Badania naukowe


Przeciętny użytkownik języka zna przeszło dziesięć tysięcy słów. Człowiek wykształcony – piętnaście razy więcej.

Żeby język giętki...

Mariusz Karwowski

Jedna z najbardziej prawdopodobnych koncepcji powstania języka zakłada, że na początku był... protojęzyk. To zupełnie tak, jak u małego dziecka. Niby próbuje w najprostszy sposób coś powiedzieć, wydaje bliżej nieokreślone dźwięki, ale trudno to nazwać językiem. A takim właśnie protojęzykiem posługiwał się gatunek „przedludzki”. Nie znaczy to jednak, że nie potrafił się nim porozumieć. Owszem – umiał, ale w pewnym momencie liczba takich jednostkowych znaków zaczęła wymagać reguł składni.

– Język jest produktem ewolucji naturalnej, nie jest wytworem kultury, tak jak choćby pismo – tłumaczy profesor Ida Kurcz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, która od wielu lat zajmuje się badaniami nad psychologią języka. – Podobnie jest z samą zdolnością posługiwania się językiem. I właśnie jedynie język naturalny, w porównaniu z innymi systemami porozumiewania się zwierząt, jest tak zwanym kodem dwupoziomowym, dwuklasowym.

Oznacza to, że pojedyncze sygnały, na przykład fonemy, które nie mają znaczenia, łączą się w znaki, które to znaczenie już posiadają, czyli w wyrazy. Ich kombinacje, dzięki regułom składni, tworzą z kolei przekazy o nieograniczonym zasięgu znaczeń, czyli zdania. I to jest właśnie ten drugi poziom, którego pozbawione są inne naturalne systemy porozumiewania się.

– Warto przy tym dodać, że znaczenie zdań nie jest prostą sumą znaczeń składających się na nie wyrazów. Ważny jest również kontekst, który umożliwia na przykład odszyfrowanie dwuznaczności – wyjaśnia prof. Kurcz.

W trakcie badań symulacyjnych okazało się, że do posługiwania się trzystoma znakami żadna składnia nie jest potrzebna. Ale przekroczenie tego progu – a wiadomo, że u człowieka staje się ono w pewnym okresie rozwoju naturalne – sprawia, iż określone zasady stają się konieczne. Choćby po to, by móc porozumieć się z innymi.

Język należy traktować jako narzędzie wyrażania pewnych form myślenia, czyli poznania, oraz pewnych form komunikowania się. Obie te funkcje służą czemu innemu i użycie języka jest w obydwu zupełnie odmienne.

WRODZONE ZADATKI

Najprościej zdefiniować funkcję komunikacyjną. Wiadomo przecież, że język stworzono po to, żeby się nim porozumiewać. Żeby ten cel został zrealizowany, niezbędne jest jednak zastosowanie odpowiednich reguł semantyczno−syntaktycznych. Ale nie tylko. Żeby ułożyć zdanie w danym języku, musi ono podlegać również tak zwanym regułom pragmatycznym.

– O tym samym mówię inaczej w zależności od tego, kto mnie słucha. Jest to więc umiejętność posługiwania się językiem odpowiednio do sytuacji i do słuchaczy – wyjaśnia prof. Kurcz. – Oczywiście, można by się obejść bez tego, ale wówczas komunikacja nie byłaby tak efektywna.

Druga funkcja – reprezentatywna – służy w bezpośredni sposób tworzeniu obrazu świata, zarówno zewnętrznego, jak i wewnętrznego. Dzięki językowi możemy wyrażać przecież również swoje przekonania, nastroje, uczucia. Jak wyjaśnia moja rozmówczyni, ta funkcja działa na rzecz tego, kto języka używa i dzięki niemu tworzy jakąś reprezentację świata.

Cała nasza wiedza językowa składa się zatem z kompetencji czysto językowej oraz komunikacyjnej. Wbrew pozorom, nie są to pojęcia tożsame. Inne są bowiem ich podłoża biologiczne.

W momencie przyjścia na świat otrzymujemy, niejako w spadku, pewne zadatki wrodzone. Oczywiście, nie tylko one wyznaczają nasze umiejętności językowe i komunikacyjne. Jest również miejsce i na doświadczenie, i na wychowanie. Ale w każdym razie człowiek nie rodzi się jako gotowa do zapisania tabula rasa. Posiada już bowiem utajoną wiedzę umysłową, związaną z posługiwaniem się systemem językowym. Te wrodzone zadatki są często określane jako Uniwersalna Gramatyka.

Wyznaczają one proces przyswajania języka przez małe dziecko oraz są odpowiedzialne za zbiór wspólnych cech, występujących we wszystkich znanych językach świata. Każde dziecko może nauczyć się języka, którym posługuje się jego otoczenie, ale pod warunkiem, że go słyszy. I mimo jego niedoskonałości, bo przecież docierają do niego również wypowiedzi niezręczne i niegramatyczne, potrafi zbudować pewien system językowy. Wszystkie bowiem języki mają wspólne cechy, strukturę i te uniwersalne reguły w każdym z nich da się odnaleźć.

Jeżeli człowiek ma jakieś genetyczne zaburzenia w Uniwersalnej Gramatyce, czyli w tym stanie wyjściowym zdolności językowej, wówczas kompetencja językowa przejawia się tak zwanym specyficznym zaburzeniem. Polega ono na trudności z naturalnym przyswojeniem języka. Brakuje składni, pojawiają się także trudności z wymową. Trzeba wtedy świadomie uczyć się wszelkich reguł, jakie w języku występują.

Nie ma to jednak nic wspólnego z inteligencją. Poziom, zwłaszcza niewerbalnej inteligencji, nie jest skorelowany ani z kompetencją językową, ani z kompetencją komunikacyjną. To jest coś zupełnie innego. To zjawisko występuje właśnie u autystów. Mogą być genialni w jakiejś dziedzinie, ale mają problemy z komunikacją z innymi.

TEORIA UMYSŁU

Biologiczne wyposażenie pozwalające przyswoić sobie język, to jednak wciąż za mało, by dobrze się komunikować. Na uwzględnienie intencji, kontekstu, ukrytych znaczeń, pozwala jedynie kompetencja komunikacyjna. Rozumienie metafory pozostaje bowiem poza kompetencją językową, która pozwala jedynie na powierzchniowe odczytywanie znaczeń odbieranych przekazów. Ostrzeżenie mówiące, iż „czarne chmury zbierają się nad czyjąś głową”, autyści odbiorą dosłownie, spoglądając w niebo i wypatrując owych czarnych chmur.

– W Anglii zbadano chłopca o imieniu Christopher. W sposób genialny uczy się on języków obcych, zna ich szesnaście, między innymi polski. W zasadzie niczego nie robi, tylko uczy się języków. To jego pasja. Potrafi rozpoznać, czy dane zdanie jest poprawne w określonym języku, tłumaczy też na angielski i w drugą stronę. Tylko że ten genialny talent ma jedną wadę – nie potrafi komunikować się w sensie pragmatycznym. Nie wyczuwa ironii, nie potrafi zinterpretować żartu czy odczytać prawidłowo przenośni – tłumaczy prof. Ida Kurcz.

Podstawą kompetencji komunikacyjnej jest tak zwana teoria umysłu. Jest to wrodzona intuicyjna wiedza, pozwalająca analizować własne przekonania i przekonania innych. Osoby autystyczne są jej pozbawione. A warto dodać, że oprócz wiedzy opartej na podstawach biologicznych, są także uwarunkowania społeczne. Cały czas przecież uczymy się języka i choć mówimy jednym, to paradoksalnie każdy z nas posługuje się innym. Te uwarunkowania mają spory wpływ na każdą z kompetencji.

Wraz z rozwojem nabywamy wiedzę polegającą na odpowiednim używaniu wyrażeń w zależności od tego, z kim rozmawiamy. Pewne zwyczaje, konwencje językowe, które w jakimś społeczeństwie czy w jakiejś grupie panują, możemy sobie uświadomić. Wiem, co kiedy mogę powiedzieć. Tego właśnie brakuje autystom.

Prawidłowemu postawieniu diagnozy służy opracowany przez psychologów specjalny test fałszywych przekonań. Dwoje dzieci przebywa w jednym pokoju z eksperymentatorem. W pewnym momencie dorosły chowa zabawkę do szuflady, po czym wchodzi druga osoba i zabiera z tego pokoju jedno dziecko. W tym czasie zabawka zostaje przełożona z szuflady w inne miejsce. Dziecko, które zostało i obserwowało całą sytuację, bez problemu zrozumie, że jego kolega, gdy wróci, będzie szukać zabawki nadal w szufladzie. Tymczasem, gdyby chodziło o dziecko autystyczne, odpowiedziałoby ono, że szukanie będzie odbywać się tam, gdzie zabawka jest schowana.

Jednym słowem, ja wiem, że zabawka jest tam schowana i każdy ma to wiedzieć. To jest ta niezdolność czytania w umyśle innej osoby. I właśnie na tym polega jeden z głównych testów autyzmu: badanie niezdolności do wykrycia fałszywego przekonania.

Obie funkcje języka funkcjonują najczęściej obok siebie, ale są niezależne. Co innego bowiem tworzyć wiedzę o świecie, także za pomocą języka, a co innego nabywać umiejętności komunikowania się. Oczywiście, jak łatwo przekonać się w codziennych kontaktach, ludzie różnią się tymi umiejętnościami, co często prowadzi do niezrozumienia rozmówcy lub odbierania słów nieodpowiednio do kontekstu, w jakim były wypowiadane.

IM WCZEŚNIEJ, TYM LEPIEJ?

Cały czas nierozstrzygnięta pozostaje kwestia, czy w procesie opanowywania języka przez dziecko większą rolę odgrywa jedna, czy druga funkcja. Niezależnie od tego wiadomo, że to właśnie dzieciństwo jest okresem najbardziej efektywnym, jeśli chodzi o nabywanie zdolności językowych. Dziecko potrafi przypisać znaczenie określonym dźwiękom. Wynika to z prostego faktu, że rozumienie wyprzedza produkowanie. Zakres biernego słownictwa jest znacznie szerszy, bo najpierw trzeba coś zrozumieć, żeby samemu móc produkować. Około czwartego roku życia młody człowiek zaczyna już normalnie posługiwać się językiem. Przyswajanie języka dokonuje się więc niejako w sposób naturalny, automatycznie, podczas gdy dorosły musi się po prostu nauczyć.

– W gruncie rzeczy języka można się nauczyć w każdym wieku, ale trzeba pamiętać, że w pewnym okresie zostaje niejako „zamknięta” strona fonologiczna języka. Im jesteśmy starsi, tym trudniej przychodzi nam przyswoić sobie dobry akcent. Ale opanować język od strony semantyczno−syntaktycznej możemy w każdym wieku – przekonuje prof. Kurcz.

Przeciętny użytkownik języka dysponuje znajomością ponad dziesięciu tysięcy słów, a człowiek wykształcony – nawet do stu pięćdziesięciu tysięcy. Im później jednak zaczyna się edukacja, tym większy w niej musi być udział tak zwanej wiedzy świadomej. Na ogół posługujemy się bowiem językiem w sposób nieświadomy. Język podlega mechanizmom, które nie są dostępne naszej świadomości. Dlaczego w tej chwili wypowiadam poprawne zdanie w języku polskim? Bo zachowuję ściśle określone reguły. Ale co się dzieje, jaki mechanizm działa w moim umyśle, że te zdania są produkowane – trudno dociec. I dlatego właśnie dzieci mają pod tym względem znacznie łatwiej. Ale jest i druga strona medalu. Bo rzeczywiście, im młodsze dziecko uczy się drugiego języka, a w dodatku ma ku temu sprzyjające warunki, to znaczy oba języki funkcjonują w codziennym życiu (ojciec mówi jednym, matka drugim), tym łatwiej będzie go opanować na poziomie nieświadomym. Lepiej też opanuje akcent.

Tylko że ten materiał, z którego dziecko czerpie swoje umiejętności językowe, jest często zdegenerowany, naznaczony błędami. Małe dziecko w zasadzie nie jest poprawiane, a jeśli nawet, to na ogół dalej popełnia błędy. Z kolei młodzież, kiedy zaczyna w szkole, już świadomie, uczyć się gramatyki, zarówno swojego, jak i obcego języka, jest w stanie przyswoić sobie wszystkie te reguły i może osiągać nawet szybszy postęp w nauce.

CZY UMIEMY SIĘ KOMUNIKOWAĆ?

Z tego wynika, że w zasadzie dorosły może nauczyć się najszybciej. Ale tylko w zakresie przyswajania słów, reguł. Możliwe zakłócenia, przejawiające się na przykład w tak zwanym obcym akcencie, są raczej nieuniknione. Niewiele jest osób, które w dorosłym wieku potrafią opanować bez akcentu obcy język. Przykładem mogą być emigranci, których zawsze poznaje się po obco brzmiącym akcencie.

– Znakomity pisarz Józef Konrad Korzeniowski miał tak fatalny akcent, że gdy chciał coś powiedzieć, był mało zrozumiały dla Anglików. A przecież trudno uznać, że nie znał angielskiego – mówi prof. Kurcz, która od kilku lat zajmuje się dwujęzycznością.

Jak widać, kompetencja językowa niekoniecznie musi prowadzić do tego, że świetnie będziemy się z ludźmi porozumiewać. Owszem, można dobrze przyswoić język obcy od strony jego cech strukturalnych, ale co z funkcjonalnością?

– Ten skrajny przypadek Christophera, o którym wspomniałam wcześniej, pokazuje, że można wspaniale opanować każdy język od strony wszystkich jego właściwości strukturalnych. A ponieważ język służy komunikacji, to jeśli jeszcze w dodatku umiem się nim posługiwać odpowiednio do rozmówcy i do sytuacji, to znaczy, że umiem się komunikować. A efektywna komunikacja ma miejsce wtedy, gdy potrafimy umiejętnie korzystać nie tylko z informacji werbalnych, ale również niewerbalnych – przekonuje autorka książki Psychologia języka i komunikacji, za którą otrzymała nagrodę im. Władysława Witwickiego.

Laureatka mówi, że choć bliższy jest jej termin „psychologia języka”, to wcale nie ucieka od określenia „psycholingwistyka”. Próbuje jedynie uzmysłowić, że o ile ten pierwszy kładzie akcent na korzenie w psychologii, a nie językoznawstwie, to już ten drugi lokuje się pomiędzy tymi dziedzinami.

– Psycholingwistyka do wyjaśniania tego, jak ludzie używają języka, wykorzystuje wiedzę z wielu dyscyplin naukowych, między innymi językoznawstwa, psychologii, antropologii kulturowej, teorii informacji. Modele opisujące ten język, jak on wygląda, znaleźć można w językoznawstwie. Ale to, jak ten model funkcjonuje w umyśle człowieka, sprawdzamy w badaniach już metodami psychologicznymi – wyjaśnia na koniec prof. Ida Kurcz.