Agora

Studia podyplomowe

Nazwa oraz formuła studiów podyplomowych powinna być zastrzeżona, jako wariant kształcenia akademickiego i dopuszczalna wyłącznie w tych szkołach wyższych, które mają w danym zakresie prawo do prowadzenia studiów magisterskich.
Jacek Wojciechowski

 Fot. Stefan Ciechan Kiedyś ukończenie studiów dawało glejt do uprawiania zawodu do samej emerytury, ale to już przeszłość. Teraz trzeba stale odnawiać wiedzę, a nawet zmieniać specjalność, bo inaczej z zarabiania nici. Nowej wiedzy przybywa zaś tyle, że coraz trudniej opanowywać ją samodzielnie. Z tego więc wzięło się zapotrzebowanie na akademickie, instytucjonalne doskonalenie i dokształcanie, w postaci studiów podyplomowych.

CO I PO CO?

Chyba nigdy przedtem, w tak szerokiej skali, nie odczuwało się tak mocno potrzeby aktualizacji raz już opanowanej wiedzy, która rozwija się, zatem ucieka, coraz szybciej i mało kto potrafi nadążyć z orientacją na własną rękę, jak też swoimi siłami ustalić kompetentnie, co trzeba wiedzieć koniecznie, a czego nie. W takim odniesieniu, instytucjonalna renowacja wiedzy okazuje się najskuteczniejsza, najpełniejsza i - jeśli rozważyć wszystkie czynniki - przeważnie najtańsza.

Instytucjonalno-edukacyjnego wsparcia wymaga również dokwalifikowanie, a więc dopełnienie (np. wąskospecjalistyczne) wiedzy i umiejętności, które już się posiada, w przewidywaniu lepszych zarobków, awansu albo też po prostu dla sprostania wymaganiom oraz konkurencji. To jest ważna inwestycja osobista, zabezpieczająca egzystencję zawodową lub mogąca przynieść dodatkowe profity.

Bywają też inne przyczyny. Coraz więcej zawodów i specjalności (tak jak w nauce) przekracza tradycyjne granice dziedzinowe. Trzeba więc, w mniejszym lub większym zakresie, rozpoznawać dyscypliny ościenne, pokrewne, choćby po to, żeby dało się bez nieporozumień współpracować z innymi specjalistami, ale głównie dlatego, że inaczej nie sposób sprostać wymaganiom zawodu. Bez porządnego studium akademickiego takie rozpoznanie wydaje się mrzonką.

Ostatnio zaś coraz częściej - ze względu na cywilizacyjny postęp, ale także z uwagi na sytuację na rynku pracy - zachodzi konieczność opanowania całkowicie nowych umiejętności oraz nowej wiedzy, a więc przekwalifikowania się, chociaż nie bez związku z wiedzą i umiejętnościami posiadanymi uprzednio. To jest zadanie najtrudniejsze, jednak tam, gdzie ponowne pełnoprofilowe studia nie wchodzą w grę, studium podyplomowe stwarza pewne szanse oraz nadzieje.

Powodów do edukacji podyplomowej jest zatem niemało, a w przyszłości będzie ich zapewne jeszcze więcej. I właśnie ten aktualny oraz prospektywny popyt wygenerował stosowne formy dokwalifikowania.

OFERTA UCZELNI

Reakcją wyższych uczelni stała się oferta studiów podyplomowych, przeważnie dwusemestralnych, czasami trójsemestralnych i tak nadal jest. Na dłuższe studia mało kogo stać, krótsze byłyby w istocie krótkoterminowymi kursami, więc w praktyce dopracowano się formuł optymalnych.

Tego rodzaju uczelniana oferta była i jest naturalna oraz bardzo dobrze uzasadniona - w gruncie rzeczy trudno wyobrazić sobie inne miejsce realizacji. Uczelnia jest bowiem swoistą fabryką, przedsiębiorstwem kształcenia akademickiego, najbardziej fachowym z merytorycznego, naukowego oraz dydaktycznego punktu widzenia. Dla uczestników z kolei duże znaczenie ma autorytet uczelni jako uczelni właśnie oraz, w ślad za tym, domniemywana rękojmia poprawnego wykonawstwa.

Uczelnia tworzy system kształcenia akademickiego, ze stosowną kulturą nauczania i w tym systemie studia podyplomowe znalazły dla siebie miejsce. Jest tam odpowiednie zaplecze edukacyjne, od sal do ćwiczeń aż po biblioteki, oraz jest odpowiednia kadra dydaktyczna i naukowa, zdolna do godziwej realizacji programów nauczania. Bez tych narzędzi kształcenie byłoby jedynie imitacją.

Uczelnie zaczęły wdrażać studia podyplomowe wcześniej, zanim wprowadzono z tego tytułu opłaty. Była to forma pełniejszego wykorzystania wszystkich potencjalnych mocy uczelni, z drobnym dopełnieniem wynagrodzeń dla osób realizujących zajęcia.

Wprowadzenie obligatoryjnych opłat urynkowiło studia podyplomowe - w założeniu powinny bilansować się w całości. Tymczasem rozpoczęło się balansowanie pomiędzy zamiarem osiągnięcia zysku a płatniczymi możliwościami kandydatów. I tak oto narodziła się bariera ekonomiczna. Uczelnie, w skromnym stopniu, lecz jednak próbują w ten sposób nieco „podłatać” swoje mizerne budżety. Dla uczestników natomiast - doliczając do opłat koszty dojazdów oraz noclegów - studia podyplomowe okazują się drogie i bez wsparcia pracodawców (a takie bywa rzadko) niejednego już na nie po prostu nie stać. Niezależnie jednak od różnych trudności i napięć, popyt na studia podyplomowe nie powinien zmaleć. I uczelnie czynią słusznie, podejmując się realizacji. Jakkolwiek nie wszystkie.

METODA PCHŁY SZACHRAJKI

Każdy ogień ma swój dym, który szczypie w oczy. Dla studiów podyplomowych wysoce niekorzystną okolicznością jest ich niedookreślony status, jako następstwo braku odpowiednich regulacji prawnych i, oczywiście, warunków akredytacyjnych. W istocie studia podyplomowe mają charakter przysposabiających kursów. Tak to przynajmniej wygląda w świetle reguł resortowych i nawet warunek okazania przez każdego kandydata dyplomu magisterskiego nie jest w sensie prawnym dostatecznie jasno wyartykułowany. Natomiast świadectwa ukończenia studiów podyplomowych, czyli podyplomowe dyplomy, traktuje się z należytą powagą, jako dokumenty oficjalne.

Rezultat jest taki, że żadna zewnętrzna weryfikacja, ani tym bardziej akredytacja, wobec programów studiów podyplomowych nie jest praktykowana. Można w tych programach umieścić cokolwiek i realizować je na całkowicie dowolnym poziomie. Renomowane uczelnie na ogół dbają o jakość tych studiów, ale nie każda uczelnia jest renomowana.

Rzecz w tym, że organizacji studiów podyplomowych może podjąć się każda szkoła wyższa, z absolutnie dowolnego zakresu - również takiego, który jest jej obcy. To szokujące, ale tak naprawdę jest. W ten sposób dobry i pożyteczny pomysł ulega degeneracji.

Ostatnio za organizację studiów podyplomowych coraz częściej biorą się wyższe szkoły licencjackie - raczej państwowe niż prywatne - nie dosyć, że pozbawione uprawnień magisterskich, to w dodatku wybierające kierunki, o których prowadzeniu nie mają żadnego pojęcia. To jest rzeczywiście sposób postępowania pchły Szachrajki. W takim zamiarze odbywają się w całym kraju polowania na profesorów z wybranej branży i potem doraźnie sklecona drużyna firmuje takie niby - podyplomowe niby-studia. Kandydatów do studiowania tam na razie nie brakuje, opłaty bowiem są niższe, nie korzysta się z hoteli, a i koszty dojazdów nie są tak wysokie. Nikt jakoś nie myśli, że chociaż kwota jest mniejsza, to przecież w całości zmarnowana, bo płaci się za nic.

To jest paranoja. Jedyne, co można eksperymentalnie zaakceptować, to podyplomowe studia stomatologiczne w licencjackich szkołach nauczycielskich lub ekonomicznych. Pod jednym wszakże warunkiem: że organizatorzy tych studiów będą odtąd stałymi pacjentami wypromowanych w ten sposób przez siebie dentystów.

CHAŁTURA

Opisany tu proceder, który coraz częściej ma miejsce, należy do form pasożytniczych - polega wszak na żerowaniu na ludzkiej niewiedzy. Kandydat na słuchacza studium podyplomowego zazwyczaj nie zna w całości dydaktycznego profilu uczelni, nie kojarzy więc, że nie ma w nim wybranej przez niego specjalności. Nie każdemu też, zapewne, dają do myślenia tylko licencjackie uprawnienia szkoły, którą wybrał. Na ogół bowiem panuje przeświadczenie, że skoro ktoś już organizuje studia podyplomowe, to najwidoczniej ma do tego odpowiedni tytuł oraz uprawnienia.

Zresztą sam kandydat nie ma szans na weryfikację tego, co mu się pod hasłem studium podyplomowego oferuje, przynajmniej dopóki nie wniesie opłaty oraz nie weźmie udziału w zajęciach. Ale również później trudno o ocenę, nie ma bowiem żadnej skali porównawczej.

Istnieje wprawdzie renoma uczelni, ale u nas rachitycznie eksponowana, a jeżeli nawet, to z ograniczeniem do kilku uniwersytetów. To za mało, żeby w świadomości kandydatów przelicytować niższe koszty podyplomowego studiowania w szkole bez renomy.

Tymczasem jest tak, że aby godziwie kształcić studentów/słuchaczy, trzeba na standard dydaktyczny pracować latami, osiągając równolegle stosowny poziom naukowy. Bez takiego zaplecza można uprawiać jedynie pozoranctwo i chałturę.

Fakt, że tak właśnie może być i faktycznie bywa, rzuca cień na cały system szkolnictwa wyższego w Polsce. Ale oczywiście przynosi wstyd przede wszystkim samym organizatorom, którzy w poszukiwaniu (zapewne uzasadnionym) pieniędzy, decydują się na prowadzenie czegoś, czego prowadzić absolutnie nie powinni. Bądź co bądź, również w uczelniach licencjackich rektorami są przeważnie profesorowie. I nikt zażenowania? Z kolei inni profesorowie - pewnie w dobrej wierze, bo wszak nie dla nikłych honorariów - dają się wciągać w skład doraźnych ekip i tak, chcąc nie chcąc, firmują w tych licencjackich szkołach pozorowane studia podyplomowe.

W ten sposób, obok rzetelnych i pożytecznych studiów podyplomowych, pojawia się ich chałturnicza replika. Tak być nie powinno i dlatego potrzeba regulacji prawnych, które tę chałturę uniemożliwią bądź poważnie ograniczą.

AKREDYTACJA

Okoliczności rynkowe - a można już mówić o rynku usług edukacyjnych - nie wykluczają ewentualnych regulacji. Rynek to nie wolnoamerykanka. W całym systemie rynkowym istnieją wszak określone wymagania, uprawnienia, licencje chroniące interes klienta i gwarantujące minimalne standardy ofert. Tym bardziej więc oferty edukacyjne, zwłaszcza na poziomie szkolnictwa wyższego, nie mogą być od elementarnych rygorów wolne.

Mówiąc w największym skrócie: nazwa oraz formuła studiów podyplomowych powinna być zastrzeżona, jako wariant kształcenia akademickiego i dopuszczalna wyłącznie w tych szkołach wyższych, które mają w danym zakresie prawo do prowadzenia studiów magisterskich. Oprócz zasugerowania implantacji tej zasady do praktyki, konieczna jest jeszcze odpowiednia regulacja prawna.

Natomiast każda uczelnia (i zresztą nie tylko uczelnia) może sobie organizować dowolnie kursy doskonalące, ale z wykluczeniem nazwy „studium podyplomowe”. Może, jeśli znajdą się kandydaci gotowi wnosić opłaty za kursy. Ale to już całkiem inna kwestia.

Praktyką, być może emocjonującą, ale w sumie bardzo pożyteczną, stało się obowiązkowe uzyskiwanie akredytacji dla realizowanych kierunków studiów. Warto ją rozciągnąć także na studia podyplomowe. Byłby to najlepszy sposób zagwarantowania kandydatom na te studia godziwego poziomu oferty przedkładanej im przez szkoły wyższe. Tam, gdzie ten poziom jest i tak gwarantowany, żadnego uszczerbku z tego powodu nie będzie. Natomiast można wyeliminować lub znacząco zredukować praktyki niemożliwe do akceptowania. No i jeszcze trzeba, żeby potencjalni kandydaci na słuchaczy mieli świadomość, jak to jest.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, jest kierownikiem Katedry Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.