Prof. Stanisław Nicieja, polemizując z moim artykułem o uniwersytetach powołanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat, bardzo interesująco przedstawił inwestycje swojej uczelni – proces, który nie tylko zmienił Uniwersytet Opolski, ale także nadał szczególny charakter miastu. Te inwestycje, to w dużej mierze zasługa samego Autora polemiki, Jego zdolności organizacyjnych, uporu i wizji, w które czasami trudno było uwierzyć. Pamiętam, jak wraz z Profesorem chodziłem po dziurawym, krytym papą dachu poszpitalnego, zabytkowego budynku w centrum Opola, uważając, by nie wpaść do środka między tekturowe ścianki działowe, a prof. Nicieja rysował przede mną wspaniałą wizję głównego gmachu uniwersyteckiego z przeszkloną aulą na szczycie, z której miał roztaczać się widok na całe miasto. Dziś ta wizja, podobnie jak wiele innych planów Uczonego, stały się rzeczywistością – w centrum miasta stoi zachwycająca budowla Collegium Maius Uniwersytetu Opolskiego. Z tekstu prof. Niciei wynika, że nawiązanie do starej uniwersyteckiej tradycji nazywania budynków jest jak najbardziej celowe. Szkoda, że miasto nie nadąża za inwestycjami uniwersyteckimi i plac, przy którym stoi Collegium Maius wciąż nie ma klasy, jaką prezentuje zabudowa uczelni.
Tekst Rektora Uniwersytetu Opolskiego uświadomił mi po raz kolejny, jak wielka była skala inwestycji w szkolnictwie wyższym w ostatnich piętnastu latach. Myślę, że możemy mówić o bezprecedensowym boomie inwestycyjnym w uczelniach. Oprócz ogromnej liczby metrów kwadratowych, które oddano do użytku, jego cechą jest wyjątkowo wysoka jakość budowli.
W pełni zgadzam się z tezą, że uniwersytety, choćby nowe, małe i nie od razu najlepsze, mają ogromny wpływ na lokalne środowiska, pełnią ważną rolę kulturotwórczą. Ale czy nie pełnią takiej samej funkcji politechniki, uczelnie rolnicze, a nawet państwowe wyższe szkoły zawodowe?
Z szacunkiem odnosząc się do ciekawego tekstu prof. Niciei, nie mogę jednak zgodzić się z pewnymi stwierdzeniami, które zawiera. Uniwersytet w Heidelbergu jest co prawda niewielki, jeśli porównamy go z rzymskim kolosem. Jednak to nie jest mała uczelnia. W Heidelbergu kształci się 30 tysięcy studentów. Dwanaście wydziałów i sześć samodzielnych centrów i instytutów badawczych (na prawach wydziałów) to sporo. Obok zupełnie tradycyjnych, jak teologia i filozofia, są tam instytucje zajmujące się najbardziej nowoczesnymi naukami: chemią, mikrobiologią, medycyną, a każda instytucja tworząca strukturę uczelni ma pełne prawa akademickie. To jest obiektywnie duży, pełny uniwersytet w tym znaczeniu, w jakim na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku chciano – zapewne było w tym sporo szlachetnego, acz naiwnego entuzjazmu – uczynić polskie uniwersytety. Kadra też – o czym wspomniał mój Adwersarz – znakomita i naprawdę liczna (dokładne listy nazwisk można znaleźć na stronie internetowej uczelni).
Zgodzę się chętnie z zarzutem, że wziąłem pod uwagę bardzo formalne kryterium oceny młodych ośrodków uniwersyteckich. Na pewno nie wyczerpuje ono możliwości opisu tych uczelni, ale jest bardzo ważne. Na tyle ważne, że podczas ubiegłorocznej konferencji z cyklu „Fundacji na rzecz Nauki Polskiej Dyskusje o Nauce” jeden z prelegentów w bardzo interesującym wystąpieniu mówił o tym kryterium (posiadanych uprawnień do nadawania stopni i tytułów naukowych) jako niedocenianym. Jest to kryterium bardzo klarowne. Choć i w tym wypadku nie było łatwo uzyskać miarodajne informacje. W kilku uczelniach dane dotyczące posiadanych uprawnień i kadry, uzyskiwane z różnych instytucji uniwersyteckich, różniły się między sobą. Ostatecznie zatem posłużyłem się danymi z Centralnej Komisji.
Nie sądzę, aby słuszna była wątpliwość mojego Adwersarza wyrażona pytaniem: „dlaczego Ministerstwo Edukacji czy Rada Główna mają mieć specjalne prawa, by wymuszać fuzje różnych uczelni?” Ministerstwo jest odpowiedzialne za prowadzenie polityki państwa w zakresie szkolnictwa wyższego, a RG jednym z ważniejszych jego organów doradczych. Powinny mieć prawo decydowania, gdzie i jakie państwowe uczelnie powstają. Powinny mieć też środki – zarówno finansowe, jak i prawne – na realizację polityki edukacyjnej. Któż ma decydować, gdzie i jakie państwowe uczelnie powstają, jeśli nie minister edukacji? W Polsce faktycznie decyduje o tym parlament, często nie licząc się z opiniami ministra. Brak rzetelnej współpracy w tym zakresie między ministrem edukacji i parlamentem nie jest dobry. Autonomia uczelni często pojmowana jest u nas w sposób niewłaściwy – jako prawo do otrzymywania środków publicznych, z którymi uczeni zrobią to, co uważają za stosowne.
Prof. Nicieja bardzo ładnie pokazał rozwój polskich uniwersytetów, w tym swojego. Myślę, że warto zwrócić uwagę na fakt, iż w ostatnich latach nowe uniwersytety powstawały głównie przez zmianę nazw istniejących wcześniej uczelni. Zatem było to zjawisko zasadniczo odmienne od utworzenia w latach międzywojennych uniwersytetów w Poznaniu i Lublinie. To nie była zupełnie twórcza działalność. Naprawdę znaczącym dziełem stało się utworzenie (nie zawsze, ale w większości przypadków z niczego) państwowych wyższych szkół zawodowych, które dziś kształcą na prowincji ponad sto tysięcy osób.
Nie poczuwam się do wyrażenia sugestii, jakoby należało „na podstawie gabinetowych spekulacji unicestwić w którymś z miast wojewódzkich istniejący tam uniwersytet”. Raczej jestem zdania, co chyba wynika z tekstu, że należy wzmocnić te, które już utworzono. Jednocześnie sądzę, że na uniwersyteckiej mapie Polski nie ma już białych plam. Zanim podejmie się decyzję o utworzeniu kolejnego uniwersytetu, dajmy szansę – pieniądze i inne możliwości – należycie rozwinąć się tym, które już utworzyliśmy. To jest zadanie ministra edukacji i parlamentu – jeśli już ten ostatni musi decydować o tworzeniu uczelni, a nawet finansowaniu ich inwestycji (co nie wydaje się szczególnie rozsądne).
Główny zarzut prof. Niciei wobec mojego tekstu można sprowadzić do tego, że Uniwersytet Opolski w chwili powstania spełniał kryteria Rady Głównej. Zaszło tu jednak pewne nieporozumienie, być może wynikające ze skrótowego potraktowania przez mnie tematu. Nie zarzucałem bowiem Uniwersytetowi Opolskiemu, że w chwili powstania nie spełniał kryteriów RG dotyczących kadry i uprawnień. Wyraziłem tylko dość ogólną, ale absolutnie prawomocną myśl, że tworząc nowe uniwersytety nie wzięto pod uwagę standardów, które chciało wcielić w życie środowisko akademickie. Oprócz owych kryteriów liczbowych, sformułowanych przez RG, chodziło o łączenie istniejących w danym ośrodku uczelni, aby utworzyć w miarę pełne, czyli reprezentujące jak najszersze spektrum dyscyplin naukowych i kierunków studiów, uniwersytety. Wyrażały to przywołane przez mnie na początku artykułu uchwały KRASP (rektorzy uczelni) i RG (swoisty samorząd uczonych). Myślę, że kontekst całego artykułu, a nie tylko wybranego zdania, jasno na to wskazuje.