Teraz innowacje

Quo vadis, polska chemio?

Trzeba podejmować tematy zwiększające zaufanie do rodzimych projektów, a efekty pokażą się w odpowiednim czasie, tak jak pokazały się w Europie w XIX wieku.
Jerzy Kapko

Motto:
Wielka Brytania będzie podupadać, jeżeli nie wykorzysta
bardziej efektywnie swych odkryć naukowych.
Lord Alexander Todd
(laureat Nagrody Nobla w 1957 roku)

Fot. Stefan Ciechan

Co robił Polak od roku 1000 do roku 1800? Głównie zajmował się rolnictwem i, z mniejszym lub większym powodzeniem, wojował. Może robił coś jeszcze, ale na pewno: nie zajmował się styczną do paraboli, nie zastanawiał się, co to takiego jest powietrze, nie zastanawiał się nad czymś takim, jak pole sił czy jakieś ładunki elektryczne, nie zajmował się żadną abstrakcyjną i chyba eksperymentalną działalnością poznawczą.

W ciągu tych ośmiu wieków Europę tworzyli: św. Franciszek, Dante, Petrarka, Tycjan, Dürer, Cervantes, Pascal, Leibniz, Kartezjusz, Spinoza, Gutenberg, Newton, Galvani, Lavoisier... Jako kryterium, kogo jeszcze wymienić, służy „test maturzysty”: mają to być nazwiska znane przynajmniej ze słyszenia maturzyście w rozwiniętych krajach. Otóż, taki maturzysta słyszał zapewne jedynie o jednym Polaku, o Mikołaju Koperniku. Bo przez te wieki Polak nie wykrył żadnej prawidłowości w przyrodzie, nie namalował żadnego znanego obrazu, nie napisał czegoś, co zostało uznane wokoło, nie stworzył żadnej ambitnej budowli, na przykład mostu, nie napisał żadnego utworu muzycznego (który sprostałby „testowi maturzysty”). A gdy Sobieski maszerował pod Wiedeń, Newton zajmował się rachunkiem różniczkowym i całkowym.

Potem przyszedł wiek XIX, kiedy na zachód od nas zaczęło się rozwijać mieszczaństwo, rzemiosło na wysokim poziomie, przemysł, bankowość i zaczęły rodzić się technologie. Ten wiek uciekł nam w ogóle, a tu właśnie aż się roi od nazwisk (wyliczam tylko chemików): Leblanc, Solvay, Berzelius, Chardonnet, Baeyer. Oni tworzyli fundamenty pod obecne kombinaty przemysłu chemicznego, farmaceutycznego, włókienniczego itp.

Tak więc w wiek XX wkroczyły kraje zachodnie z konkretnymi podstawami, a my z niczym. Dystans dzielący Polskę od świata zaczął nieznacznie maleć w latach 1930−39. Polskie technologie zawdzięczają to przede wszystkim naukowcom−inżynierom (Mościcki, Kwiatkowski, Świętosławski...), którzy z niezwykłą intuicją techniczną projektowali nowe technologie i uruchamiali zakłady przemysłowe z nigdy już później nie osiąganą szybkością.

Czysta nauka i brudny fartuch

Co robi Polak dziś? Polak−chemik zajmuje się najpiękniejszymi dziedzinami chemii poznawczej, najchętniej na poziomie chemii molekularnej, prawidłowościami kierującymi przebiegiem reakcji, mechanizmami katalizy, różnymi rodzajami spektroskopii, sprawami struktury, i to przede wszystkim nadsubtelnej. Głównie siedzi Polak przy komputerze. A wszystko po to, by zwiększyć podaż krajowych produktów chemicznych na rynku i by uniezależnić nas od importu? Nie! Po to, by awansować.

Równocześnie z reaktywacją szkół wyższych po wojnie, rozpoczęła się działalność naukowo−badawcza, doktoraty itp. Działalność taka stała się jedną z nielicznych wtedy dostępnych możliwości, pozwalających na kontakty z Zachodem. Bogaty Zachód mógł sobie w tych czasach pozwolić na badania podstawowe i teoretyczne, obejmujące obszary najbardziej tajemnicze. Tym bardziej że potrafił wyniki takich badań wykorzystywać w praktyce. Nawet tak abstrakcyjna mechanika kwantowa okazała się przydatna w badaniach nad stosowaniem energii jądrowej.

No i Polska również zaraziła się takimi zagadnieniami. W miarę upływu czasu, prace podstawowe i teoretyczne zaczęły zyskiwać coraz większe uznanie u czynników decydujących o zdobywaniu stopni i tytułów naukowych, chociaż nigdy nie próbowano (z wyjątkiem instytutów przemysłowych) takich osiągnięć wykorzystywać w kraju (czytaj: dla wzbogacania kraju). Byle publikować, a najlepiej w czasopismach zagranicznych, oddając swe zdobycze poznawcze za darmo w ręce sprawnego technologicznie Zachodu. Czyż nie lepiej zajmować się spinem elektronowym niż żmudnie krzątać się wśród szkła laboratoryjnego, autoklawów i instalacji ćwierćtechnicznej?

Badawcze prace technologiczne okazały się po prostu nieopłacalne. Ci, którzy próbują opierać swój dorobek na pracach technologicznych, to samobójcy. Tematem na przykład „równowag w układzie roztwór−faza stała” warto się zajmować, ale to samo pod nazwą „wytwarzanie czystych odczynników” zostawiamy dorobkiewiczom, w rodzaju Aldricha i Mercka (potentaci w produkcji chemikaliów i handlu nimi). I importujemy banalnie proste odczynniki za dewizy. Sam publikowałem prace z chemii polimerów w amerykańskich, angielskich i niemieckich czasopismach, bo umożliwiły mi jakąś tam karierę naukową. Gdy jednak w 1989 opracowałem z zespołem technologię wytwarzania hydroksypropylometylo−celulozy HPMC (w brudnym fartuchu, niejednokrotnie z narzędziami ślusarskimi w ręku), nikt się tym praktycznie nie zainteresował. A jest to polimer tysiąca zastosowań. Instalację na podstawie naszego kompletnego projektu i naszych rysunków warsztatowych zbudowała szwedzka firma Scanproduct (w Niepołomicach) i rozpoczęła produkcję. Wtedy zresztą Henkel obniżył cenę na swoją HPMC i produkcja padła, ale i to było skutecznym osiągnięciem w walce z importem.

Wstydliwe tematy

Nic nie wskazuje na to, by przy całym wysiłku czystej nauki miało się coś zmienić. Bo w każdym procesie rozwoju – nauki, technologii, w genetyce, medycynie... obowiązuje prawo kolejnych kroków postępu, czyli zasada progów: jeżeli rozwój przebiegnie z ominięciem jakiegoś pośredniego etapu, to skończy się to zaprzepaszczeniem iluzorycznie zdobytego i pochopnie osiągniętego progu następnego. Tak jak było u nas z uruchomieniem fabryki zegarków w miejscowości bez technicznych tradycji. Ominięto próg. Fabryki nie ma, zegarki importujemy.

Czy nasza nauka to rzeczywiście nauka „dla Polski”? Przecież na razie to inne kraje korzystają ze zdobyczy badawczych, z pomysłowości naszych naukowców, z ich pracy opłacanej naszymi funduszami. W „Orbitalu” (organ Polskiego Towarzystwa Chemicznego) czytam, że publikując w najlepszych światowych czasopismach, mieliśmy tworzyć korzystną atmosferę, „która otwiera wiele zamkniętych drzwi dla naszego przemysłu i handlu”. Może dla handlu. Bo importujemy proste odczynniki. W tak biednym, jak Polska, kraju powinno zacząć się doceniać badania z pogranicza chemii stosowanej, może mało spektakularne, ale w końcu skuteczne gospodarczo.

Niech nikt się nie spodziewa, że masowa koncentracja na badaniach technologicznych i położenie nacisku na ich finansowanie spowoduje szybki rozwój produkcji dających się korzystnie sprzedawać produktów chemicznych. Ciągle bowiem brak wśród rodzimego biznesu przedsiębiorstw chętnych do zamawiania takich opracowań. Ale czy nasi naukowcy coś oferują? Od czegoś trzeba zacząć. Trzeba podejmować tematy zwiększające zaufanie do rodzimych projektów, a efekty pokażą się w odpowiednim czasie, tak jak pokazały się w Europie w XIX wieku.

Ciągle, niestety, w delikatnej materii „nauka−technika” spotykamy się z poglądem, że tematy technologiczne to nie to, co poznawcze i teoretyczne. To jest fakt. Tematy technologiczne są często trudniejsze. Jak trudny jest eksperyment w skali 1 kilograma reagentów! Jak potężny ładunek treści tkwi w poprawieniu wydajności jakiegoś procesu tylko o 1 procent. A jak mizernie zostanie to ocenione przez recenzentów!

Problem nie dotyczy zresztą tylko chemii. Przed wojną Polska produkowała przynajmniej sześć wyrobów na najwyższym europejskim poziomie: bielskie tekstylia, lokomotywy i wagony (dziś chcemy przestarzały pociąg importować z Włoch), poznańskie konserwy, alkohole Baczewskiego i najlepsze w Europie samoloty sportowe. W nieoficjalnych mistrzostwach Europy RWD zajęły pierwsze i drugie miejsce, a sportowy Messerschmitt Me108 dopiero piąte i szóste (na lotnictwie znam się z praktyki). No i potrafiono błyskawicznie opracować technologię polimeryzacji butadienu, inicjowanej sodem metalicznym! Technologię, a nie polimeryzację w laboratorium.

Nie należy unikać prac z chemii stosowanej i technologicznych. Einstein gorliwie pracował nad lodówkami bezkompresorowymi i miał w tej dziedzinie około dwudziestu patentów. Co za wstyd! Polscy recenzenci chyba by mu dołożyli za sam fakt zajmowania się meblami kuchennymi.

Rozsądna równowaga

No i wreszcie rola komputeryzacji w tym wszystkim. Informatyka jest wspaniałym, niezastąpionym narzędziem wspomagającym oraz umożliwiającym szybkie postępy i należyty poziom w każdej dziedzinie nauki i techniki. Spotykam jednak publikacje, w których informatyka staje się sztuką dla sztuki i jest to coraz powszechniejsze. Sama informatyka nie wystarcza. Jeżeli ktoś chce opracować (to jest doprowadzić do jakiegoś gospodarczego sensu) na przykład baterie−paluszki, konkurencyjne wobec zachodnich – rzecz leżąca w zasięgu polskich naukowców i inżynierów – to po opracowaniu elektrochemii procesów w tego rodzaju ogniwach, musi opanować techniczne problemy inżynierii, elektrolitów, łączenia, zgrzewania itp. Czy nie lepiej opracować matematyczny model baterii, bezbłędnie prognozujący polaryzację i depolaryzację itd., itp.? Na dobitek czytam w „Orbitalu”, że i „w badaniach podstawowych nie doganiamy świata”.

Czas na podsumowanie. Nasi chemicy przedkładają badania podstawowe i teoretyczne nad badania zmierzające do opracowań typu „wykorzystywanie badań chemicznych”. Awansowanie chemików uzależnia się u nas przeważnie od prac teoretycznych i podstawowych, przez co nie zachęca się do badań w chemii stosowanej.

W krajach zachodnich i u pracowitych „tygrysów Dalekiego Wschodu” ustaliła się rozsądna równowaga pomiędzy nakładami na badania podstawowe i badania stosowane. U nas powinny zostać narzucone jakieś działania systemowe, nawet pozornie sztuczne, by zacząć odrabiać zaległości, jakie mamy w tej chemii, która ma prowadzić do wzbogacania kraju. Można bowiem zmodyfikować wypowiedź noblisty Lorda Todd’a: Polska będzie podupadać, jeżeli nie wykorzysta bardziej efektywnie swych odkryć naukowych.

Prof. dr hab. Jerzy Kapko, emerytowany pracownik Instytutu Chemii i Technologii Organicznej Politechniki Krakowskiej.