|
|
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Przeczytałem właśnie świetną książkę Wojciecha Ligęzy poświęconą twórczości Wisławy Szymborskiej. Tytuł „Wisławy Szymborskiej świat w stanie korekty” (Wyd. Literackie, Kraków 2002) od razu zdradza „chwyt” interpretacyjny autora. Tytuły kolejnych rozdziałów – „Korekta języka”, „Korekta form”, „Korekta światopoglądu” – pokazują wieloaspektowość poetyckiej rzeczywistości. „Korekta świata” – oto, wydawałoby się, formuła scalająca: ta poezja to Księga pisana jako korekta naszych egzystencjalnych i duchowych doświadczeń – otwierają się tu dodatkowe jeszcze możliwości interpretacyjne, przez Ligęzę niewykorzystane. Ciągle jeszcze horyzont Księgi – tekstu porządkującego nasze widzenie rzeczywistości i stanowiącego punkt odniesienia dla „prozy życia” – wydaje się niewykorzystany w interpretowaniu poetyckich propozycji. W wypadku Szymborskiej – ale, oczywiście, nie tylko tej autorki – ów horyzont wydaje się o tyle ważny, że nie jest dość ostro zarysowany. Księga Szymborskiej jest bowiem także „w stanie korekty” – każdy nowy wiersz jest „korektą” wszystkich wcześniejszych. To w ogóle dziwne zjawisko, gdyż poszczególne wiersze poetki mają zawsze swą odrębną, indywidualną poetykę, a mimo to można przecież mówić o oryginalnej, całościowej poetyce Szymborskiej. Pomysł Ligęzy, by ową differentia specifica uczynić „korektę”, jest niesłychanie nośny i inspirujący. Rzecz jednak nie w tym tylko. Otóż Ligęza – po omówieniu początków twórczości noblistki – otwiera przestrzeń interpretacyjną rozdziałem zatytułowanym „Bez korekty”. Rozdział ten poświęcony jest wierszom z pierwszych dwóch tomów Szymborskiej, „Dlatego żyjemy” i „Pytania zadawane sobie” – obie książki bez wątpienia zaliczyć należy do zbiorów tekstów socrealistycznych. Ligęza nie ma też tu żadnych wątpliwości. Zaczyna jednak rozdział od zdania, które niekoniecznie musi być prawdziwe: „Po wojennym spustoszeniu należało w coś koniecznie uwierzyć”. Czy rzeczywiście? Mam co do tego poważne wątpliwości. Jeżeli wziąć pod uwagę to, co stało się w Jałcie i Poczdamie, ta „wiara” mogła trochę poczekać. Czekali też emigranci. Czekała cała masa ludzi, którzy – widząc, co się dzieje na „arenie międzynarodowej” – raczej nie byli skłonni do wierzenia „w coś”. W odróżnieniu od emigrantów – gdzie rówieśników Szymborskiej nie brakowało – ludzie, którzy pozostawali w kraju mieli mimo wszystko inne do wyboru opcje niż te, które zarysowuje w swej narracji Ligęza, gdy pisze, że ci, co żyli w Polsce, mogli „albo zadeklarować współudział, albo skazać się na milczenie”. Przynajmniej do roku 1953, gdy na zawsze zaszło Słoneczko Ludzkości, w Polsce była możliwa jeszcze trzecia opcja, w dodatku nie tak bardzo od Szymborskiej odległa, gdyż krakowska: związanie się ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, pisma zamkniętego (a właściwie ukradzionego przez „słusznych” katolików) po tym, gdy Jerzy Turowicz odmówił opublikowania na łamach czasopisma politycznego trenu na śmierć Józefa Wissarionowicza Stalina. To, że Szymborska – podobnie jak spora część polskiej inteligencji zrażonej do Kościoła katolickiego na skutek jego praktyk w okresie międzywojennym, pamiętając o tym, czym była choćby Akcja Katolicka – opcji tej nie wybrała, wydaje się rzeczą zrozumiałą. Nie jest natomiast rzeczą zrozumiałą pomijanie tej opcji w poważnej pracy naukowej. Warto na kartach takiej książki rzecz poddać dyskusji, tym bardziej że z dzisiejszej zwłaszcza perspektywy wydaje się ona ważna: otóż „Tygodnik Powszechny” – jedyne tego rodzaju zjawisko między Łabą i Kamczatką – stworzył trzeci, obok paryskiej „Kultury” i londyńskich „Wiadomości”, ośrodek suwerennej myśli polskiej po roku 1945. To, że działał on pod presją cenzury, jest problemem osobnym. Rzecz w tym, jak myślę, że było to środowisko otwarte i zarazem nie poddające się retoryce komunistycznej nowomowy. Nie pisałbym o tym, gdyby nie kolejne zdanie książki Ligęzy mówiące, że w swej poezji Szymborska, ulegając wymaganiom komunistycznej ideologii, mimo wszystko potrafiła ocalić, a nawet kształtować własną poetykę: „Bardzo wąski margines twórczej wolności” – pisze Ligęza – „poetka potrafi zagospodarować z korzyścią dla artystycznego wyrazu”. To prawda. Lecz jednocześnie nasuwa się pytanie o to, czy miała wówczas Szymborska świadomość tego, że ów „margines wolności” istnieje. Wydaje się, że nie miała. Wydaje się nadto, że znalazła się na owym „marginesie” dzięki sile swej – już wówczas wyrazistej – poetyki, dzięki więc sile wyobraźni, z której mocy chyba jeszcze wówczas nie mogła sobie zdawać sprawy. W tym kontekście za dość naiwne uznać należy stwierdzenia – przywoływane przez Ligęzę – „broniące” wczesne książki Szymborskiej, takie jak opinia Janusza Drzewuckiego, już postnoblowska, w której czytam: „Trzeba pamiętać o dwóch wczesnych zbiorach, zbyt chyba lekkomyślnie uznanych za socrealistyczne”. Bardzo to śmieszne: wystarczy owe zbiory przeczytać, by nie mieć najmniejszych wątpliwości. Przy czym piszę to jako admirator twórczości Szymborskiej, poniekąd jej „uczeń” („z jej ręki” jako poeta debiutowałem na łamach „Życia Literackiego” Machejka, w którym pełniła rolę „pani od poezji”). Nie ma co prześwietlać tych wierszy „przez Nobla”, bo to głupie i niemoralne. Z kolei nie ulega wątpliwości, że już wówczas – właśnie w tych pierwszych tomach – mamy do czynienia z odrębnością Szymborskiej, z zarysem jej własnej poetyki. Myślę zatem, że nie ma potrzeby „bronić” poetki przed nią samą. Taka akurat „korekta” nie jest jej potrzebna, tym bardziej że stara się zamazać dramatyzm doświadczenia. Wystarczy to stwierdzenie Ligęzy: „Natomiast zupełnie inaczej [w odróżnieniu od realiów ówczesnej twórczości – L.S.] przedstawia się kwestia rozwoju języka tej poezji: sytuacje liryczne, tropy stylistyki, odwołania do tradycyjnych gatunków poezji, środki wersyfikacji, całe instrumentarium artystyczne, używane z taką perfekcją, zachowane w zasadniczym zrębie, przestanie wkrótce służyć szkodliwej zbiorowej utopii”. To szczera prawda. Nie przeczy ona jednak temu, że Szymborska do grona socrealistów należała, co w niczym nie umniejsza jej późniejszej twórczości. Po prostu, tak było. I nie ma co wokół tego odtańcowywać magicznych czarów. |
|
|