Szanowny Panie Redaktorze!
Ostatnio w wolnym czasie oddaję się znowu staremu hobby - fotografowaniu. Po wieloletniej przerwie, spowodowanej zmianami zachodzącymi w technice i jej dostępności, zarówno w sensie oferty rynkowej, jak i moich możliwości finansowych, wróciłem do tego zajęcia. Przerzuciłem się na technikę cyfrową. Jest jeszcze dość droga, a ponieważ nie wygrałem w totolotka, nie odziedziczyłem pokaźnego spadku ani nie zmieniłem pracy w uczelni na jakąś sensownie płatną, środki na sprzęt zdobyłem zmieniając samochód - limuzynę „z wyższej półki” na produkt krajowy, do którego hasło „dobre, bo polskie” raczej nie pasuje, ale za to jest znacznie tańszy.
Fotografuję między innymi elementy kultury materialnej, które przetrwały do dziś z czasów, gdy moje miasto i okolice zamieszkiwali ludzie mówiący innym językiem. I nie chodzi mi o szacowne zabytki sprzed setek lat, lecz o rzeczy młodsze, czasem drobne, które nie mogą liczyć na urzędową ochronę. Są zwykle estetycznie znacznie bardziej interesujące od prostych, by nie powiedzieć prostackich, siermiężnych kształtów, którymi zapełniły przestrzeń wokół nas lata realnego socjalizmu. Jednak czas leci i wiele owych śladów przeszłości znika albo po prostu niszczejąc, albo ustępując nowym, nie zawsze estetycznie ciekawszym wytworom współczesności.
W trakcie jednej z wycieczek po mieście fotografowałem stuletnie zabudowania niegdysiejszego gimnazjum. Na ścianach można tam zobaczyć elementy zdobień nawiązujące do treści związanych z europejską tradycją intelektualną. Na jednej ścianie płasko rzeźbiony profil Sokratesa, na szczycie ściany od strony dziedzińca, pod wskazującym stale pięć po dwunastej zegarem z zardzewiałą tarczą, horacjańskie carpe diem. Elementy te, w szczególności skojarzenie miernika czasu z wezwaniem do korzystania z dnia, miało zapewne, w zamierzeniu twórców, budzić w młodzieży chęć do pracy, zwłaszcza intelektualnej. Dziś w tym samym miejscu skojarzenia mają wymiar szerszy, jako że w budynkach „odziedziczonych” po ubiegłowiecznym gimnazjum funkcjonuje dziś Uniwersytet Trzeciego Wieku.
Zdjęcia, o których powyżej, miałem niedawno okazję pokazywać koledze ze studiów, adiunktowi F. Dopowiedziałem też powyższe luźne skojarzenia. Zainteresował się i zaraz podjął temat owych skojarzeń w kontekście własnej pracy - i pięć po dwunastej na nieruchomym zegarze, i carpe diem, i trzeci wiek... Stwierdził, że choć metrykalnie do trzeciego wieku jeszcze sporo mu brakuje, to wewnętrznie czuje się nań przygotowany. Ba! Nawet za nim tęskni. Na emeryturze - powiada - wreszcie miałby czas, żeby bez stresu i ograniczeń narzucanych przez konieczność codziennej pracy zająć się tym, co go interesuje, a w czym może mógłby coś ciekawego stworzyć.
Jako pracownik akademicki powinien dokładać swoje cegiełki do postępu nauki i nauczać, zdobywać kolejne stopnie naukowe, piastować funkcje itd. Innymi słowy, powinien iść wedle rozpowszechnionej u nas drogi kariery akademickiej, którą J. Przystawa określił kiedyś trafnie jako model rury, prowadzącej przez kolejne etapy, w tej samej dziedzinie i często w tym samym miejscu i środowisku. Siedząc dobrze w rurze, można nawet bez wielkiego wysiłku przebyć drogę od asystentury do profesury. Jednak tok życia zawodowego F. nie biegł wzdłuż rury, lecz wylewał się raz w tę, raz w inną stronę.
Po uzyskaniu doktoratu, którego tematyka dotyczyła zupełnie innej specjalności niż praca magisterska (co nie było oczywiste), zaznał paromiesięcznego bezrobocia. W końcu znalazł pracę w innej uczelni, w instytucie nauk ścisłych, acz tylko pokrewnych jego wykształceniu. Nowe środowisko wymagało zmiany zainteresowań naukowych. W ciągu kilku lat opublikował parę drobnych prac. Potem dostał propozycję przejścia do nowo tworzonej jednostki uczelnianej. Chodziło przy tym o pracę niezwiązaną z jego specjalnością naukową. Uznawszy za ciekawą możliwość wykorzystania i rozwinięcia innych swoich umiejętności, także w wymiarze intelektualnym, przyjął wyzwanie.
Po paru latach niespodziewanie pojawiła się kolejna propozycja pracy, tym razem już poza środowiskiem akademickim i naukowym, niemniej wymagająca szerokich horyzontów, wysiłku umysłowego i interesująca zarówno merytorycznie, jak finansowo. F. miał już na karku czterdziestkę, co oznaczało - jeśli wierzyć wynikom statystycznym - że najbardziej twórczy okres dla naukowca ścisłego był już za nim. Doszedł zatem do wniosku, że skoro dotychczasowy dorobek nie wystarczyłby mu nawet na habilitację, to na sensowną karierę w dziedzinie nauk ścisłych raczej nie ma szans. Skorzystał więc z okazji zrobienia czegoś nowego a ciekawego na zupełnie nowym polu.
Praca „u kapitalisty” dawała mu, jak mówi, wiele satysfakcji, nie tylko w wymiarze materialnym, stanowiła także okazję do rozwoju intelektualnego. Po kilku latach w branży nadszedł jednak kryzys i F. musiał znowu szukać sobie pracy. Znowu został adiunktem, tym razem w jednej z małych uczelni, gdzie jego wyuczona specjalność pełni rolę pomocniczą w edukacji studentów, a „wielkiej nauki” w tej dziedzinie się nie uprawia. Wrócił więc poniekąd do swoich zawodowych korzeni - nauczania studentów i uprawiania nauki. W tych warunkach powinien też pomyśleć o habilitacji.
Z tym ostatnim sprawa nie jest jednak prosta. Po kilkuletniej przerwie, z prawie pięćdziesiątką „na karku”, powrót do twórczej pracy w naukach ścisłych, zwłaszcza w specjalności teoretycznej, jest dość trudny, o ile w ogóle możliwy. F. chciałby jednak pracować naukowo, nie tylko dlatego, że jako adiunkt powinien. Szuka więc możliwości.
Najbardziej oczywistym rozwiązaniem wydaje mu się pójście w stronę zagadnień, którymi interesuje się jeszcze od czasów studenckich, czyli filozofii przyrody i filozofii nauki. Te jego na poły hobbystyczne zainteresowania dobrze pamiętam. Znajdowały wyraz między innymi w referatach wygłaszanych na zebraniach studenckiego koła naukowego czy na spotkaniach dyskusyjnych w różnych gremiach, na których spotykaliśmy się w latach późniejszych. Wtedy, przed laty, F. myślał nawet o robieniu drugiego doktoratu z tej dziedziny, ale rzecz pozostała w sferze planów niezrealizowanych, głównie z powodu ograniczeń narzuconych przez prozę życia.
Czy adiunkt F. ma szansę na sukces? Chyba tak. Z wykształceniem i pewnym doświadczeniem w naukach ścisłych jest w stanie zrozumieć szczegóły języka, teorii i modeli, jakimi nauki te opisują świat. To plus umiejętność syntezy i refleksji natury filozoficznej może być niezłym punktem wyjścia do uprawiania filozofii nauki i przyrody. W dodatku zamiłowanie do tematu powinno sprzyjać efektywności poczynań, dobrze bowiem, gdy lubi się przedmiot wykonywanej pracy. Zarazem jednak trzeba się z tym dopasować do rzeczywistości, w której się żyje.
W tej sytuacji F. musi znaleźć odpowiedź na zasadnicze pytanie, czy w rzeczywistości naszego środowiska naukowego i akademickiego można z powodzeniem zmienić dyscyplinę, do której jest się jakoś przypisanym przez fakt uzyskania stopnia doktora określonych nauk? Rodzą się też pytania bardziej szczegółowe. Czy formalnie możliwe jest zdobycie habilitacji w specjalności całkowicie odmiennej? Czy ewentualny dorobek publikacyjny w nowej, dość abstrakcyjnej dziedzinie zostanie mu w uczelni zaliczony do osiągnięć naukowych? Wreszcie, czy znajdzie aktywne środowisko naukowe zainteresowane podobną tematyką, żeby mieć możliwość wymiany myśli i dyskutowania na co dzień, a nie wyłącznie na piśmie i w trakcie nielicznych konferencji?
Gdyśmy ostatnio rozmawiali, F. nie potrafił mi na te pytania odpowiedzieć. Ale też nie szuka odpowiedzi zbyt intensywnie, bo - jak podejrzewam - nie czuje jeszcze silnej presji uczelnianych władz na wykazanie się wynikami, przede wszystkim dającymi nadzieję na uzyskanie habilitacji w rozsądnym czasie. Czy jednak taka presja zadziała na kogoś w tym wieku? Doświadczenia i ogólna postawa F. skłaniają go raczej do patrzenia na wszystko z niejakim dystansem. Swoje poszukiwania filozoficzne traktuje bardziej jako drogę do życia szczęśliwego, w duchu arystotelesowskich uwag z Zachęty do filozofii, niż jako konieczny (a zwykle uciążliwy) wysiłek w kieracie życia.
Ciekaw jestem, co z tego wszystkiego wyjdzie. Wiele zależy od tego, czy koledze F. uda się swoje dotychczasowe półhobbystyczne zainteresowania wykorzystać jako podstawę do należytego funkcjonowania w środowisku akademickim. Na Nobla raczej nie ma szans już od dawna, na uznanie środowiska filozoficznego na miarę Poppera czy Kuhna chyba też nie. Jednak „napędzany” żywym zainteresowaniem do przedmiotu tej pracy, a także horacjańskim carpe diem w kontekście upływu czasu, może dojdzie do czegoś nowego i ciekawego. Mam nadzieję, że fakt pracy w uczelni nie stanie się dlań - paradoksalnie - przeszkodą, ograniczającą swobodę pracy intelektualnej. Wiele zależy od postawy tamtejszego małego, lokalnego środowiska.
Niezależnie od tego, co uzyska, mogę koledze F. tylko pozazdrościć, że ma okazję swoje hobby „sprofesjonalizować” w ramach pracy akademickiej. Moje fotografowanie takich możliwości nie daje. Myślę też sobie, że jest wielce prawdopodobne, iż za kilkanaście lat znowu spotkamy się z F. na studiach, tym razem w Uniwersytecie Trzeciego Wieku, żeby jak najlepiej wykorzystać dany nam jeszcze czas i możliwości.
Łączę serdeczne pozdrowienia
Paweł Misiak