![]() |
| Hugo Steinhaus uważał Jasło za najpiękniejsze miejsce świata. |
Galicyjskie małe miasta były w XIX i na początku XX wieku siedliskiem idei społecznikowskich oraz wylęgarnią ludzi pragnących podnosić poziom cywilizacyjny Polaków, wcielających w życie oryginalne formy działalności oświatowej i kulturalnej. Znaczące miejsce w rejestrze takich miast zajmowało Jasło, które Hugo Steinhaus, jeden z największych matematyków, tam urodzony, bezdyskusyjnie uważał za najpiękniejsze miejsce świata.
W Jaśle osiedli obaj dziadkowie prof. Teresy Jadwigi Oberc-Dziedzic, a my rozmawiałyśmy w Instytucie Nauk Geologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, patrząc przez okno na połyskującą wodę Odry, nad którą to graniczną rzeką żyją trzy kolejne pokolenia rodu.
Inteligencka tradycja Oberców, a także macierzystej linii, Sołtysików, zaczyna się jeszcze wtedy, gdy dziadek Oberc, przedsiębiorca budowlany, stawiał w Jaśle i okolicach kościoły, szkoły oraz inne budynki użyteczności publicznej, a dziadek Sołtysik, kuśnierz, zabiegał o wykształcenie wszystkich licznych dzieci. Większość z nich uzyskała je na studiach uniwersyteckich, zostając zwykle nauczycielami. Wuj pani profesor, Kazimierz Sołtysik, po służbie w legionach, po przeżyciu młodzieńczej fascynacji socjalizmem i działalności z ramienia PPS na rzecz urządzania niepodległej Polski, po studiach w nowo powstałym Uniwersytecie Adama Mickiewicza, prowadził pionierskie badania socjologiczne, przynależąc do znanej Szkoły Poznańskiej.
Matka, najmłodsza z siedmiorga dzieci, skończyła historię w Uniwersytecie Jagiellońskim i przez całe życie historii uczyła. Córkę Teresę gorąco odmawiała od pójścia własnym śladem, bo po wojnie, kiedy historię fałszowano, nauczycielski ciężki chleb miał dodatkowy smak goryczy i upokorzenia.
Jasielski dom późniejszej pani profesor był „taki staroświecki i patriarchalny”. Ojciec, prawnik, gromadził książki, które „leżały i stały w każdym miejscu” - klasyka literacka, ale i kompendia historyczne i prace z dziedziny antropologii, którą ojciec się interesował. Żadnemu z czworga rodzeństwa nie przyszło nigdy do głowy, żeby wstąpić do którejś z oficjalnych w PRL organizacji, chociaż byliśmy jakoś wpasowani w poetykę tamtego czasu. Pisaliśmy w szkole wypracowania, jakich oczekiwano. O wszystkim, co na zewnątrz, rozmawiano w domu szczerze, dzieci wiedziały, którędy idzie granica między tym, co należy, a tym, czego się nie godzi. Harmonia patriotycznych uniesień i pracy organicznej, jakiej możliwości znajdowano w każdych warunkach, stanowiła ochronę przed pokusami oficjalnej ideologii, a umacniała ją okupacyjna przeszłość rodzinnego miasta. Jasło, będące bardzo silnym ośrodkiem ruchu oporu, zostało we wrześniu 1944 roku spalone przez Niemców, po wysiedleniu całej ludności. Rodzice wrócili z pustymi rękami i przez pierwsze lata nie było w domu umiłowanych książek, wobec czego ojciec opowiadał wieczorami treść Ogniem i mieczem z pamięci, z dokładnością, jaka do dzisiaj budzi podziw najstarszej córki. Teresa miała szczęście chodzić do szkoły, gdzie wychowawcy myśleli podobnie jak rodzice, uważa więc wierność zaszczepionym jej w dzieciństwie ideałom za tak naturalną i oczywistą, że o atmosferze swego domu mówi nader lakonicznie.
Gdy prof. Józef Oberc odbierał, odnowiony po pięćdziesięciu latach, doktorat w Auli Leopoldyńskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, dziekanem Wydziału Nauk Przyrodniczych była... jego bratanica. Pani profesor w przemówieniu zacytowała wielkiego uczonego Ludwika Hirszfelda, założyciela Wydziału Lekarskiego w polskim uniwersytecie we Wrocławiu: - Człowiek nauki musi być przygotowany na to, że w gmachu nauki, który buduje, inni mieszkać będą.
Od bardzo wczesnej młodości chciała znaleźć się wewnątrz gmachu, do którego przed nią weszli kolejno przodkowie z linii Oberców. Dziadek, dwukrotnie żonaty, miał bardzo liczne potomstwo. Wśród wykształconych dzieci byli: lekarz, prawnik i absolwent Wyższej Szkoły Handlu Zagranicznego (ojciec Teresy), ksiądz, kilkoro nauczycieli.
Dwaj geologowie zapoczątkowali wątek zainteresowań przyrodniczych na poziomie akademickim i przysporzyli dorobku naukom o Ziemi. Obaj podczas wojny ukończyli studia w Uniwersytecie Jana Kazimierza, po wojnie zaś Andrzej Oberc pozostał w Krakowie, najpierw w Akademii Górniczej (później AGH), gdzie został profesorem i pełnił funkcję prorektora, następnie w politechnice. Krakowski dom stryjostwa pani Teresa Oberc-Dziedzic wspomina jako rozbrzmiewający dyskusjami, pełen gości - ludzi nauki i artystów - gromadzonych przez stryjenkę, nauczycielkę polskiego, która pisała powieści, później także przez jej rówieśnicę, kuzynkę Annę, profesora Akademii Muzycznej i dyrektora krakowskiej filharmonii.
Stryj Józef, „najważniejszy geolog w rodzinie”, jeden z najpierwszych w Polsce, rozpoczął drogę naukową w Poznaniu, pod kierunkiem wybitnego uczonego Henryka Teisseyra, aby ją kontynuować we Wrocławiu, gdzie znalazł się w roku 1946 - na resztę życia. Stworzył tam szkołę naukową, która, obok osiągnięć poznawczych, wywarła trwały wpływ na styl dochodzenia do nich, na reguły współpracy tak istotne we wspólnocie mistrzów i uczniów spędzających wiele czasu w niełatwych warunkach badań terenowych.
Rodzinna tradycja naukowa, dobrze już ugruntowana, gdy Teresa Oberc wchodziła w dorosłe życie, jawiła jej się przede wszystkim pomocą w osiąganiu takiej zawodowej pozycji, jaka pozwoli ciągle się uczyć, ale także, jak to robiła większość członków rodziny, uczyć innych. Nie ciążyło jej poczucie zobowiązania, może dlatego, że wypełnianie podstawowych powinności wobec bliskich i wobec każdego, zawsze było w jej otoczeniu tak samo naturalne, jak „porządna” praca, której wymagano, także od dzieci, choć nikt im tego nie mówił.
Brat pani Teresy również pracuje naukowo, jako geofizyk w Centrum Badań Kosmicznych. Jedna z sióstr jest lekarzem, druga chemikiem.
Ona sama, rozumiejąc, że na studiowanie historii czas nie jest dobry, wybrała tę spośród nauk przyrodniczych, która najbardziej jest „historyczna”, geologię, poznającą przeszłość Ziemi. Mówiąc o tym, zrobiła dygresję: Jej syn, mimo starań, żeby został przyrodnikiem (posłała go do profilowanej klasy), studiował historię. Ucząc w liceum... pisze książki i artykuły popularnonaukowe.
Pomyślałam, że w tych decyzjach, powodowanych trwającą obawą przed naciskami oraz grożącymi kompromisami, jest jakaś jednak rezygnacja, jakaś cena zapłacona historii, tej najnowszej, w której przyszło żyć po wojnie, która nakazywała samą siebie zakłamywać. Wydało mi się, że geologia pani profesor była wyborem z rozsądku, ale rozmówczyni wyprowadziła mnie z błędu: - Geologia jest właśnie tą dziedziną wiedzy, która, obok genetyki, zrobiła największy postęp. Geologia weszła już na poziom atomowy, zarówno w badaniu istniejących obiektów, tj. skał, jak w modelowaniu budowy materii, co odsłania jej powstawanie, czyli jej historię. Mówimy o materii nieożywionej, ale gdy popatrzeć na jej organizację, okazuje się bardzo podobna do materii żywej. Świat jest niezwykle mądrze urządzony, z niewielu klocków.
Józef Oberc zainicjował i prowadził, wraz z uczniami, badania geologiczne Sudetów, które, jako góry bardzo stare, mają niezwykle ciekawe dzieje. I to naukowe przedsięwzięcie stanowi ważny rozdział najnowszej historii Polaków poznających ziemie, na których historia kazała im urządzać życie na nowo.
Opowieść rodzinna zmieniła się w pewnym momencie w rozmowę o aktualnej kondycji geologii, czułam się jednak usprawiedliwiona z wydłużenia tego wątku, bo geologia jest u Oberców „rodzinną sprawą” w drugim już pokoleniu, a wyczuwalna nią fascynacja pani profesor, później zaś jej wielka troska o stan i perspektywy studiów geologicznych, są wymownymi przykładami mocnych związków z tradycją i naukową, i nauczycielską.
Sednem geologii, jeśli tak wolno to określić, jest teoria litosfery, ogniskująca niejako najważniejsze pytania rozmaitych wyodrębnionych jej gałęzi. Uczeni pragną coraz lepiej przeniknąć to, co dzieje się we wnętrzu Ziemi, a zyskują wciąż doskonalsze narzędzia, m.in. ze strony geofizyki. Geofizyka, notabene ma znakomitego przedstawiciela w osobie Polaka, prof. Adama Dziewońskiego, który pracuje w Houston i kilka lat temu otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę w swojej dziedzinie, a wywodzi się z wrocławskiej szkoły geologicznej.
Pani profesor Oberc-Dziedzic zajmuje się „utworami” krystalicznymi, czyli skałami metamorficznymi, w których zapisana jest historia tworzenia się skał, kolejnych faz ich przekształcania, warunków (temperatury, ciśnienia), w jakich to się działo. Bezpieczna, daleka od wszelakich koniunktur, historia...
Geologia w Uniwersytecie Wrocławskim była kierunkiem wolnym od wpływów politycznych, nawet w trudnych okresach. W 1968 roku Teresa Oberc, pracująca już w instytucie, razem z kolegami i studentami słuchała wiadomości nadawanych przez Wolną Europę z takiego samego trzeszczącego radia „pionier”, jakie było w jej jasielskim domu.
Teraz sama jest mistrzem. W ostatnim dziesięcioleciu (zaczęło się to nawet wcześniej) przeżywa czas osobliwego, niekiedy dramatycznego, rozdziału badań geologicznych i zawodu geologa, którego istotą było poszukiwanie surowców potrzebnych gospodarce. Pierwsze zyskują wciąż nowe, coraz ciekawsze perspektywy i doskonalsze narzędzia badawcze, drugi ma się kiepsko, z powodu tego, że dotychczas odkryte złoża są coraz oszczędniej eksploatowane. „Trzyma się” ciągle hydrogeologia, ale i tam zapotrzebowanie na specjalistów zmalało. A trzeba wiedzieć, że wykształcenie geologiczne jest dla adeptów trudne; wiedza, jaką muszą posiąść nie ma podstaw w szkolnej edukacji, a od mistrzów wymaga szczególnej odpowiedzialności również za wychowanie, za rozbudzenie i umocnienie takich cech charakteru, jak: wytrwałość, odporność na trudy rozmaitego rodzaju, koleżeńskość, życzliwość, solidarność.
W latach dawniejszych i jeszcze na początku lat 70. bardzo trudno było dostać się na studia geologiczne, teraz wielu ludzi odchodzi z zawodu. Nowi absolwenci z trudem znajdują pracę, jeśli nie mogą lub nie chcą pracować naukowo, a tylko niewielu ma takie możliwości. Profesorskie serce mojej rozmówczyni raduje się tym, że do instytutu trafiają autentyczni pasjonaci, którzy nie bacząc na sytuację życiową chcą zajmować się poznawaniem Ziemi, ale nauczycielska dusza boleje nad losem tych dobrze wykształconych młodych ludzi, którym nie będzie dane przeżywać radości i smutków towarzyszących cierpliwemu przygotowywaniu poszukiwań surowców w terenie, odkrywaniu skarbów skrytych pod powierzchnią ziemi, wytyczaniu punktów do wierceń czy zakładania kopalni...
Na koniec spotkania pani profesor powiedziała, że Obercowskie wychowanie geologów promieniuje szeroko i przynosi owoce w innych ośrodkach uniwersyteckich, młodszych od wrocławskiego. Myślę, że należy po prostu do podstawowych „wartości akademickich” i będzie trwało, nawet gdyby geologów miało być mniej.
Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w programie BIS Polskiego Radia SA w czerwcu 2002 r.