Życie akademickie

Po co nam te tajemnice?

Wydaje się, że dziś jest idealny moment na odmitologizowanie nauki bez ryzyka jej marginalizacji w odczuciu społeczeństwa.
Waldemar Korczyński

Fot. Stefan Ciechan

O pożytkach płynących z powszechnej jawności tak zwanego dorobku naukowego i potrzebie jego odtajnienia tam, gdzie jest jeszcze niejawny, napisano już wiele. Niedawno profesorowie Jajszczyk i Kalisz (Dość naukowego pozoranctwa, „Rzeczpospolita”, 22.06.05) zaproponowali kompleksowe rozwiązania, których wprowadzenie spowodowałoby „naturalne” ujawnienie naukowych dokonań pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Przeszkód jest sporo. Jedną z ważniejszych wydaje się być zarówno niepotrzebne mitologizowanie nauki, jak i, będące w istocie drugą stroną tego medalu, marginalizowanie jej znaczenia dla szarego człowieka. To pierwsze powoduje, że pytający naukowca, a już, nie daj Bóg, wątpiący w jego dokonania niespecjalista, traktowany jest jak matołkowaty profan podnoszący brudną łapę na świętość nauki. To drugie jest przyczyną braku zainteresowania problemami nauki, między innymi braku społecznej akceptacji dla zwiększania przeznaczonej na nią części budżetu.

Zamknięty krąg

Chcę być dobrze zrozumiany. Nie chodzi mi o to, jak na naukę patrzą sami zainteresowani, to znaczy pracownicy nauki, ale o to, jak widzi ją przeciętny obywatel RP, z którego opinią powinni, przynajmniej teoretycznie, liczyć się decydenci, na przykład parlamentarzyści. A ulica widzi naukę jeszcze dobrze, ale coraz gorzej. Opinia społeczna przypisuje uczelniom i ich pracownikom więcej złego niż dobrego. Powszechne jest oskarżanie instytucji i ludzi nauki oraz szkolnictwa wyższego o pazerność, nepotyzm i tolerowanie rozmaitych przekrętów, na przykład podczas rekrutacji na studia. Co kilka dni jakaś gazeta pisze o rektorze, który wyprowadzony został z uczelni w kajdankach, o innym, który bawi się w satrapę i kpi sobie z dobrych obyczajów, o jakimś plagiatorze czy łapówkarzu. O zarobkach, szczególnie pracujących na kilku etatach profesorów, krążą legendy. Media, zgodnie z ich naturą i prawami wolnego rynku, podają informacje tak, by niewiele na ogół znający sprawę czytelnik gazetę kupił. Z drugiej strony, wiele jawnych normalnie informacji jest jawnie ukrywanych, to znaczy społeczeństwo słyszy, że są to wewnętrzne sprawy środowiska akademickiego, które samo potrafi się z nimi uporać.

Głosom takim nie towarzyszy jednak informacja o tym, jak mianowicie środowisko to ma zamiar swoje problemy rozwiązywać i u wielu ludzi pojawia się odczucie, że są traktowani jak głupawe dzieci, którym wara od problemów świata dorosłych. O opiniach, że pracownicy uczelni chcą być sędziami we własnej sprawie, wspominać nawet nie wypada. Warto tu podkreślić, że społeczeństwo widzi pracowników nauki en bloc i nie odróżnia będącego na szczytach finansowej hierarchii profesora od klepiącego często biedę asystenta czy adiunkta, a coraz głośniejsze wołania o zmiany w systemie odbiera jako drobne sprzeczki między pilnującymi swych interesów kolegami. Jest to szczególnie źle widziane przez płacących za naukę, zwykle kosztem wielu wyrzeczeń (za nadzieję na znalezienie pracy?), studentów, którzy nie znajdują często usprawiedliwienia dla tak dużej różnicy swojego statusu finansowego i poziomu życia ich nauczycieli. Spotykające ich po studiach rozczarowania generują fatalną opinię całego szkolnictwa i pracowników nauki.

Można oczywiście tłumaczyć ludziom, że nie jest źle, że nasi studenci permanentnie zdobywają nagrody w prestiżowych konkursach, że Polacy cenieni są w wielu liczących się ośrodkach naukowych itp., ale efekty będą mizerne, bo nie daje się to nijak przełożyć na odczucia faceta, który za studia wybulił parę tysięcy, pracy nie znalazł, a porównując się z absolwentem dobrej uczelni stwierdził, że niewiele się na studiach nauczył. Nie będzie on konfrontował swej sytuacji ani ze swoimi możliwościami (w Polsce studia stały się masowe i każdy student uważa oczywiście, że jeśli czegoś nie „załapał”, to jest to wina nauczyciela, który go nie „nauczył”), ani z realiami rynku pracy. On wie, że roboty nie ma i wini za to swych nauczycieli, którzy nie zrobili z niego poszukiwanego specjalisty. Jestem przerażony, czytając opinie o poziomie tej czy innej uczelni. Nigdzie nie zauważyłem stwierdzenia, że poziom ten zależy od poziomu studentów w takim samym co najmniej stopniu, jak od poziomu ich nauczycieli.

Sport naukowy

Tak widzi nasz system nauki i szkolnictwa wyższego większość społeczeństwa. Postulaty podobne do żądań ujawniania dorobku naukowego nie są zazwyczaj rozumiane, odbierane są jednak jako sygnały o ukrywaniu przed ludźmi jakichś ważnych spraw. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to idzie o pieniądze. I w ten oto prosty sposób wszystkim pracownikom nauki przypina się łatkę robiących społeczeństwo „w konia” oszustów. Komisji śledczej do spraw edukacji nikt się jeszcze nie domaga, ale wykluczyć tego nie można. Ujawnienie naukowych dokonań pracowników nauki miałoby zbawienny wpływ na sytuację wszystkich pracujących w nauce i szkolnictwie wyższym. Nie wiadomo nawet, czy nie najlepiej wyszliby na tym ci, którzy te dokonania dziś utajniają. Gdyby bowiem przeprowadzić to w cywilizowany sposób, to można by zagwarantować im swoiste „miękkie lądowanie”, zamiast żenujących niekiedy przypadków ujawniania, że poważany w lokalnym środowisku autorytet ma dorobek mniejszy niż asystent w porządnej uczelni.

Próby pacyfikowania różnych „ujawniaczy” skuteczne bywają tylko na krótki dystans, w dłuższym horyzoncie czasowym prowadzą do zwiększenia sumy napięć w systemie. Niektórzy mogą oczywiście liczyć na to, że zdążą z niego wyjść zanim napięcia się rozładują, ale wszystkim się raczej nie uda. Zwiększenie przejrzystości systemu ważne jest również dla ludzi młodych, bo to oni właśnie nosić będą te dziś przypięte pracownikom etykiety. Dziewiętnastowieczny obraz zamkniętego w wieży z kości słoniowej myśliciela czy postsowiecki wizerunek wspierającego budowę socjalizmu zaangażowanego uczonego i tak trzeba będzie zastąpić facetem, który żyje z uprawiania nauki dokładnie tak samo, jak robotnik z pracy w fabryce. Ma takie samo, jak ten ostatni, prawo do pomyłek, słabości i pisania prac na różnym poziomie. I nie musi kombinować, jak by się tu innym ludziom dobrze, a niekoniecznie prawdziwie, zaprezentować.

Dzisiejsza nauka ma, stosownie do wymagań wolnego rynku, bardzo konkurencyjny charakter. Wypracowała też bardzo ostre i teoretycznie proste kryteria, również etycznej, oceny i zaczyna trochę przypominać zawody sportowe. Bardzo ładnie pisze o tym prof. Galar (Galar R., Conflictiong visions: Colas Breugnon versus Baron de Coubertin, w: Kukliński A., Skuza B. (eds): Europe in the perspective of Global Change, Polish Association for the Club of Rome, Rewasz, Warszawa 2003), ale nie wydaje się, by był szczególnie często czytany.

Kryteria te w połączeniu z rosnącym zróżnicowaniem intelektualnym społeczeństwa są jednym ze źródeł mitu naukowca, jako osobnika o nieskazitelnej moralności i najwyższych walorach intelektualnych. I na mit ten nabierają się często sami pracownicy nauki. Nie neguję ani potrzeby, ani istnienia autentycznych autorytetów naukowych i moralnych, ale założenie, że każdy naukowiec ma być św. Franciszkiem wydaje mi się grubą przesadą. Takich ludzi jest naprawdę niewielu i nie da się wyróżnić ich ze społeczeństwa żadnymi stopniami ani tytułami naukowymi. Wydaje się, że dziś jest idealny moment na odmitologizowanie nauki bez ryzyka jej marginalizacji w odczuciu społeczeństwa.

Nie chodzi tu o to, by dawać ludziom igrzyska zamiast chleba. Rzecz w tym, aby wykorzystać sprzyjającą dziś jeszcze sytuację, gdy pytającymi o kondycję nauki są sami zainteresowani, którzy Robespierre’ami na ogół nie są i cudów nie oczekują. Czas jednak ucieka, ludzie zaczynają wierzyć w różne egalitaryzmy i szukają prostych rozwiązań trudnych problemów. Dysonans między deklarowaną prostotą ocen i przejrzystością nauki a takimi jej atrybutami, jak możliwość utajnienia istotnych dla oceny cech pracowników nauki zachęca do krzywdzących większość uczciwie pracujących naukowców uogólnień. Na pewno nie da się wszystkich uniknąć, ale można niektóre uprzedzić, realizując na przykład pomysły zaprezentowane przez profesorów Kalisza i Jajszczyka.

Dr Waldemar Korczyński, pracuje w Katedrze Informatyki Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach.