Rody uczone (88)

Kossutowie

„Zachować szacunek w społeczeństwie” - tak określają oboje najbardziej aktualną poza badaniami, jakkolwiek z jakością badań związaną, powinność.
Magdalena Bajer
Prof. Jacek Kossut

I Małgorzata, profesor neurobiologii w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego, członek korespondent PAN, i Jacek, profesor fizyki ciała stałego w Instytucie Fizyki PAN, lubią poezję Herberta. Powiedzieli mi to na początku naszego spotkania, a ja słuchając ich nabierałam przekonania, iż jest tak, ponieważ oboje państwo Kossutowie dorastali w tej samej epoce, co Pan Cogito - inteligencki bohater tej poezji, szukający drogi w świecie pomieszanego mocno dobra i zła, jaki nastał po drugiej wojnie i ocalający własną tożsamość dzięki instynktom odziedziczonym po pokoleniach przodków oraz nieustannej chęci poznawania świata. Swoje wybory nazwali pragnieniem dowiadywania się „jak jest naprawdę”, jak zbudowany jest świat żywej i martwej materii, w który wnikają poprzez badania naukowe.

Początek

Dziadek Jacka Kossuta był najpierw nauczycielem wiejskim, później urzędnikiem w oświacie. Drugi, macierzysty, był rzemieślnikiem. Podobnie jeden z dziadków Małgorzaty Pióro uczył w szkole.

Następne pokolenie obu rodzin już było „profesorskie”. Zygmunt Józef Pióro, urodzony w 1916 roku, przed wojną skończył podchorążówkę, a wojnę przeżył w oflagu, uczestnicząc w intensywnym samokształceniu zorganizowanym przez jeńców, pośród których było wielu intelektualistów. Przygotowywał się do studiów socjologicznych i odbył je po wojnie pod kierunkiem Stanisława Ossowskiego. Zaraz potem na wiele lat poświęcił się działalności praktycznej, pracując w Biurze Odbudowy Stolicy oraz w Instytucie Kształtowania Środowiska. Uzyskawszy w zaawansowanym już wieku habilitację, przeniósł się na Uniwersytet Warszawski i zajął zagadnieniem urbanistyki w krajach Trzeciego Świata. W latach 1977-81 kierował Instytutem Geografii Krajów Rozwijających się. Wykładał także w Technicznym Uniwersytecie Berlina Zachodniego. Opublikował wiele prac w kraju i za granicą. Matka dzisiejszej pani profesor, anglistka, pracowała jako tłumacz w Polskiej Akademii Nauk.

Późniejszy teść Małgorzaty, Zygmunt Stefan Kossut, za młodu działał w ruchu spółdzielczym, borykając się z powojennymi tego ruchu wynaturzeniami i dojrzewając do studiów ekonomicznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, jak przemianowano dawną Szkołę Główną Handlową. Całą drogę naukową przeszedł w tej uczelni, zostając jej profesorem w roku 1974, pełniąc funkcję dziekana Wydziału Handlu Zagranicznego, kształcąc młodych, publikując wyniki badań w książkach i artykułach. Wykładał okresowo za granicą, a w kraju bywał doradcą instytucji państwowych, działał w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym.

Biografie ojców obojga moich rozmówców są do siebie podobne. Ich dojrzałe życie przypadło na czas trudnych wyborów i nieuchronnych - jeśli się chciało w sprawach publicznych uczestniczyć - kompromisów. Dzieci wybierając studia, potem naukowe specjalności, wiedziały i liczyły się z tym, że w naukach przyrodniczych zakres swobody jest większy, a serwituty wymagane przez sprawujących władzę mniej uciążliwe.

Profesorskie podwórko

Na terenie SGPiS wybudowano domy mieszkalne dla pracowników tej uczelni, a także innych placówek naukowych, czego skutkiem „policzalnym” jest fakt, iż na jednym warszawskim podwórku wyrosło... kilku fizyków, biolog, matematyk, geolog. Tworzyli w swoim czasie niezłą drużynę futbolową.

Profesor Jacek Kossut przypisuje temu sąsiedzkiemu środowisku zasadniczą rolę w swoich życiowych decyzjach. Szczególną rolę odegrali mieszkający piętro niżej Julian i Flora Bonderowie - on wybitny matematyk, ona biolog (pracowała przez jakiś czas w Instytucie Nenckiego). U pani Flory robił pierwsze doświadczenia, wyznaczając temperaturę wrzenia wody, topnienia lodu. Małgorzata była tam raz, jako studentka, i zyskała serdeczną aprobatę gospodyni dla planów poświęcenia się biologii na całe życie.

Innym gościnnym miejscem był dom profesora Passendorfera, który zainteresowanych geologią nastolatków zabierał do swego instytutu na rozmowy i oglądanie pod mikroskopem preparatów mineralogicznych. Przez cały dzień nasiąkało się aurą ciekawości dla tego, co wokół człowieka, a także przekonaniem, że taka ciekawość może być zaspokajana, co dostarcza podniecających przeżyć, ale nigdy się nie wyczerpie i nie ustąpi miejsca nudzie.

Profesor Małgorzata Kossut wyniosła z domu „przyzwyczajenie do długich godzin pracy i... braku pieniędzy”. Ten ostatni towarzyszył jeszcze początkom karier naukowych obojga, kiedy trzeba było „zdobywać, wykradać, wybłagiwać, załatwiać” odczynniki, przyrządy potrzebne do badań, własnym sumptem i sprytem urządzać laboratoria, własnymi rękami budować aparaturę. Pamiętało się wtedy, jak opowiada profesor Jacek Kossut, smugę światła padającą spod drzwi pokoju, w którym ojciec długo w noc pisał przy biurku. Pamiętało się, że nauka oznacza trud oraz wyrzeczenia, ale także radość i satysfakcję. Jego żona nie odczuwa wpływu rodzinnych tradycji na własne postanowienia. W domu bywali ludzie z kręgów wydawniczych, architekci, socjologowie, w większości humaniści. Oczywiste było, że pójdzie na studia, ale jakie - to skrystalizowało się niedługo przed maturą. Wcześniej nieraz słyszała o kłopotach ojca, który musiał ciągle się pilnować, żeby proporcje przymiotników „kapitalistyczny” i „socjalistyczny” w publikacjach były zgodne z wymaganiami ideologicznych kontrolerów.

Uzbrojenie

W rodzinach inteligenckich po wojnie taktyka chronienia dzieci przed rozdarciem między tym, co prawdziwe i tym, co konieczne, bywała różna. U obojga przyszłych państwa Kossutów nie za wiele mówiono o zewnętrznej rzeczywistości fałszu i pozorów. Oboje jednak zdawali maturę w roku 1968, kiedy ta rzeczywistość dramatycznie się obnażyła. Wyrzucano uczniów ze szkoły za odmowę podpisania listu potępiającego „agresję Izraela”. Ludwik Stomma, kolega Małgorzaty w liceum Żmichowskiej, trafił z tego powodu do liceum Reytana, gdzie spotkał Jacka Kossuta.

U Reytana była drużyna harcerska, w której „nikt się nie krępował mówić, co myśli”. Szkoła mieściła się wśród bloków zamieszkanych przez funkcjonariuszy SB - nierzadko koledzy dowiadywali się o konfliktach synów z ojcami. Nauczyciele „wychowywali na porządnych ludzi, uczyli odpowiedzialności za sprawy większe od tylko własnych, niezależnie od poglądów politycznych”. Jacek Kossut mając kilkanaście lat spędzał wakacje na obozach harcerskich, wdrażając się do samodzielności, a zarazem koleżeńskiego współżycia. W domu wymagano, by mówił prawdę, odznaczał się potrzebną do tego zwykle odwagą cywilną, był uczciwy i oczekiwano, że zostanie... lekarzem. Pan profesor trochę żartobliwie tłumaczy to rodzicielskim pragnieniem spokoju o sprawy bytowe przynajmniej jednego z dzieci; starsza siostra, śladem ojca, ukończyła SGPiS. Czując wyraźnie zaufanie, jakim rodzice go darzyli, starannie rozważał tak ważną decyzję, jak wybór studiów, wiedząc na pewno, że lekarzem nie będzie.

Małgorzata Pióro zawsze uczyła się dobrze i zachowywała grzecznie, więc nie pamięta szczególnych zabiegów wychowawczych w swoim domu. Oboje poza szkołą zgłębiali tajniki języka angielskiego, co miało się okazać niezmiernie pożyteczne i przyszłemu biologowi, i adeptowi fizyki.

Poznali się w miejscu egzotycznym, Dar es-Salaam, gdzie profesor Pióro był ekspertem ONZ od budowy miast w Afryce, a profesor Kossut wykładał w tamtejszym uniwersytecie. Ich dzieci, przyjechawszy na długie, pomaturalne wakacje, spotkały się w kinie na filmie Doktor Żywago, którego w Polsce wówczas nie można było obejrzeć. Byli po egzaminach wstępnych, już studenci. Ślub wzięli u progu studiów doktoranckich, w roku 1973. Szczeble karier naukowych przechodzili razem, przekonując się raz po raz o tym, że choć pasjonują ich różne przejawy istnienia - jego materia nieożywiona, ją złożoność materii żywej - wypełniają to samo zadanie: przybliżyć się do prawdy o świecie. W wierszach Zbigniewa Herberta, których bohaterem jest Pan Cogito, nieraz pada stwierdzenie, iż należy ono do „rzeczy naprawdę wielkich”.

Tylko tak, ale...

Pani profesor nie znajduje w pamięci żadnego innego pomysłu na życie, jak praca naukowa i to z wyraźnym od razu adresem - Instytut Nenckiego, gdzie prowadzono najbardziej awangardowe badania w dziedzinie neurobiologii, która ją interesowała, którą chciała sama uprawiać. Nie od razu, gdyż jeszcze pod koniec liceum myślała o arabistyce (może pod wpływem ojcowskich zatrudnień w krajach islamskich). Impulsem silnym, chyba ostatecznym, były zajęcia zorganizowane przez drużynową harcerek, studiującą wówczas biofizykę, podczas których koleżanki starszej druhny opowiadały uczennicom przygotowującym się do matury o kodzie genetycznym i innych, podobnie fascynujących, nowych wówczas, rzeczach.

W podstawowych rysach biografie profesorskiego małżeństwa są do siebie podobne, jak biografie ich ojców. Analogiczny bagaż wzorcowych dążeń, ambicji, preferencji, upodobań wynieśli z domów. Zbliżone, przyrodoznawcze zainteresowania skrystalizowały się przed ukończeniem szkoły średniej. Zamiar zajęcia się pracą naukową zrodził decyzje podejmowane już wspólnie.

Pan profesor w klasie maturalnej uczył się zapamiętale łaciny. Z nauczycielem fizyki wojował i dopiero znaczne sukcesy w fizycznej olimpiadzie uczniowskiej przyniosły mu piątkę z tego przedmiotu, a rozmowy z kolegami w drużynie harcerskiej, wśród których był asystent Wydziału Fizyki UW, zachęciły do zdawania na ten wydział. Osobliwe znów podobieństwo do sytuacji przyszłej żony w tym samym momencie życia!

Wybór w obrębie fizyki zagadnień ciała stałego wiązał się z fascynacją symetriami organizującymi świat kryształów. Zdaniem mego rozmówcy, widać je już na „bardzo niskim poziomie abstrakcji”, jego jednak pociąga „głębsze uporządkowanie” materii. Pomyślałam (pan profesor potwierdził tę intuicję), że w szkolnym zamiłowaniu do łaciny przejawiła się już ta właśnie intelektualna skłonność, jako że język łaciński ma bardzo ściśle uporządkowane struktury gramatyczne.

Zastanawiałam się, czy państwo Kossutowie uprawiając dyscypliny najbardziej podstawowe i wciąż żywo się rozwijające - w biologii zwłaszcza, ale i w fizyce jesteśmy świadkami odkryć kierujących uwagę badaczy na coraz to nowe tory - znajdują coś istotnie wspólnego. Pani Małgorzata raczej tego nie stwierdza, jej mąż konstatuje, iż czasami przychodzi posługiwać się podobnymi lub zgoła tymi samymi narzędziami badawczymi. Próbowałam dociekać, czy zdarza się stawiać podobne, ważne pytania. Usłyszałam, że wspólne jest to najbardziej fundamentalne: jak działa świat? Schodząc wszakże na poziom pytań bardziej szczegółowych, biolog i fizyk formułują je osobno. Razem cieszą się tym, iż owe pytania mogą zadawać bezpośrednio przyrodzie, nie powtarzając wyczytanych w literaturze lub zasłyszanych od innych kwestii, uzyskując, fragmentaryczne choćby, informacje z pierwszej ręki.

Poczucie powinności nakazuje obojgu moim rozmówcom działać również poza laboratorium - dla dobra nauki rozumianej jako swobodne stawianie pytań w możliwie najlepszych warunkach. Pan profesor udziela się w Komitecie Badań Naukowych oraz Towarzystwie Popierania i Krzewienia Nauk (kilka lat był skarbnikiem). Pani profesor wspiera w tym męża, podobnie jak w aktywności popularyzatorskiej, przyznając, że pod tym względem jest w sytuacji łatwiejszej, gdyż neurobiologia „zawsze dobrze się sprzedaje” .

„Zachować szacunek w społeczeństwie” - tak określają oboje najbardziej aktualną poza badaniami, jakkolwiek z jakością badań związaną, powinność. Mieści się w tym lakonicznym stwierdzeniu i świadomość zagrożeń, i pragnienie obrony.