Szkiełko w oku

Mieszanka obyczajowa

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan W zamierzchłych czasach, przed trzydziestu laty, kiedy jeszcze słabo znałem język angielski, robiłem głupie błędy, które wiele mnie kosztowały. Pewnego razu fiński profesor oprowadzał mnie po swojej klinice w Turku i pokazywał to, z czego jest dumny, a ja niezmiennie ze szczerego serca po każdym objaśnieniu mówiłem: „I know”. W końcu się zaczerwienił ze złości i zapytał wprost: „Czy wy w Polsce rzeczywiście macie już to wszystko?” Zrozumiałem, że popełniłem jakąś gafę, ale nie wiedziałem jaką. Po kilku miesiącach zrozumiałem: powinienem był odpowiadać: „I see”. Różnica dla Polaka niby niewielka, ale jakże znacząca. Wziąłem sobie to do serca, obłożyłem się książkami na temat angielskiej semantyki i przekładu. Profesor udobruchał się dopiero po moim referacie na temat błędów w tłumaczeniu z języków obcych. Uśmiechnął się i mając na myśli kulturę i obyczaje, powiedział: „My też nie mamy tego wszystkiego, co wy”, po czym zaprosił do sauny, co oznaczało wielkie wyróżnienie.

Podobny błąd robią Polacy z krótkim wyrazem „you”. Po angielsku „you” znaczy albo „ty - wy”, albo „pan - pani - państwo”. Anglicy i Amerykanie konstruują i wymawiają zdanie z tym słowem inaczej, kiedy zwracają się oficjalnie lub z szacunkiem, i inaczej, kiedy rozmawiają z osobą zaprzyjaźnioną. Te różnice dla obcokrajowca są jednak na tyle subtelne, że na ogół ich nie zauważa. Sądzi, że oni wszyscy sobie tam „tykają”, bo taki mają zwyczaj. Ale to nieprawda.

Również przybysze z krajów anglosaskich uważają, że skoro u nich wyrazów „mister” albo „lady” używa się tylko w szczególnych sytuacjach, to u nas też tak jest, a w każdym razie powinno być. Specjalista zachodniej firmy uczy polskich pracowników marketingu zwracania się bezpośredniego i familiarnego, bo to jego zdaniem „przybliża klienta”. W czasie szkolenia wpaja przyszłym akwizytorom zasady zaprzyjaźniania się za pomocą zwrotów, których w Polsce nigdy się na co dzień nie używało. Potem tak nauczona panienka dzwoni do nieznanej osoby i zaczyna następująco: „Dzień dobry, panie Tadeuszu, czy mogę panu zająć chwilę czasu?”.

Osoba, która choć raz zetknęła się z taką formą zwracania się przez telefon, wie, że zaraz zacznie się prezentacja jakiegoś produktu, nam niepotrzebnego, ale o nadzwyczajnej jakości i niezwykle niskiej cenie. Panienka robi to, co jej kazano, nie pojmuje jednak, dlaczego jest tak niechętnie słuchana. Ludzie z zasady nie bardzo lubią akwizytorów, i o tym jej na szkoleniu mówiono, ale nie wyjaśniono, jakie są tego prawdziwe przyczyny. Nachalne nakłanianie do zakupu to nie jedyny czynnik odstraszający. Myślę, że ważniejszy jest zawarty w niuansach językowych, w poufałości, do której jeszcze niewielu zdążyło się przyzwyczaić.

Poufałość szerzy się błyskawicznie, mimo że wciąż jest odbierana jako nieuzasadniona. Najpierw pojawiła się w reklamie, potem przeszła do języka publicystyki i polityki. Kiedy imć pan Prezydent RP w czasie konferencji prasowej zwraca się do sali per „wiecie państwo”, a robi to nader często, większość dziennikarzy traci poczucie obcowania z kimś ważnym. Ale i oni sami w telewizji mówią w ten sposób: „Oglądacie państwo program...”. Nie zwracają się zatem do nikogo ważnego, są „bliżej telewidza”.

Forma z użyciem czasownika w trzeciej osobie liczby mnogiej („wiedzą państwo”, „oglądają państwo”) wydaje się schodzić na drugi plan. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale wypadki w tej dziedzinie rozwijają się lawinowo. Anglosasi wchodzą ze swoim „ty” i „wy”, natomiast Europejczycy z obszarów niemieckojęzycznych wprowadzają zwracanie się po nazwisku. Przedstawiciele firm niemieckich zostali tak zindoktrynowani, że już nie potrafią inaczej powiedzieć niż: „panie Zieliński”, „pani Sadowska”.

Dla nas to nic nowego, tak kiedyś zwracano się do posługaczy. Ale posługacze poszli w hierarchii społecznej wyżej, niektórzy dotarli na najwyższe szczeble i, co istotne, wraz ze swoimi obyczajami. Kiedy zaczęli pełnić odpowiedzialne funkcje, najczęściej opiekuńcze albo polityczne, języka nie zmienili. Mówią do innych tak, jak się zwracano do ich rodziców i dziadków. Zemsta dziejowa? Kiedy pielęgniarka zwracała się do pacjenta per .panie Kowalski”, ten miał prawo czuć się urażony, a nawet poniżony. Forma ta bowiem jest w języku polskim paradoksalnie bezosobowa i ma w sobie coś z nieżyczliwości.

Ale pielęgniarki już inaczej się do chorych nie zwracają. Smutne jest to, że ostatnio tak zaczęli mówić inni, bardziej wykształceni. Kiedy zwróciłem na to uwagę studentom, byli szczerze zdziwieni, pewnie uznali mój pogląd za staroświecki.

Bez wątpienia obserwujemy mieszanie się stylów języka, które określają stosunek nadawcy do odbiorcy. I nie tylko tych. Nasz język jeszcze się w nowej epoce nie ustabilizował, mimo że właśnie minęła piętnasta rocznica bezkrwawej rewolucji.

e-mail: pmuldner@mp.pl