Agora

Uczelnie na zakręcie

Warto sięgnąć do rozwiązań rodem z USA, bo jednym z celów polityki europejskiej w sferze szkolnictwa wyższego i badań naukowych jest zapewnienie konkurencyjności uczelni europejskich z amerykańskimi.
Stefan Jackowski

Rys. Piotr Kanarek Prezydencki projekt prawa o szkolnictwie wyższym ma służyć rozwiązaniu narastających problemów (projekt wraz z kolejnymi wersjami oraz inne materiały do dyskusji nad prawem o szkolnictwie wyższym autor umieścił na stronie http://www.mimuw.edu.pl /~sjack/ usw/). W obszernej uchwale, przyjętej w grudniu 2003 r., Senat Uniwersytetu Warszawskiego (http://www. mimuw.edu.pl/dokumenty/monitor-uw/monitor-2003-7.html#poz130) krytycznie ocenił wiele zaproponowanych rozwiązań, utrzymanych także w projekcie złożonym przez Prezydenta RP w Sejmie. Poniżej rozwijam te wątki dyskusji poprzedzającej wykrystalizowanie się stanowiska Senatu UW, które uważam za szczególnie ważne dla przyszłości polskich uczelni.

Studia - elastyczność czy sztywna siatka?

W tle większości zapisów projektu tkwi wizja typowych studiów, jako określonej w chwili wejścia studenta na uczelnię sekwencji przedmiotów, które powinien on zaliczyć na jednym wydziale. Petryfikacja tego modelu nie jest zgodna z interesem życiowym młodych ludzi, którzy w uczelni powinni mieć prawo poszukiwania wizji swojej kariery zawodowej i możliwość dostosowywania do niej profilu studiów. Dopuszcza się wprawdzie tworzenie przez uczelnie (za zgodą PKA) makrokierunków i studiów międzykierunkowych, a także przypisywanie studentowi konkretnego kierunku studiów dopiero na II roku (nb. nie wiadomo o jakie studia chodzi:

3-letnie, 2-letnie czy 5-letnie?), są to jednak tylko mało przejrzyste próby załatania oczywistych niefunkcjonalności systemu. Elastyczne programy studiów, interdyscyplinarne dyplomy zamiast stawać się powszechne, mają pozostawać tylko furtkami w sztywnym systemie dotychczasowych kierunków studiów.

Na domiar złego projekt prezydencki utrzymuje ograniczenie autonomii uczelni w zakresie kształtowania programów studiów. Minister ma nadal ustalać rozporządzeniem standardy nauczania. Tryb powstawania standardów, nie mówiąc o ich zmianach, nie jest ustawowo zdefiniowany, a dotychczasowa praktyka jest nieprzejrzysta. Lektura obowiązujących standardów wskazuje, że bywają one wynikiem gier interesów, starań o zachowanie w programach „swoich” przedmiotów. Przedstawiciele PKA i ministerstwa przyznają, że standardy mają służyć jako narzędzie do wymuszania minimalnej jakości. W praktyce stają się też potężnym hamulcem modernizacji programów nauczania w najlepszych uczelniach, stanowiących punkty odniesienia dla całego systemu szkolnictwa wyższego.

Istnienie standardów nauczania w obecnej postaci utrudnia zaliczanie fragmentów studiów w zagranicznych uczelniach, co jest ważnym celem unijnego programu SOCRATES. To paradoksalne, bo wymiana studentów jest jednym z fundamentalnych celów tworzenia europejskiej przestrzeni edukacji wyższej, a realizacja płynących zeń zobowiązań jest podawana jako jedno z głównych uzasadnień tworzenia nowego prawa. Tymczasem programy nauczania w uczelniach europejskich są często zupełnie inaczej skonstruowane niż w Polsce. Podróżujący student może nie móc zaliczyć za granicą przedmiotów wymienionych w polskich standardach nauczania w podobnym wymiarze godzin i zakresie materiału. Przepisy o standardach nie przystają też do wprowadzanej w projekcie trzystopniowej struktury studiów (licencjat - magisterium - doktorat). Trudno sobie wyobrazić standardy w obecnym sensie na uzupełniających studiach magisterskich i studiach doktoranckich. Warto przypomnieć, że zdaniem ekspertów OECD, zaproszonych przez Rząd RP w latach 1995-96 do oceny systemu edukacyjnego, nie powinno się tworzyć centralnie standardów nauczania dla kierunków studiów, nawet jeśli decyzje w tej sprawie są podejmowane przez ministerstwo w konsultacji z demokratycznie wybraną Radą Główną. Nic dodać, nic ująć. Standardy nauczania mogłyby określać kwalifikacje nauczycieli, proporcje podziału czasu między zajęcia a pracę własną studenta, określać pewne minimalne parametry dotyczące realizacji (liczebność grup, wyposażenie techniczne, dostępność materiałów itp.). Powinny być tworzone na podstawie doświadczeń uczelni i regularnie nowelizowane.

Obok standardów nauczania, dodatkowym usztywnieniem modelu organizacji studiów jest ustawowe powiązanie prowadzenia kierunków studiów z wydziałami uczelni. Wydziały skupiają na ogół specjalistów w zakresie pewnej dziedziny wiedzy, a prowadzenie przez nie kierunku studiów uczelni oznacza w praktyce również tworzenie przez wydziały wyodrębnionej infrastruktury, co prowadzi do dublowania nakładów w ramach uczelni i nieefektywnego wykorzystania zasobów. Organizowanie całego toku nauczania w ramach takich jednostek bywa niekorzystne dla studentów, bo przygotowanie do wielu zawodów (a szczególnie perspektywy ich zmian) wymaga łączenia w procesie kształcenia elementów wielu dziedzin wiedzy, a także nabywania wielu uniwersalnych umiejętności praktycznych (komputer, zdolności komunikacyjne, praca w grupie itd.). Ustawowa furtka pozwalająca na prowadzenie studiów przez kilka jednostek stwarza mnóstwo problemów kompetencyjnych dotyczących właściwości organów jednoosobowych i kolegialnych w zakresie spraw programowych i studenckich. Z punktu widzenia ustawodawcy, podmiotem prowadzącym studia powinna być po prostu uczelnia, która wewnętrznymi regulacjami powierza poszczególnym jednostkom organizacyjnym wykonywanie określonych zadań w procesie dydaktycznym, prowadzącym do określonego rodzaju dyplomu. Takie rozwiązanie pozwalałoby zarówno zachować istniejącą strukturę tam, gdzie ona dobrze funkcjonuje, jak również tworzyć innowacyjne programy.

Zamiast sztywnych gorsetów ministerialnych rozporządzeń, uczelnie - przynajmniej te najlepsze - powinny otrzymać autonomię w zakresie modernizacji treści i metod nauczania oraz wyboru odpowiednich form organizacji studiów. Autonomia w tworzeniu nowych programów nie musi oznaczać braku kontroli nad procesem ich powstawania. Projekty przed wdrożeniem mogłyby być poddawane procesowi recenzji podobnemu np. do stosowanego w przewodach doktorskich i habilitacyjnych, a prowadzenie studiów oceniane przez PKA.

Ustawa powinna umożliwiać prowadzenie studiów według powszechnego w uczelniach amerykańskich modelu artes liberales, czyli ogólnokształcących studiów pierwszego stopnia (kończących się tytułem bachelor), w trakcie których student wybiera dziedzinę szczególnego zainteresowania (major), stanowiącą tylko około 30 proc. programu studiów.

Edukacja i badania - Razem czy osobno?

Niemal równolegle do prac nad prawem o szkolnictwie wyższym, trwały przygotowania nowej ustawy o finansowaniu nauki. Należy koniecznie zacząć mówić łącznie o obu ustawach, tym bardziej że prof. Michał Kleiber, minister nauki i informatyzacji, wskazuje poprawę jakości kształcenia uniwersyteckiego jako jeden z priorytetów ustawy o finansowaniu nauki („Gazeta Wyborcza”, 21.11.2003). Poziom badań naukowych w Polsce zależy przede wszystkim od polityki państwa wobec silnych uczelni, skupiających masę krytyczną niezbędną do tworzenia silnych środowisk naukowych.

Ustawa o szkolnictwie wyższym traktuje wszystkie uczelnie jako instytucje głównie dydaktyczne, a ustawa o finansowaniu nauki nie dostrzega wagi uczelni jako ośrodków badawczych. Zapisy projektu ustawy o finansowaniu badań naukowych nie pozwalają na finansowanie tych jednostek badawczych tworzonych w uczelniach, w skład których wchodzą przedstawiciele różnych wydziałów, o ile jednostki te nie prowadzą kierunku studiów. Problemy wynikające ze związków kształcenia akademickiego z prowadzeniem badań naukowych zostały dostrzeżone w ustawodawstwie niektórych krajów Unii Europejskiej. W Danii osobna ustawa dotyczy research-based education, a więc uczelni kształcących na podstawie badań naukowych. Z kolei w Holandii problemy szkolnictwa wyższego i finansowania badań naukowych są regulowane w jednej ustawie.

Senat Uniwersytetu Warszawskiego zaproponował wyróżnienie w prawie o szkolnictwie wyższym kategorii uczelni badawczych, które posiadałyby szeroki zakres autonomii w zakresie kształtowania struktur organizacyjnych podporządkowanych zadaniom dydaktycznym i badawczym. Uczelnie badawcze powinny posiadać uprawnienia do samodzielnego określania programów studiów, co oznacza także tworzenie nowych kierunków i form studiowania. Uczelnie badawcze byłyby miejscem kształcenia elitarnego, którego istnienie jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania całego systemu edukacji. Status uczelni badawczej powinien być nadawany przez władze państwowe na ustalony okres (np. 10 lat i ewentualnie odnawiany), na podstawie obiektywnych wskaźników wolumenu i jakości badań naukowych, kwalifikacji nauczycieli akademickich oraz merytorycznej oceny jakości działalności dydaktycznej.

Profesor - wolny zawód?

Ograniczenie „wieloetatowości” nauczycieli akademickich jest jednym z deklarowanych celów prawa o szkolnictwie wyższym. Środkiem ma być zmiana charakteru zatrudnienia nauczycieli akademickich z mianowań na umowy o pracę. Upatrywanie w tym środka do ograniczenia wieloetatowości może dziwić, bo, zgodnie z prawem pracy, mianowanie pozwala na oczekiwanie większej dyspozycyjności i lojalności wobec pracodawcy niż zatrudnienie w drodze umowy. W rzeczywistości jednak zobowiązania wynikające z mianowania nie są egzekwowane. Co gorsza, mianowanie połączone z nienormowanym czasem pracy służy wielu osobom jako bezpieczna podstawa rozległej i różnorodnej działalności poza uczelniami.

Aby jej przeciwdziałać, nauczyciele akademiccy mieliby być zobowiązani do informowania rektora o jakiejkolwiek dodatkowej pracy lub działalności gospodarczej. Rektor mógłby zgłosić sprzeciw wobec prowadzenia tej działalności, gdyby charakter zatrudnienia mógł prowadzić do konfliktu interesów lub niewywiązywania się nauczyciela z jego obowiązków wobec uczelni. Z jednej strony można mieć wątpliwość, czy obowiązek informowania rektora o wszelkiej działalności, także zupełnie nie związanej z obowiązkami nauczyciela akademickiego, nie stanowi zbyt daleko idącej ingerencji w prywatność obywatela. Z drugiej strony obawiam się, że system może okazać się niezbyt skuteczny. Sądzę, że wiele osób, pracujących w kilku szkołach lub prowadzących równolegle z pracą w uczelni inną działalność, nie będzie gotowych łatwo zrezygnować z dodatkowych zatrudnień. Dotyczy to zwłaszcza najlepszych specjalistów w dziedzinach rynkowych. Wówczas rektor stanie przed trudną decyzją: czy takiego profesora zwolnić, czy też przymknąć oczy na dodatkową działalność.

Ogólne kwestie dotyczące unikania konfliktu interesów powinny być określane w statutach uczelni. Ustawa powinna umożliwić uczelniom większą indywidualizację warunków umowy o pracę lub mianowania. Szczególnie cennym pracownikom można by proponować klauzule wyłączności, którym towarzyszyłaby oferta odpowiedniego wynagrodzenia. Zamiast utrzymywania sztywnego pensum dydaktycznego, należy wprowadzić możliwość indywidualnego określania w umowie o pracę (lub mianowaniu) proporcji zadań badawczych, dydaktycznych i organizacyjnych. Takie rozwiązanie służyłoby wiązaniu najlepszych specjalistów z polskimi uczelniami. Również tych, dla których alternatywą pracy w Polsce jest posada w dobrym uniwersytecie amerykańskim. Jednocześnie należałoby rozszerzyć możliwości kontraktowych zatrudnień do realizacji konkretnych zadań dydaktycznych lub badawczych. Nauczyciele preferujący niezależność mogliby być traktowani jako osoby wykonujące wolny zawód, czemu sprzyja zasada przyznawania stopni i tytułów naukowych, bez bezpośredniego związku z etatowym zatrudnieniem. Rozwój szkolnictwa wyższego w burzliwych czasach wymaga elastycznego dostosowywania się do realiów, także w zakresie form zatrudnienia.

Student - usŁugobiorca czy interesant w urzędzie?

Ustawa o szkolnictwie wyższym powinna koniecznie sprecyzować prawną naturę stosunków student (doktorant) - uczelnia. Trzeba określić, czy studenta z uczelnią wiąże umowa, do której stosują się przepisy kodeksu cywilnego, czy też do uczelni stosują się przepisy właściwe dla urzędów. Sądy administracyjne, do których czasem studenci odwołują się od decyzji uczelni, zdają się uważać, że przynajmniej niektóre decyzje uczelni publicznych mają charakter administracyjny. Powszechne stosowanie kodeksu postępowania administracyjnego w relacji student - uczelnia oznacza obciążenie uczelni i studentów ogromną biurokracją, paraliżującą sprawną organizację nauczania. Zapewne byłoby właściwsze nadanie relacji student - uczelnia charakteru umowy cywilnoprawnej. Pozwoliłoby to zachować większą równoległość sytuacji w uczelniach publicznych i niepublicznych, co jest jedną z podstawowych zasad przyjętych w projekcie prezydenckim. Regulamin studiów stawałby się umową akceptowaną przez studenta w momencie immatrykulacji. Ustawa mogłaby wyszczególnić pewne konkretne decyzje podejmowane w uczelniach publicznych, mające charakter administracyjny (np. decyzja o przyjęciu na studia bezpłatne, czyli te finansowane ze środków publicznych). Projekt prezydencki do tych zagadnień w ogóle się nie odnosi. Warto przypomnieć, że były one podejmowane w dyskutowanych przed kilku laty projektach ustawy o szkolnictwie wyższym.

Odpłatność za studia - czy nadal magia nazw?

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów jest odpłatność za studia. Ponieważ w ustawie z 1990 roku nie zdefiniowano, co to są studia wieczorowe, więc wiele uczelni oferuje te same zajęcia dla studentów dziennych (bezpłatnych) i wieczorowych (płatnych). Wobec zarzutów, że choć studenci wieczorowi płacą, to otrzymują niższej jakości usługę edukacyjną w mniejszym wymiarze godzin, wspólne kształcenie studentów płacących i nie płacących jest uważane za korzystne (także przez Trybunał Konstytucyjny). Jednak wielu nauczycieli i studentów uważa za niesprawiedliwą sytuację, gdy w jednej ławce przez 5 lat siedzi płacący dobry student, który nie miał szczęścia dostać się na studia bezpłatne, i ledwo trójkowy kolega, który prześlizgnął się przez egzamin wstępny i dzięki temu, oprócz darmowej nauki, ma liczne przywileje studenta dziennego. Brak mechanizmów przepływu studentów między studiami bezpłatnymi i płatnymi jest jednym z bolesnych problemów funkcjonującego systemu.

Projekt prezydencki nie rozwiązuje tych powszechnie dostrzeganych problemów związanych z odpłatnością za studia w uczelniach publicznych. Likwiduje pojęcia studiów dziennych (bezpłatnych w uczelniach publicznych), wieczorowych i zaocznych (płatnych), wprowadzając w to miejsce studia stacjonarne (bezpłatne w uczelniach publicznych) i niestacjonarne (płatne). Tym razem pokuszono się o zdefiniowanie różnicy między nimi w ten sposób, że studia niestacjonarne to formy studiów, których organizacja zapewnia studentom możliwość zatrudnienia w ramach stosunku pracy. Uzasadnienie tej definicji jest zapewne następujące: skoro uczelnia publiczna oczekuje zapłaty czesnego, to powinna studentowi umożliwić zarobienie na nie. Pomija się jednak zagadnienie najważniejsze: czy student będzie jeszcze miał czas się uczyć? Przecież o możliwości łączenia pracy zarobkowej i studiów decyduje nie forma zatrudnienia, lecz czas, jaki student poświęca na naukę i pracę. W ustawie należałoby raczej zdefiniować, ile czasu student stacjonarny (zwany po angielsku ściślej: full-time student) ma poświęcać na naukę, jak uczyniono to np. w ustawie duńskiej i statutach wielu amerykańskich uczelni. Poważne uczelnie w świecie przyjmują, że na każdą godzinę zajęć z udziałem nauczyciela akademickiego powinny przypadać 1-2 godziny samodzielnej pracy studenta. Liczba godzin zajęć na większości kierunków oscyluje wokół 20 tygodniowo. Jeśli student pracowałby jeszcze solidnie samodzielnie, powinien poświęcać na naukę co najmniej 40 godzin tygodniowo.

Zamiast wprowadzać niezbędną w kwestiach finansowych jasność, projekt pozostawia, a może nawet pogłębia, istniejący zamęt. Pozostają wątpliwości, dlaczego jedni studiują wiele lat za darmo (np. na kolejnych kierunkach), podczas gdy inni muszą dużo zapłacić za skromne studia? Co oznacza wymaganie opłaty za powtarzanie zajęć w sytuacji, gdy student może wybierać różne przedmioty - jeśli nie zaliczy jednego, może w to miejsce wybrać inny? Jak interpretować zapis o odpłatności za zajęcia nieobjęte planem studiów, skoro uczelnie w interesie studentów starają się tworzyć elastyczne programy, czasem prowadzące do więcej niż jednego dyplomu? Dopuszczenie odpłatności za studia (czy również stacjonarne?) prowadzone w języku obcym spowodowałoby zapewne żywiołowy rozwój nauczania w narzeczu polsko-angielskim.

Wątpliwości można mnożyć. Projekt nie usunie niemiłej atmosfery dwuznaczności towarzyszącej arbitralnemu pobieraniu opłat przez uczelnie publiczne. Może lepiej skończyć z fikcją rozmaitych nazw studiów i wprowadzić prostą zasadę. MENiS zawiera kontrakt z uczelnią na kształcenie w ramach dotacji określonej liczby studentów niepłacących. Jeśli uczelnia ma wolne „moce przerobowe”, może przyjąć więcej studentów na warunkach odpłatności. Marzeniem większości studentów wieczorowych są po prostu zwykłe studia. Dla tych, którzy chcą łączyć studia z pracą, powinny być oferowane, podobnie jak w uczelniach amerykańskich, programy part-time, polegające na realizowaniu w dłuższym czasie tego samego programu, co na studiach full-time. Jawne przyjmowanie na takie same programy studentów niepłacących i płacących ułatwiłoby wprowadzenie sprawiedliwych mechanizmów zwalniania z opłat studentów płacących osiągających dobre wyniki i obciążania opłatami maruderów przyjętych na studia bezpłatne.

Co dalej?

Polska potrzebuje nowocześniejszej ustawy o szkolnictwie wyższym, powiązanej z ustawą dotyczącą badań naukowych. Powinniśmy w znacznie większym stopniu wykorzystać doświadczenia krajów Unii Europejskiej, w których podjęto w ostatnich latach reformy szkolnictwa wyższego. Warto też sięgnąć do rozwiązań rodem z USA, bo jednym z celów polityki europejskiej w sferze szkolnictwa wyższego i badań naukowych jest zapewnienie konkurencyjności uczelni europejskich z amerykańskimi. Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie: jak pobudzić innowacje w dziedzinie kształcenia akademickiego i badań naukowych, bez których polskie uczelnie będą skazane na marginalizację w europejskiej przestrzeni szkolnictwa wyższego, a kraj na utratę najzdolniejszych uczonych i studentów?

Prof. dr hab. Stefan Jackowski (Stefan.Jackowski@mimuw.edu.pl) jest dziekanem Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, autorem szeregu publikacji dotyczących szkolnictwa wyższego.