana Komisja Wyborcza uznała tę elekcję za nieważną, podobną opinię wyraziła też minister edukacji narodowej i sportu oraz Senat uczelni, ale prawnicy tego nie uznają.

O CO CHODZI?

Zgodnie ze znanym porzekadłem, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Nie inaczej jest w przypadku owych twórczych prawników z mojej byłej Alma Mater. Kierunek prawa to dla większości uniwersytetów w Polsce złota żyła. Dzięki obserwowanemu w ostatnich latach (owczemu) pędowi na studia z jednej strony, a stosunkowo niskim kosztom organizacji zajęć z drugiej, można łatwo rozbudowywać masowe studia zaoczne i wieczorowe, czyli płatne.

Nietrudno się domyślić, co to ma wspólnego ze wspomnianym łamaniem prawa na prawie. To proste. Połowa wpływów z czesnego zostaje na wydziale, a o ich przeznaczeniu decydują władze tegoż wydziału. One zaś podeszły do rzeczy niezwykle „kreatywnie”, tworząc „swoistą oazę prawną”, jak to określił prof. Turko. W szczególności prawnicy uznali, że względem nich nie działa ustawa o finansach publicznych, a rada tego niespełna dwustuosobowego wydziału przyznała prodziekanom kilkunastotysięczne dodatki funkcyjne, dziekanowi zaś oddała do wyłącznej dyspozycji roczny trzymilionowy fundusz nagród. Prof. Turko stawia kropkę nad i pisząc: Gdy dziekan hojną ręką przyznaje swym ulubieńcom kilkudziesięciotysięczne nagrody za działalność nie mającą nic wspólnego ze sprawami wydziału, lepiej się rozumie jego mocną pozycję. A wśród pomniejszych „kreatywnych” działań związanych z jego wyborem było nawet fałszowanie protokołów Senatu.

Zapewne bardziej intensywne jesienne czytelnictwo pozwoliłoby znaleźć wiele innych przykładów na „twórcze” poczynania w najrozmaitszych dziedzinach, tradycyjnie uważanych za odległe od sztuki. Wspomniane sprawy bulwersują (przynajmniej niżej podpisanego), bo dotyczą łamania zasad, uważanych za niewzruszone. W przypadku dr. Sch?na chodzi o rudymentarne zasady pracy naukowej, w przypadku prawników z UWr. – o elementarne poczucie przyzwoitości, o poszanowaniu prawa nie wspominając. (Choć jeśli chodzi o to ostatnie, mamy w kraju niejaką tradycję, związaną z pojęciem „falandyzacji”.)

By upewnić się, że owe potępienia godne postępki są jedynie przejawami aberracji, a nie zwiastunami nowych paradygmatów myślenia, które by się miały w przyszłości stać podstawą funkcjonowania naszej cywilizacji, biorę się do ponownej lektury wykładów Umberto Eco Interpretacja i nadinterpretacja. Panu Redaktorowi zaś przesyłam niniejszą pocztę elektroniczną oraz wyrazy szacunku.

pm@wroclaw.com

 

Komentarze