Zamknięte „oczy świata” |
Życie akademickieUczelnie wyższe są miejscem, skąd winien emanować przykład prawości, by w „blasku prawdy” mogło trwać nasze życie. Tego oczekuje się od nauki. Jadwiga Michalczyk
Coraz bardziej skrzeczy polska rzeczywistość. Niemal na każdym kroku trafiamy na systemową sieć nieuczciwych układów i powiązań, których siłą sprawczą jest wzajemne popieranie się oraz krycie matactw, afer i innych niegodziwości. W poczuciu bezkarności następuje eskalacja podłości. Nasuwa się pytanie o motywy tolerowania nieuczciwości: solidarność środowiska czy solidarność zdrajców? A może zapotrzebowanie? Zło nie jest incydentalne. Jeden oszust w nauce niewiele złego zdołałby zrobić, przy rzetelności innych jego nieuczciwość szybko byłaby zdemaskowana. Zło musi więc odnosić się do większych lub mniejszych grup środowiskowych. I to jest najbardziej niepokojące zjawisko, które nosi znamiona kryzysu nauki. Wymaga zatem systemowych działań, a te wprowadza się u nas z największą opieszałością. Uczelnie wyższe są miejscem, skąd winien emanować przykład prawości, by w „blasku prawdy” mogło trwać nasze życie. Tego oczekuje się od nauki. Przed kilku laty ówczesny rektor KUL bp Stanisław Wielgus w przemówieniu inauguracyjnym O nowym paradygmacie uniwersytetu użył w odniesieniu do uniwersytetów określenia „oczy świata”. Ta metafora trafnie oddaje to, czym w ujęciu globalnym są uczelnie wyższe. Przywołuję ją w kontekście refleksji nad polskimi uczelniami, by stwierdzić, że nasze „oczy świata” są chore albo zamknięte.
Nieuczciwość w nauce to nic nowego. Nie jest to tylko problem współczesny i nie został wywołany tzw. transformacją ustrojową. Trwa od lat, ale niestety rozwija się w przyspieszonym tempie. Dla ukazania tego tempa, pozwolę sobie przytoczyć osobiste wspomnienie. Dotyczy ono okresu, gdy zaczynał się świt „Solidarności”. Wówczas, na jednym z roboczych spotkań, prof. Adam Malicki (1907-81) opowiedział o znaczeniu legitymacji służbowej uczonego. Będąc pracownikiem Uniwersytetu Jana Kazimierza, nie musiał specjalnie tego dokumentować, ale zatrudnienie w uniwersytecie było poświadczeniem prawości, a co za tym idzie wyzwalało powszechny szacunek. U schyłku jego życia legitymacja się tak zdewaluowała, że jej okazywanie zamiast zaufania wzbudzało podejrzenia. Wtedy jeszcze młody pracownik, który fałszował wyniki badań, szybko był demaskowany i usuwany przez samo środowisko, nawet jeśli za jego uczonością kryła się legitymacja „przewodniej siły narodu”. A jak jest teraz? Tego pytania nie można zostawić bez odpowiedzi. Nie wystarczy też odpowiedź, że teraz nie ma legitymacji. W głoszeniu prawdy można też posłużyć się fraszkami. Dobrze pełniły swą rolę w okresie niewoli. Może też w jakiejś mierze będą skuteczne w głoszeniu prawdy o środowisku naukowym, zwłaszcza gdy oddolne sygnały do „góry” nie docierają. Środowisko naukowe ma swojego krytyka, który ukazywał niegodziwości areopagu naukowego. Jest to przyrodnik Sergiusz Riabinin (1918-97). Jego strofy nie zwietrzały i mogą kłuć prawdą w oczy. Może nawet dotyczą powszechniejszych niż przed laty zjawisk. Cytuję jedną z nich:
Naukowców wielki tłok Kończę na fraszkach. Ufam, że ich mądrość ma swoją wymowę. Nie otworzy to „oczu świata”, ale może zasieje ziarno otuchy w tych, którzy są bezradni wobec zła, i których głos prawdy jest tłumiony. Ufajmy, że jedynie doraźnie satysfakcją dla nich pozostaną tylko fraszki. Może wkrótce coś się zmieni? Na razie w mym umyśle rodzą się tego typu wnioski:
Wielkiej to głupoty znak, Dr Jadwiga Michalczyk, geograf, jest pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. |
|
|