Ucieszyła mnie reakcja pana doktora Konrada T. Lewandowskiego („Popularyzatorski analfabetyzm”, „Forum Akademickie” nr 5/04) na mój artykuł („Forum Akademickie” nr 1/04) dotyczący pułapek popularyzacji. Moja radość wynika przede wszystkim z tego, iż mimo wszelkich zarzutów, które stawia mi pan dr Lewandowski („popularyzatorski analfabetyzm”, „jednostronność”, „myślenie życzeniowe”, „lekceważenie inteligencji odbiorcy”, „roszczeniowe nastawienie do dziennikarza”), wydaje mi się, iż zgadzamy się w kilku ważnych punktach. Co więcej, zarzuty pana dr. Lewandowskiego wynikają z nieporozumień (które postaram się poniżej wyjaśnić), przede wszystkim jednak z niezrozumienia przez niego intencji mojego artykułu (za co, zapewne, ja sam ponoszę największą winę).
Wyjaśnijmy więc nieporozumienia.
W moim artykule nie próbowałem formułować wszystkich celów popularyzacji, a jedynie, co wyraźnie napisałem, zastanawiałem się „dlaczego naukowcy powinni się zajmować popularyzacją”, kładąc nacisk na to, jakie oni (naukowcy) mogą mieć z tego korzyści. Pan dr Lewandowski ocenia, że „generalnie” robię to źle. Krytykę przyjmuję i chętnie zgadzam się, że powinniśmy też popularyzować naukę dla zabawy, choć sprowadzenie wszystkiego do motywu czysto ludycznego wydaje mi się być dość radykalnym uproszczeniem.
Ponieważ starałem się przedstawić punkt widzenia naukowców (a raczej, co wyraźnie zaznaczyłem, punkt widzenia pewnej ich grupy - przedstawicieli nauk ścisłych), siłą rzeczy nie zajmowałem się pułapkami, jakie czyhają na popularyzatorów - np. żądaniami autoryzacji, którym to problemem, z niejasnych dla mnie przyczyn, zajmuje się obszernie w swojej polemice pan dr Lewandowski. Zrozumiałem, iż problem to istotnie wielki (w dodatku, jak pisze pan dr Lewandowski, wynikający ze złego znoszenia przez naukowców faktu istnienia niezależnej prasy i wolności słowa), ale nie ma to nic wspólnego z zagadnieniami, którymi ja się zająłem.
Nie starałem się bić w niczyje piersi, a już na pewno nie w cudze. Jeszcze raz podkreślam, starałem się przedstawić problemy, jakie z popularyzacją mogą mieć i mają naukowcy. Starałem się też pokazać, z czego te problemy wynikają i jakie mogą mieć skutki. Moją tezą było to, iż obraz nauki, jakiego wymaga popularyzacja, jest różny od tego, jaki mają sami uczeni. Wydaje mi się, że trudno jest naukowców namówić, aby na naukę patrzyli poprzez jabłka, windy, małpy itp. Nieco inny aspekt tego problemu polega na tym, że inne są motywy uprawiania nauki przez naukowców, a inne społeczeństwa, które uprawianie nauki finansuje. Napisałem też wyraźnie, że naukowcy przypisują niesłusznie innym motywy, którymi sami się kierują. Widzę to wszystko jako duże problemy i intencją mojego artykułu było pokazanie, skąd się takie problemy biorą, a nie namawianie popularyzatorów, aby przedstawiali w swoich artykułach „kronikę towarzyską” mojego instytutu lub „serwituty wobec dziekana”.
Niezrozumiałym dla mnie nieporozumieniem jest stwierdzenie pana dr. Lewandowskiego, iż „normą i regułą jest nastawienie, że teksty popularyzatorskie są częścią własnego dorobku naukowego”. Otóż, przynajmniej w mojej dziedzinie, jest dokładnie przeciwnie - teksty takie nie liczą się istotnie w jakiejkolwiek sformalizowanej ocenie dorobku naukowego, nie podnoszą też w jakiś szczególny sposób prestiżu środowiskowego. Być może jest to jednak specyfika akurat tej dziedziny nauki (i, jak się wydaje, pokrewnych, a w filozofii ekologii, na przykład, jest całkiem inaczej). Notabene, nie uważam, że jest to sytuacja dobra.
Tym niemniej zgadzamy się z panem dr. Lewandowskim w ważnych punktach.
1. Artykułom popularyzatorskim nie służą sformułowania „wydaje się prawdopodobne, iż...”.
2. Naukowcom trudno jest mówić „pozadyskursywnie” o przedmiocie swej pracy.
3. Popularyzacja w TVP mogłaby być lepsza.
Pan dr Lewandowski uważa, że tendencja do opatrywania wypowiedzi „asekuranckimi sformułowaniami” (jak np. w p. 1 powyżej) wynika z chęci włączenia tekstu popularyzatorskiego do własnego dorobku naukowego. Z uwagi na to, o czym pisałem powyżej, nie wydaje mi się to prawdą. Według mnie przyczyną jest to, iż naukowcy widzą naukę inaczej niż popularyzatorzy i inaczej niż większość tych, do których popularyzacja jest skierowana. Zastrzeżenia są, przynajmniej w mojej dziedzinie nauki, czymś oczywistym dla badaczy, a co więcej, zdają one sprawę z niezwykle istotnej cechy nauki - gotowości do rewizji poglądów. Być może filozofia ekologii wypracowuje zawsze rozwiązania ostateczne i niepodważalne, czego jej z całego serca życzę, o fizyce jednak powiedzieć tego nie można. Nie uważam też obawy o „wytknięcie nieścisłości” za szczególnie niską pobudkę dążenia do precyzji sformułowań.
Te same uwagi dotyczą „dyskursywności”. Nauka ze swej natury jest dyskursywna (tzn. w powszechnym tego słowa rozumieniu, oparta na wnioskowaniu, argumentacji i logicznym rozumowaniu), tak ją widzą naukowcy i tak chcieliby ją ukazywać innym. Taka prezentacja nie jest jednak tym, czego oczekujemy od popularyzacji i w tym tkwi problem (w czym się z panem doktorem Lewandowskim, jak rozumiem, całkowicie zgadzamy). Tyle tylko, że pan dr Lewandowski uważa, że przyczyną jest „poza wyniosłego kapłana nauki, który wobec popularyzacji zgłasza szereg pryncypialnych pretensji, przemilczając własne ułomności” (chyba mnie miał autor na myśli, pozwolę sobie jednak traktować to jako opis szerszej grupy, tym bardziej że nigdy nie przyszło mi na myśl, że mógłbym być kapłanem nauki), ja zaś szukam przyczyn mniej związanych z (nieuniknionymi, niestety) brzydkimi przypadłościami charakterologicznymi naukowców, bardziej zaś z tym, czym jest nauka i jak jest ona postrzegana przez różne grupy z nią związane.
Prof. dr hab. Marek Kuś, fizyk, pracuje w Centrum Fizyki Teoretycznej PAN i w Szkole Nauk Ścisłych w Warszawie.